02.03.2025, 02:08 ✶
W lecie zawitał do nich nowy przybysz, nawet jeśli ona, w przeciwieństwie do Londynu, zdążyła poznać go już wcześniej. Wysoki, chudy i zdecydowanie charyzmatyczny pomimo faktu, że znowu chciała go zamordować.
Był…
Hrabią, chociaż nikt nie wiedział, skąd uzyskał tytuł.
Cywilizowanym arystokratą z samokontrolą, chociaż doskanale wiedziała co doprowadziło jego upadku.
Chłodnym wiatrem północnym mącącym w już i tak zimnej mgle stolicy.
Wampirem, z którym kiedyś, przed laty wspólnie tańczyła chociaż teraz rozważała jego śmierć. Znowu.
Bo w lecie do Londynu przybyły również wampirze ataki. Nikt oczywiście nic nie wiedział. Nikt się do niczego nie przyznawał. Irytowało ją to. Już widziała te wszystkie problemy, które spadną na nią przez jej zidiociałych towarzyszy krwi.
Idioci. Banda pieprzonych idiotów nie tylko dlatego, że do tego dopuścili, ale że to tylko ona widziała głównego podejrzanego. Musiała coś z tym zrobić.
Nie planowała od razu przechodzić do ataku. Najpierw chciała jedynie wybadać teren, przyjść w odwiedziny oferując gałązkę oliwną w postaci – niewielkiej książeczki, dość starej, z przepięknymi mitologicznymi grafikami na cześć ich pierwszego spotkania. Jakie szczęście, że wpadła jej ona szybko w ręce w bibliotece i mogła ja od razu ukraść bez dalszego szukania. Chyba był tam nawet jakiś Dionizos. Nieistotne.
Oczywiście hrabiego nie było tam, gdzie miał się zatrzymać. Oczywiście, że nie. Nie, że ją to zraziło. Wręcz przeciwnie. Gnana gniewem, że jak on śmiał nie tylko psuć jej nieprzyjemne życie jeszcze bardziej, samowolnie hasając sobie po Londynie w krwawym tańcu, to jeszcze (jeszcze!) nawet go w tym Londynie nie było! Jaka jednak szkoda, że była już kiedyś w jego rezydencji.
Rezydencji… Nie było. To znaczy… Było coś, co kiedyś było rezydencją, na której dawnych murach rosły teraz róże i aż prychnęła, już zastanawiając się, jak niby przedrze się przez te wszystkie krzewy i po co zakładała sukienkę, którą lubiła. A potem uniosła wysoko do góry brew, bo róże najwyraźniej postanowiły ją wpuścić. Zawahała się. Czyżby przewidział jej przybycie? Niby jak? Sama szczególnie nie przewidziała swojego przybycia. To wszystko było wynikiem… Naprawdę spontanicznych i nieprzyjemnych kilku dni z dzisiejszym finałem. Tak, to było kilka naprawdę złych dni. Możliwe, że miała przez nie pewne życzenie śmierci. Przecież inaczej nigdy nie postawiłaby ponownie miejsca na tym przeklętym terenie. Przyjrzała się ukrytej w mroku sylwetce mniejszej rezydencji.
Światło raz gasło.
Raz się zapalało.
Zgaszone.
Zapalone.
Czyżby bawił się w kotka i myszkę ze swoją ofiarą? Och, niech tą ofiarą będzie w takim razie jakiś Brytyjczyk. Najlepiej czarodziej. Wysoko postawiony. Przecież to by było wręcz idealne!
Uśmiechnęła się triumfalnie i już miała ruszyć dalej, gdy nagle, gdy wyciągnęła różdżkę, coś dostrzegła. Prychnęła po raz drugi. No nie! Tyle rzucania zaklęć i naprawdę, naprawdę nie dostrzegła wcześniej, że niemal odszedł jej z paznokci cały perłowy lakier? Zaklęła pod nosem. To nie było istotne. To naprawdę nie było istotne. Przez wszystkie pozostałe dni w roku miała gdzieś te cholerne paznokcie, ale dzisiaj? Dzisiaj chciała prezentować się dobrze, gdy będzie przyłapywać go na gorącym uczynku.
Ruszyła przed siebie, zanim nie uznała, że zacznie rzucać zaklęcia na swoje dłonie, aby jakoś poprawić tę sytuację. I pewnie nie powinna tutaj przychodzić, tylko głupi, wparowałby przecież tutaj z planem morderstwa, którego dokładnie nie zaplanował, ale… Ale gdyby nie byli głupi, nie zostaliby nigdy wampirami, czyż nie? Poza tym było jej wszystko bardzo jedno.
Wnętrze też nie było tym, co zapamiętała, głównie dlatego, że nie było tam nic poza irytującym dźwiękiem skończonej płyty w gramofonie, migającym światłem i nim…
Pułapka?
Poddał się, bo wiedział, że przegrał?
Tak, to miało sens, a jednak… Jednak coś krzyczało w niej, że to nie było tak. Coś, może wspomnienia, co nakazywało jej nie mordować go od razu.
Zmarszczyła brwi i jednym zaklęciem na nowo zapaliła światło.
Miała coś powiedzieć, ale… Co? Wszelka determinacja nagle z niej uleciała.
– Róże mnie wpuściły – wyrzuciła z siebie w końcu, jakby na usprawiedliwienie swojej obecności.
Był…
Hrabią, chociaż nikt nie wiedział, skąd uzyskał tytuł.
Cywilizowanym arystokratą z samokontrolą, chociaż doskanale wiedziała co doprowadziło jego upadku.
Chłodnym wiatrem północnym mącącym w już i tak zimnej mgle stolicy.
Wampirem, z którym kiedyś, przed laty wspólnie tańczyła chociaż teraz rozważała jego śmierć. Znowu.
Bo w lecie do Londynu przybyły również wampirze ataki. Nikt oczywiście nic nie wiedział. Nikt się do niczego nie przyznawał. Irytowało ją to. Już widziała te wszystkie problemy, które spadną na nią przez jej zidiociałych towarzyszy krwi.
Idioci. Banda pieprzonych idiotów nie tylko dlatego, że do tego dopuścili, ale że to tylko ona widziała głównego podejrzanego. Musiała coś z tym zrobić.
Nie planowała od razu przechodzić do ataku. Najpierw chciała jedynie wybadać teren, przyjść w odwiedziny oferując gałązkę oliwną w postaci – niewielkiej książeczki, dość starej, z przepięknymi mitologicznymi grafikami na cześć ich pierwszego spotkania. Jakie szczęście, że wpadła jej ona szybko w ręce w bibliotece i mogła ja od razu ukraść bez dalszego szukania. Chyba był tam nawet jakiś Dionizos. Nieistotne.
Oczywiście hrabiego nie było tam, gdzie miał się zatrzymać. Oczywiście, że nie. Nie, że ją to zraziło. Wręcz przeciwnie. Gnana gniewem, że jak on śmiał nie tylko psuć jej nieprzyjemne życie jeszcze bardziej, samowolnie hasając sobie po Londynie w krwawym tańcu, to jeszcze (jeszcze!) nawet go w tym Londynie nie było! Jaka jednak szkoda, że była już kiedyś w jego rezydencji.
Rezydencji… Nie było. To znaczy… Było coś, co kiedyś było rezydencją, na której dawnych murach rosły teraz róże i aż prychnęła, już zastanawiając się, jak niby przedrze się przez te wszystkie krzewy i po co zakładała sukienkę, którą lubiła. A potem uniosła wysoko do góry brew, bo róże najwyraźniej postanowiły ją wpuścić. Zawahała się. Czyżby przewidział jej przybycie? Niby jak? Sama szczególnie nie przewidziała swojego przybycia. To wszystko było wynikiem… Naprawdę spontanicznych i nieprzyjemnych kilku dni z dzisiejszym finałem. Tak, to było kilka naprawdę złych dni. Możliwe, że miała przez nie pewne życzenie śmierci. Przecież inaczej nigdy nie postawiłaby ponownie miejsca na tym przeklętym terenie. Przyjrzała się ukrytej w mroku sylwetce mniejszej rezydencji.
Światło raz gasło.
Raz się zapalało.
Zgaszone.
Zapalone.
Czyżby bawił się w kotka i myszkę ze swoją ofiarą? Och, niech tą ofiarą będzie w takim razie jakiś Brytyjczyk. Najlepiej czarodziej. Wysoko postawiony. Przecież to by było wręcz idealne!
Uśmiechnęła się triumfalnie i już miała ruszyć dalej, gdy nagle, gdy wyciągnęła różdżkę, coś dostrzegła. Prychnęła po raz drugi. No nie! Tyle rzucania zaklęć i naprawdę, naprawdę nie dostrzegła wcześniej, że niemal odszedł jej z paznokci cały perłowy lakier? Zaklęła pod nosem. To nie było istotne. To naprawdę nie było istotne. Przez wszystkie pozostałe dni w roku miała gdzieś te cholerne paznokcie, ale dzisiaj? Dzisiaj chciała prezentować się dobrze, gdy będzie przyłapywać go na gorącym uczynku.
Ruszyła przed siebie, zanim nie uznała, że zacznie rzucać zaklęcia na swoje dłonie, aby jakoś poprawić tę sytuację. I pewnie nie powinna tutaj przychodzić, tylko głupi, wparowałby przecież tutaj z planem morderstwa, którego dokładnie nie zaplanował, ale… Ale gdyby nie byli głupi, nie zostaliby nigdy wampirami, czyż nie? Poza tym było jej wszystko bardzo jedno.
Wnętrze też nie było tym, co zapamiętała, głównie dlatego, że nie było tam nic poza irytującym dźwiękiem skończonej płyty w gramofonie, migającym światłem i nim…
Pułapka?
Poddał się, bo wiedział, że przegrał?
Tak, to miało sens, a jednak… Jednak coś krzyczało w niej, że to nie było tak. Coś, może wspomnienia, co nakazywało jej nie mordować go od razu.
Zmarszczyła brwi i jednym zaklęciem na nowo zapaliła światło.
Miała coś powiedzieć, ale… Co? Wszelka determinacja nagle z niej uleciała.
– Róże mnie wpuściły – wyrzuciła z siebie w końcu, jakby na usprawiedliwienie swojej obecności.