03.03.2025, 20:52 ✶
Tego wieczoru nie siedział w Convivium. Musiał załatwić kilka spraw na mieście, pochodzić po dostawcach. Wynegocjował wprost wyborny kontrakt na cytryny do drinków, może też trochę gorszą umowę na dostawę likieru o smaku mandragory. Jednak, można było śmiało stwierdzić, że osiągnął sukces biznesowy. Czy szczęście w miłości równało się temu samemu w działalności gospodarczej? Na pewno sprawiało, że Icarusowi się chciało robić rzeczy, które odkładał od tak dawna. Wcześniej nie miał siły na przeprowadzenie porządnej inwentaryzacji. Teraz natomiast, mając dodatkowego pracownika, był w stanie psychicznym, by zapewnić swojemu barowi jeszcze lepszą organizację i promocję. Może Convivium było pokłosiem jego depresji i beznadziei związanej z nieudaną karierą historyka, ale hej, można było się o nie zatroszczyć.
Idąc Pokątną, zauważył kogoś, za kim szalało jego serce. Mona Rowle szła gdzieś dość szybkim krokiem, widocznie zatopiona we własnych myślach. Spróbował ją zawołać, lecz nie odpowiadała. Szła daleko przed nim, ale musiała go chyba słyszeć.
A co jeśli nie chce mnie widzieć? — spytał się w myślach. Nie... to nie byłoby logiczne. Ale co jeśli rzeczywiście coś zrobił i ją rozzłościł? Zawiódł? Tylko co takiego?
Zatrzymał się, patrząc w dal, za odchodzącą rudowłosą kobietą. Może mógł potem... wysłać jej list? Spytać o co chodziło? Może miała zły dzień?
Nagle, jednak, Mona gwałtownie skręciła w jedną z alejek, jakby nieprzytomnie. Zatoczyła się, jakby była pijana. Icarus znał ten stan aż za dobrze. Tyle, że... to nie było do niej podobne. Coś było nie tak. Bo która kobieta normalnie sama wchodziła w ciemny zaułek? Podążył za nią. Kiedy zaś dotarł do uliczki, zobaczył ją na ziemi, spanikowaną i skołowaną.
— Mo! Bogowie, co się stało? — podbiegł do niej i uklęknął obok. Chwycił ją za ramiona. — Jestem tutaj. Już, spokojnie...
Skarcił się w duchu za wcześniejsze myśli. Przez swój egoizm mógł doprowadzić do tego, żeby została w tej ciemnej alejce całkiem sama. Tyle, że nie mógł się nad sobą teraz użalać. Miał o wiele ważniejszą rolę.
Idąc Pokątną, zauważył kogoś, za kim szalało jego serce. Mona Rowle szła gdzieś dość szybkim krokiem, widocznie zatopiona we własnych myślach. Spróbował ją zawołać, lecz nie odpowiadała. Szła daleko przed nim, ale musiała go chyba słyszeć.
A co jeśli nie chce mnie widzieć? — spytał się w myślach. Nie... to nie byłoby logiczne. Ale co jeśli rzeczywiście coś zrobił i ją rozzłościł? Zawiódł? Tylko co takiego?
Zatrzymał się, patrząc w dal, za odchodzącą rudowłosą kobietą. Może mógł potem... wysłać jej list? Spytać o co chodziło? Może miała zły dzień?
Nagle, jednak, Mona gwałtownie skręciła w jedną z alejek, jakby nieprzytomnie. Zatoczyła się, jakby była pijana. Icarus znał ten stan aż za dobrze. Tyle, że... to nie było do niej podobne. Coś było nie tak. Bo która kobieta normalnie sama wchodziła w ciemny zaułek? Podążył za nią. Kiedy zaś dotarł do uliczki, zobaczył ją na ziemi, spanikowaną i skołowaną.
— Mo! Bogowie, co się stało? — podbiegł do niej i uklęknął obok. Chwycił ją za ramiona. — Jestem tutaj. Już, spokojnie...
Skarcił się w duchu za wcześniejsze myśli. Przez swój egoizm mógł doprowadzić do tego, żeby została w tej ciemnej alejce całkiem sama. Tyle, że nie mógł się nad sobą teraz użalać. Miał o wiele ważniejszą rolę.