- Jasne, zawsze może być gorzej, czyż nie? Tym się ostatnio kierujesz... - Oczywiście, że musiała wrócić do tego, jaki to był ostatnio pozytywny. Jego czarnowidztwo uderzało w nich chyba na każdej, możliwej płaszczyźnie, nie zamierzała udawać, że tego nie widzi. Kiedyś taki nie był, w te dwa lata bardzo dużo się zmieniło. Nie spodziewała się jednak, że będzie, aż takim pesymistą.
- Przeczytałam ją do chuja, ale nie sądziłam, że to było ostatnie pożegnanie. - Znaczy poniekąd niby wiedziała, że ostatnie, ale nie spodziewała się, że takie ostatnie, ostatnie, bo chyba w ten sposób jednak powinna to traktować? Nie miała pojęcia, czy już wtedy wiedział, co zamierzał zrobić po ich rozstaniu, skąd mogła to wiedzieć, nie wdawali się jeszcze w takie szczegóły, właściwie to nie wiedziała, czy kiedykolwiek poruszą te tematy, raczej sądziła że nie, szczególnie, że dzisiaj zdecydowanie przekraczali wszystkie granice i raczej zmierzali ku temu, aby schodzić sobie z drogi i się więcej do siebie nie odzywać.
- Jak to co, poczucie odpowiedzialności, nie wiem, bałeś się mnie zostawić, nie wiedziałeś, czego się spodziewać? Rozumiem to, naprawdę to rozumiem. - Nie wiedzieli jak wpłyną na nich wydarzenia z jaskini, co poczują gdy znajdą się na zewnątrz, odruchowo się wtedy złapali za ręce i znaleźli w domu. Jasne, wiedziała, że nie mogło chodzić tylko i wyłącznie o to, wszystko było pogmatwane, ale miała przeczucie, że przede wszystkim o to chodziło. Od dawna czuł się za nią odpowiedzialny, pilnował, aby nie działa jej się krzywda, sam o tym wspominał, zresztą chyba też przez to wtedy od niej odszedł? Chciał, aby była bezpieczna, szczęśliwsza bez niego. To najwyraźniej nie do końca działało, bo ani nie była bezpieczna, ani szczęśliwa, wręcz przeciwnie - pakowała się w coraz to większe gówno, tyle, że teraz zupełnie sama. Gdyby wtedy nie wpadł na nią, gdy była nawalona nigdy nie dowiedziałby się o sobowtórze, bo nie miała być nigdy więcej jego problemem, a poniekąd znowu się nim stawała. Nie był z nią wtedy, gdy była stabilna, no nie w ciągu tych dwóch lat, tylko wtedy kiedy faktycznie znajdowała się w czarnej dupie, jak inaczej mogła to odebrać, jak nie poczucie odpowiedzialności?
- Przecież nie zostałeś tutaj z tego innego powodu. - Tego, który powinien jej się nasunąć jako pierwszy, bo wtedy też ją kochał, ale to nie wystarczyło, aby przy niej został, więc o czym właściwie rozmawiali. Łączyła te kropki, starała się to robić, ale robiła to w ten swój, dziwny pokrętny sposób, który chyba nie do końca był właściwy.
Tym razem zrobiła się czerwona, ta rozmowa nie prowadziła ich nigdzie. Szczególnie, że teraz zarzucił jej tym, jakże filozoficznym wywodem, na temat chujów, który do końca wybił ją z rytmu. Nie miała pojęcia, co się z nimi dzieje, to było tak absurdalne, że chyba bardziej nie mogło być. Na jej twarzy malowała się konsternacja, chyba powoli zaczynało brakować jej słów.
- Nawet bycie chujem nie wychodzi ci do końca, dlaczego to robisz, co? - Najwyraźniej był tylko i wyłącznie połowicznym chujem, przynajmniej według jego rozważań, nie miała pojęcia w jaki sposób doszła do takiego wniosku, ale chyba one już padły.
- Astaroth ćpa eliksiry nasenne, więc jeszcze z ciebie chuj nie uzdrowiciel. - Dodała, bo czemu miałaby się przed tym powstrzymywać, kolejny problem, który pojawił się w jej życiu, niby znowu trochę wspólny, bo przecież Ambroise był jego medykiem, ale bardziej jej, bo to w końcu jej brat. Kolejna sprawa, która mogłaby ich połączyć, ale nie zamierzała, żeby tak się stało. Mieli się w końcu rozejść, każde w swoją stronę, bo tak miało być im lepiej, znaczy ona miała być dzięki temu dużo szczęśliwsza, jak widać, to jednak nie zmierzało w tym kierunku.
- To głupie, to wszystko jest bez sensu, nic sobie nie wyjaśniliśmy zamiast tego doszliśmy do filozoficznych przemyśleń na temat tego, jakim chujem możesz być i że nie do końca nim jesteś, naprawdę jest nam to do czegoś potrzebne? - Zdecydowanie zgubili się w tej rozmowie, właściwie to już dawno zgubiła jej główny wątek i sens i w tej chwili nie miała pojęcia, o co właściwie się kłócili. Okropnie łatwo przychodziło im rzucanie w siebie wyzwiskami, bez większego powodu.
Była zmęczona tą kłótnią, tak samo, jak tym, co działo się między nimi od początku września, ta relacja wyciągała z niej wszystko to, co najgorsze, chociaż kiedyś tak nie było. Oczywiście mieli swoje dobre momenty, ale jednak tych złych nie dało się nie zauważyć. Było między nimi coraz większe napięcie, zapewne spowodowane rosnącą frustracją na to, co się z nimi działo. Dużo prościej by było, gdyby w końcu podjęli jakąś wspólną decyzję, ruszyli w jedną, albo drugą stronę, zamiast tego znowu rzucali w siebie epitetami.
Nie sądziła, żeby byli w stanie cokolwiek sobie teraz wyjaśnić. Każde z nich było rozjuszone, nie panowali zupełnie nad tym dokąd zmierzała ta rozmowa, nie mieli na to wpływu, wręcz przeciwnie chyba dowalali sobie tylko po to, aby w siebie uderzać. Nie chciała, aby tak wyglądało ich pożegnanie, więc to na pewno nie miało ich doprowadzić do końca, już ona się o to postara, tyle, że co wtedy. Niby mówiła mu, że nie ma siły na więcej, a ponownie pokazywała zupełnie inną postawę, znowu próbowała walczyć, chyba sama nie wiedziała, co i właściwie dlaczego robi.