W oczach Lupina zagościły przyjazne ogniki na dźwięk komplementu. Cóż, odpowiednie osoby wiedziały, jak go sobie okręcić wokół palca, a Heather była jedną z nich, a piękne słówka zdecydowanie do niego trafiały. Kto wie, może jakby mu jeszcze powiedziała, że w tym swetrze wydaje się większy w barach, to jeszcze zapewniłaby mu zastrzyk pewności siebie? Ale by miał szacun na dzielni.
— Naprawdę? Cudownie — Uśmiechnął się pod nosem — bo myślałem, że ten róż to lekka przesada. A w pewnym momencie miałem wybór między tym a niepranym kitlem.
Drgnął niespokojnie na dźwięk tak dobrze znanego mu imienia. Z niemałym trudem powstrzymał się od nerwowego rozejrzenia się po sąsiednich stolikach. Tak, bo wtyka Śmierciożerców w pierwszej lepszej drogiej knajpie ma tyle sensu, zganił się w myślach z przekąsem. Mimo to zerknął mimochodem w kierunku posadzonych kawałek dalej gości, ale nie dostrzegł niczego podejrzanego. Chyba robił się za bardzo podejrzliwy. Z drugiej strony, nic nie przygotowało go na to, że praktycznie z dnia na dzień jedna z najbliższych mu w życiu osób będzie zmuszona ukrywać się przed terrorystami.
Na domiar złego, Cameron jeszcze robił wszystko, aby zachować pozory, że nie wie, że tak naprawdę Charles jest bezpieczny. Nadal wysyłał listy do jego poprzedniego mieszkania, prosząc, a wręcz błagając o kontakt, zgodnie z ustaleniami. Nie wpływało to pozytywnie na jego nastrój, co to to nie. Za każdym razem wyobrażał sobie, że gdyby Rookwood jednak nie był taki sprytny i nie zdołał umknąć, mógłby równie dobrze nosić swoje wypociny na cmentarz. Żołądek zawiązał mu się na supeł, jak za każdym razem, gdy jego myśli zbaczały na ten tor.
— Przynajmniej udało mu się zamelinować. W jego położeniu to teraz wręcz wskazane — mruknął, zawieszając wzrok nad francusko brzmiącą nazwą. Co to w ogóle miało znaczyć? Chodziło o makaron, ślimaki, czy ktoś w bardzo wymyślny sposób nazwał tortille? Eh, a matka mówiła, żeby uczyć się języków wakacje, zamiast siedzieć na tyłku. Przerzucił parę kartek do przodu do sekcji z alkoholami. — Chociaż wolałbym go mieć przy sobie. Boję się, że wbije sobie do głowy jakąś durnotę i potem się go od tego nie odciągnie.
Ledwo zdołał wybrać, którym zamierzał sobie zwilżyć gardło, gdy dopadł do nich kelner, chcąc odebrać od nich zamówienie. Cameron wbił przerażona spojrzenie w Heather, jednak zachował zimną krew, po czym chrząknął, aby przemówić. I to bez jąkania się! Istny sukces, jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie okoliczności, które przywiodły go na to spotkanie.
— Ja poproszę rybę z frytkami. Macie rybę z frytkami, prawda? Musicie mieć. Jesteśmy w Anglii — Uniósł brew, chociaż wewnątrz błagał wszystkie znane sobie bóstwa, żeby pracownik skinął głową. Musieli mieć takie proste danie. Może kryło się pod jakąś obcą nazwą lub obrzydliwie wręcz poetyckim opisem, ale kto by nie miał na lokalu ryby z frytkami? To tak jakby fast food nie miał buły z kiełbą. — A do picia będzie kieliszek wina. Czerwonego.
Poczekał, aż kelner odejdzie i nachylił się lekko nad stołem, opierając nadgarstki o krawędź blatu.
— Jakim cudem jesteś taka wyluzowana? — spytał z nieukrywanym zdziwieniem. Nie mówił z urazą, czy złością, a prędzej zazdrością. — Odkąd dostałem pierwszy list, mam ochotę go zabunkrować we własnej szafie. Nie sądziłem, że mamy w sobie tyle rozsądku, żeby zachowywać się tak... odpowiedzialnie.
Oczywiście, wstrzymywali się z tego typu dzikami akcjami z troski o bezpieczeństwo dopełniania ich trio, ale i tak było to spore osiągnięcie, jak na nich. Może gdyby byli świeżo po Hogwarcie, dosłownie parę miesięcy, to zamiast dyskutować spokojnie w restauracji, byliby pod kryjówką Charliego, rzucając po linę po której mógłby zejść na ziemię.