02.03.2025, 05:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2025, 05:46 przez Ambrosia McKinnon.)
Zerknęła na Flinta, wywołanego do tablicy, nagle określonego jako jej przyszły oprawca i wspólnik Peregrinusa, ale nawet jeśli to spojrzenie było niby to oburzone, jakby ją faktycznie właśnie zagnali w pułapkę i dała się temu bez wcześniejszych wątpliwości, to na dnie tego wyrazu pobłyskiwało rozbawienie. Daleko jej było do łatwowierności, ale może nie dlatego że nie ufała ludziom, a dlatego że wrodzony upór wzbraniał się przed tego typu tendencjami. Przyjęcie czyjejś prawdy było formą poddaństwa. Co prawda dobrowolną, ale ona ani nie robiła tego łatwo, ani bez powodu. Nigdy w całości.
- Jak mnie już znikniecie z tego świata to pamiętajcie o mojej mamie, bo jej przy śniadaniu o was opowiadałam - westchnęła z boleścią, chociaż mniej w niej było teatralności, a więcej zmęczenia marszem. Flint miał rację, bo czemu im te górskie koniki nie przypadły w udziale? Peregrinus w końcu był słabym wycieczkowiczem. Nie to, żeby go w tym momencie oceniała, ale widać było że jego umiejętności nie były tak posunięte jak jego kolegi. Ona natomiast zwyczajnie się męczyła. Konik byłby przyjazną alternatywą, ale tylko w marzeniach bo pewnie gdyby na niego wsiadła to równie szybko by spadła.
- Hm, czyli klasyczny napis do znalezienia w starych, niezbadanych górskich jaskiniach - mruknęła, przyglądając się rzędowi znaków, na które wskazał Peregrinus. Dłoń dotknęła wgłębień, a opuszki palców przesunęły się wzdłuż nich, kiedy podążyła wzdłuż ściany, jakby dotyk miał jej pomóc w studiowaniu i poznaniu nieznanego. Było coś takiego w tym zmyśle, że dawał człowiekowi jakąś pewność. Ludzie trzymali w dłoniach co tylko mogli, a porzekadłach sięgali również po wiedzę. Żałowała, że nie mogła się przebić głębiej, sięgnąć wewnątrz skały i wyciągnąć z niej tajemnice, bo wbrew pewnego rodzaju ignorancji, ceniła wiedzę. Ceniła poczucie bezpieczeństwa, jakie dawała. Teraz mieli przed sobą tylko jeden wyraźny napis. Ten najnowszy i ten najbardziej niepokojący.
- Od momentu kiedy pierwsza baśń się skończyła, została na zawsze utracona. Każda kolejna była tylko jej interpretacją, zmienioną na potrzeby chwili - rzuciła miękko. Tak zwany głuchy telefon. Ale rozumiała o co mu chodziło, bo nie zamierzała się kłócić że niektóre z tych historii na zawsze przepadły w odmętach wieków. Cierpiało na to nie tylko słowo mówione, ale też wszelakie zapisy i nawet nie chodziło jej o te na ścianach, zamazane przez rysy czasu. A może i specjalnie.
- Ha, ja mogę. Mam już wprawę z Windermere co do przecierania szlaków - rzuciła odważnie, ale nie miała zamiaru wpychać się przed Flinta, jeśli ten poczuwał się do obowiązku by iść pierwszemu. Co natomiast zrobiła to wyciągnęła talię tarota. Swoją własną, złożoną z odłamków tych należących do innych ludzi, uzupełnianą przez lata i z niepoprawną ilością powtarzanych kart. Chciał kartę, to dostanie kartę.
Palce wyciągnęły kartę z wprawą i uniosły ją ku górze. Blondynka spojrzała na nią i prychnęła, a na jej ustach pojawił się krzywy uśmiech.
- Dwójka denarów - pokazała im kartę w odwróconym położeniu. - Uważaj pod nogi.
- Jak mnie już znikniecie z tego świata to pamiętajcie o mojej mamie, bo jej przy śniadaniu o was opowiadałam - westchnęła z boleścią, chociaż mniej w niej było teatralności, a więcej zmęczenia marszem. Flint miał rację, bo czemu im te górskie koniki nie przypadły w udziale? Peregrinus w końcu był słabym wycieczkowiczem. Nie to, żeby go w tym momencie oceniała, ale widać było że jego umiejętności nie były tak posunięte jak jego kolegi. Ona natomiast zwyczajnie się męczyła. Konik byłby przyjazną alternatywą, ale tylko w marzeniach bo pewnie gdyby na niego wsiadła to równie szybko by spadła.
- Hm, czyli klasyczny napis do znalezienia w starych, niezbadanych górskich jaskiniach - mruknęła, przyglądając się rzędowi znaków, na które wskazał Peregrinus. Dłoń dotknęła wgłębień, a opuszki palców przesunęły się wzdłuż nich, kiedy podążyła wzdłuż ściany, jakby dotyk miał jej pomóc w studiowaniu i poznaniu nieznanego. Było coś takiego w tym zmyśle, że dawał człowiekowi jakąś pewność. Ludzie trzymali w dłoniach co tylko mogli, a porzekadłach sięgali również po wiedzę. Żałowała, że nie mogła się przebić głębiej, sięgnąć wewnątrz skały i wyciągnąć z niej tajemnice, bo wbrew pewnego rodzaju ignorancji, ceniła wiedzę. Ceniła poczucie bezpieczeństwa, jakie dawała. Teraz mieli przed sobą tylko jeden wyraźny napis. Ten najnowszy i ten najbardziej niepokojący.
- Od momentu kiedy pierwsza baśń się skończyła, została na zawsze utracona. Każda kolejna była tylko jej interpretacją, zmienioną na potrzeby chwili - rzuciła miękko. Tak zwany głuchy telefon. Ale rozumiała o co mu chodziło, bo nie zamierzała się kłócić że niektóre z tych historii na zawsze przepadły w odmętach wieków. Cierpiało na to nie tylko słowo mówione, ale też wszelakie zapisy i nawet nie chodziło jej o te na ścianach, zamazane przez rysy czasu. A może i specjalnie.
- Ha, ja mogę. Mam już wprawę z Windermere co do przecierania szlaków - rzuciła odważnie, ale nie miała zamiaru wpychać się przed Flinta, jeśli ten poczuwał się do obowiązku by iść pierwszemu. Co natomiast zrobiła to wyciągnęła talię tarota. Swoją własną, złożoną z odłamków tych należących do innych ludzi, uzupełnianą przez lata i z niepoprawną ilością powtarzanych kart. Chciał kartę, to dostanie kartę.
Rzut Tarot 1d78 - 32
Dwójka Denarów
Dwójka Denarów
Rzut TakNie 1d2 - 2
Nie
Nie
Palce wyciągnęły kartę z wprawą i uniosły ją ku górze. Blondynka spojrzała na nią i prychnęła, a na jej ustach pojawił się krzywy uśmiech.
- Dwójka denarów - pokazała im kartę w odwróconym położeniu. - Uważaj pod nogi.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror