03.03.2025, 17:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:50 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
08.09.1972, wczesnym rankiem w Battersea Park
Znów to zrobili. Zamietli wszelkie problemy, jakie wyciągnęli na wierzch, tym razem wpychając je nie pod dywan a pod szpitalne linoleum. Zostawiając je za sobą w gabinecie, który opuścili razem z samego rana. Siedząc przez resztę nocy nad papierami i nie próbując zbyt dużo rozmawiać. Odzyskując część utraconej stabilności, ale nie poprzez wyjaśnienie tego wszystkiego, co nawarstwiło się między nimi. O nie. W końcu to byłoby zbyt proste, nieprawdaż? A oni mieli ostatnio wręcz wyjątkową tendencję do komplikowania sobie życia. Najszczególniej pod pozorem unikania konfrontacji. Nic więc dziwnego, że tym razem też tak zrobili. Pozbyli się problemu poprzez pozwolenie nerwom wygasnąć wraz z nastaniem świtu.
Z pozoru tworząc dzięki temu zupełnie nową kupkę. Może w niewypowiedzianej na głos nadziei, że jeśli zmienią miejsce składowania swoich brudów to te nie wybiją tak szybko ponownie? Nie, chyba nie. Nie tym razem. Teraz oboje zdawali sobie sprawę z tego, że to byłoby bardzo próżne, jeszcze bardziej życzeniowe myślenie.
Może milczeli na temat tego, co się stało, jednak wiedzieli, że przekraczając te wszystkie granice musieli zacząć wyznaczać sobie nowe. Nie poprzez zamykanie ust, nawet jeśli oboje nie byli zbyt skorzy do rozmów tego typu. Prędzej niżeli później musieli ponownie poruszyć temat tego, kim dla siebie obecnie byli. Kim mieli lub nie mieli być. Jak tak właściwie wyglądała i jak miała wyglądać ich relacja. Inaczej szambo wybiłoby ponownie.
Tym bardziej, że z każdą kolejną kłótnią coraz mniej dokładnie uprzątywali ten cały syf. Z dnia na dzień robili to wyłącznie bardziej i bardziej po łebkach, pozwalając na to, by latały między nimi kłęby kurzu, by małe drobiny wypowiedzianych słów osiadały na ich skórze. Aby oblepiały ich te wszystkie myśli o przyszłości bądź też jej braku, stopniowo od nowa się nawarstwiając. Po to, żeby znów posypać się niczym lawina.
Kolejnego takiego razu mogliby już nie przetrwać. To było bardziej niż pewne, szczególnie że ostatnie wspólnie spędzane godziny już były na swój sposób inne niż kiedykolwiek wcześniej. Cichsze. Z pozoru spokojne, ale Ambroise nie musiał być ekspertem w analizie relacji międzyludzkich, żeby wiedzieć, co to dla nich oznaczało. Byli zmęczeni. Nie wściekli. Nie wkurwieni. Chyba już nawet nie poirytowani. Byli wyczerpani, coraz bardziej wypruci z sił. To było znacznie gorsze od złości. Nie napędzało go do niczego dobrego. Wręcz przeciwnie: sprawiało, że milczał bardziej niż kiedykolwiek.
Milczał niemal przez ten cały czas do końca dyżuru. Odzywał się, gdy potrzebował coś powiedzieć. Był responsywny, jednak sam z siebie nie mówił zbyt wiele. Milczał, gdy szpital zaczął zapełniać się pacjentami. Milczał, gdy wrócił do gabinetu po zdaniu raportu dziennej zmianie. Milczał, gdy szykowali się do wyjścia ze szpitala i gdy opuszczali Munga. Kiedy zmierzali ramię w ramię przez park w kierunku Alei Horyzontalnej. Gdy bez jakichkolwiek słów skierowali swoje kroki w kierunku mieszkania Geraldine, nie potrzebując praktycznie żadnych ustaleń.
Kiedyś chcieli żyć w ten sposób, prawda? Nawet jeśli nie w Londynie a nad morzem, Ambroise wciąż zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób to wyglądało. Nie potrzebował pytać, którego psa przypiąć na smycz. Który był dziś jego odpowiedzialnością. Po prostu to zrobił, wychodząc na bardzo znajomą klatkę klatkę schodową i czekając aż Geraldine zamknie za nimi drzwi na klucz.
W okolicach Horyzontalnej czy Pokątnej nie było zbyt wiele zieleni. Nie bez powodu sam Mung, w którym pracował, znajdował się przecież w niemagicznej części miasta. A park tuż obok tamtego miejsca był wręcz idealnym wyborem na poranny spacer. Cichy i spokojny, nadal osnuty wczesnojesienną mgłą rozlaną nad alejkami. Skąpany w półprzezroczystej mlecznej bieli. Otulony zielenią drzew i krzewów powoli przybierających zupełnie nowe barwy.
Było jasno. Całkiem słonecznie. Po nocnej burzy na bezchmurnym niebie nie pozostała ani jedna chmurka. Było chłodno, rześko, ale nie nieprzyjemnie. Pogoda naprawdę im dopisywała.
- Warto byłoby pomyśleć o jakimś cieplejszym szaliku, wiesz? - To były chyba pierwsze tak całkowicie błahe słowa, jakie padły z jego ust od kilku godzin. - Zaczyna się sezon chorobowy a tobie nie potrzeba przeziębienia czy grypy do tego pakietu - stwierdził, czując uderzenie chłodnego podmuchu wiatru.
Usiłując nie wzdrygnąć się na to całkiem przejmująco zimne wrażenie na karku. Szczególnie, że w trakcie wypowiadania tych jakże uzdrowicielsko-upominających słów zdążył już pozbawić się własnego szalika (tego zagarniętego z Munga), bez zbędnych ceregieli zarzucając go na szyję i ramiona dziewczyny. Wcale nie brał odpowiedzialności, nie?
To było na swój sposób ironicznie zabawne. W drugą stronę zaś na tyle wymowne, że chyba faktycznie nie potrzebowało komentarza.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down