02.03.2025, 08:51 ✶
Rozświetlone pomieszczenie zdawało się jeszcze bardziej upiorne, choć magiczna kula światła powinna mieć odwrotny efekt. W akompaniamencie syku niezadowolenia gospodarza mogła zobaczyć pomieszczenie, którego jedynym meblem był nieszczęsny gramofon. Ale było coś jeszcze. Większość przestrzeni pokrywała miękka, szara warstwa czegoś, co nie było kurzem a popiołem, co jakiś czas podrywanym na kilka cali w górę, przez podmuchy wrześniowych zapowiedzi jesieni. Niczym upiorne płatki kwiatów pozbawionych ciała otulały przegranego, oblepiały jego nogawki, mankiety, skórę. Zszarzałe smugi odciskały się na i tak trupio bladej twarzy.
– Dość! – szarpnął się i zgasił w kontrze to, co ona zapaliła. – Pieprzone zdradzieckie chwasty, powinienem wyrżnąć je do ziemi i zabetonować ten przeklęty tunel – wypluł z siebie po francusku, uderzając tyłem głowy o ścianę, o którą wcześniej się opierał. Nie wyglądał jak łowca. Raczej jak więzień, pozbawiony tytułu, zamknięty w czterech ścianach swojego domu. – a Ty nie jesteś mile widziana. To trefne zaklęcie, amatorskie runy, nie potrafią rozróżnić kozy od owcy, więc proszę bardzo, wynoś się stąd! – Wypluwał z siebie słowa, ale nie patrzył w kierunku osoby, która pojawiła się w drzwiach. Już nawet nie chodziło o to, że liczył, że pojawi się ktoś, bardzo konkretnie ktoś inny. Nie. Pozbył się tej nadziei wraz z ostatnią wymianą listów, która do reszty rozdeptała jego martwe i tak serce. Przez ostatnich sześć lat marzył, by dostać odeń jakąkolwiek odpowiedź. A teraz każda jedna była gorsza od poprzedniej. Ukrył twarz w dłoniach, ale nie wypuścił różdżki. Nie miał pojęcia, o co chodziło L, to co wydarzyło się między nimi należało do przeszłości. Zamierzał odejść na własnych warunkach. A ona… Nie mogła przynieść mu światła, którego teraz potrzebował. Światła, za którym tęsknił. Niemyślenie. Nieistnienie. Na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilka godzin.
– Dość! – szarpnął się i zgasił w kontrze to, co ona zapaliła. – Pieprzone zdradzieckie chwasty, powinienem wyrżnąć je do ziemi i zabetonować ten przeklęty tunel – wypluł z siebie po francusku, uderzając tyłem głowy o ścianę, o którą wcześniej się opierał. Nie wyglądał jak łowca. Raczej jak więzień, pozbawiony tytułu, zamknięty w czterech ścianach swojego domu. – a Ty nie jesteś mile widziana. To trefne zaklęcie, amatorskie runy, nie potrafią rozróżnić kozy od owcy, więc proszę bardzo, wynoś się stąd! – Wypluwał z siebie słowa, ale nie patrzył w kierunku osoby, która pojawiła się w drzwiach. Już nawet nie chodziło o to, że liczył, że pojawi się ktoś, bardzo konkretnie ktoś inny. Nie. Pozbył się tej nadziei wraz z ostatnią wymianą listów, która do reszty rozdeptała jego martwe i tak serce. Przez ostatnich sześć lat marzył, by dostać odeń jakąkolwiek odpowiedź. A teraz każda jedna była gorsza od poprzedniej. Ukrył twarz w dłoniach, ale nie wypuścił różdżki. Nie miał pojęcia, o co chodziło L, to co wydarzyło się między nimi należało do przeszłości. Zamierzał odejść na własnych warunkach. A ona… Nie mogła przynieść mu światła, którego teraz potrzebował. Światła, za którym tęsknił. Niemyślenie. Nieistnienie. Na wyciągnięcie ręki. Jeszcze kilka godzin.