03.03.2025, 02:40 ✶
– Hm... Wiesz, no ulubiony rodzic to dość duża kategoria, konkurencja jest ciężka, a jury bierze pod uwagi wszystkie przewienienia od mojego trzeciego roku życia – odpowiedziała wesoło, chociaż za tą wesołością kryła się jakaś nutka złośliwości, którą jej ojciec mógł doskonale wyczuć.
– Dobrze, a więc będzie hiszpański – odpowiedziała, starając się pilnować, aby żadne słowo nie było wypowiedziane z tym charakterystycznym dla Anglików akcentem, który sprawiał, że każde l brzmiało, jakby się seplenilo, a r jakby wypowiadał je bezębny pies z chrypką. Na całe szczęście uczona tego języka od dziecka nie miała, aż takich problemów i jedynie czasem przez pięć minut zastanawiała się jakiego słowa chciała użyć, bo jak na złość zapomniała go w obu znanych jej językach.
Hestia była zdecydowanie gotowa do walki. Nie chodziło o to, że chciała pokonać tatę. O nie. Chodziło o to, aby trenować. Aby stawać się coraz lepszą. Aby wstawać rano i od razu zaliczać przynajmniej krótką serię rozciągania tak by być zawsze w formie. Bo przecież chciała pokazać rodzicom, i w sumie wszystkim w tym samej sobie, że nadaje się na brygadzistkę, a w przyszłości na aurorkę. To było jej marzenie, ale doskonale wiedziała, że same marzenia nie są gwarancja tego, że ktoś się do czegoś nadaje i ta świadomość przychodziła do niej boleśnie za każdym razem, gdy coś mocno jej się nie udawało. Nie oczekiwała dzisiaj nawet, że wygra. Oczekiwała, że po prostu pokaże tacie, że wciąż trenuje i się rozwija. By widział, że idzie jej coraz lepiej. By sama zobaczyła, że szło jej coraz lepiej.
Dziarskim ruchem przyjęła bojową pozycję i przyjrzała się ojcu, rozważając gdzie zaatakować najpierw, a potem... Potem już bez zbędnych komentarzy, spróbowała wymierzyć cios prosto w ojcowski nos. Nie był to atak z całych sił oczywiście, nie bili się przecież naprawdę, ale ruchy dziewczyny były zdecydowanie szybkie i energiczne, wyraźnie zaznaczające, że planowała dać z siebie wszystko.
Probuję spuścić wpierdol ojcu af III
– Dobrze, a więc będzie hiszpański – odpowiedziała, starając się pilnować, aby żadne słowo nie było wypowiedziane z tym charakterystycznym dla Anglików akcentem, który sprawiał, że każde l brzmiało, jakby się seplenilo, a r jakby wypowiadał je bezębny pies z chrypką. Na całe szczęście uczona tego języka od dziecka nie miała, aż takich problemów i jedynie czasem przez pięć minut zastanawiała się jakiego słowa chciała użyć, bo jak na złość zapomniała go w obu znanych jej językach.
Hestia była zdecydowanie gotowa do walki. Nie chodziło o to, że chciała pokonać tatę. O nie. Chodziło o to, aby trenować. Aby stawać się coraz lepszą. Aby wstawać rano i od razu zaliczać przynajmniej krótką serię rozciągania tak by być zawsze w formie. Bo przecież chciała pokazać rodzicom, i w sumie wszystkim w tym samej sobie, że nadaje się na brygadzistkę, a w przyszłości na aurorkę. To było jej marzenie, ale doskonale wiedziała, że same marzenia nie są gwarancja tego, że ktoś się do czegoś nadaje i ta świadomość przychodziła do niej boleśnie za każdym razem, gdy coś mocno jej się nie udawało. Nie oczekiwała dzisiaj nawet, że wygra. Oczekiwała, że po prostu pokaże tacie, że wciąż trenuje i się rozwija. By widział, że idzie jej coraz lepiej. By sama zobaczyła, że szło jej coraz lepiej.
Dziarskim ruchem przyjęła bojową pozycję i przyjrzała się ojcu, rozważając gdzie zaatakować najpierw, a potem... Potem już bez zbędnych komentarzy, spróbowała wymierzyć cios prosto w ojcowski nos. Nie był to atak z całych sił oczywiście, nie bili się przecież naprawdę, ale ruchy dziewczyny były zdecydowanie szybkie i energiczne, wyraźnie zaznaczające, że planowała dać z siebie wszystko.
Probuję spuścić wpierdol ojcu af III
Rzut Z 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!