04.03.2025, 00:01 ✶
Oczywiście, że musiał wtrącić swoje trzy knuty w to, jaką zaczęli mieć porę. Inaczej nie byłby sobą. Jasne, że przejmował się jej zdrowiem. W tym wypadku był wręcz niereformowalnie matkujący wszystkim, których później mógłby mieć przyjemność leczyć. Przez lata też swojej dziewczynie. To był instynkt. Odruch. Tak samo jak ciche parsknięcie na jej odpowiedź.
- Ta, jasne. Znam cię - odmruknął z uniesionymi brwiami, przypatrując jej się z pobłażliwością. - Bujać to my, nie nas, panienko Yaxley, bujać to my - uderzając językiem o podniebienie, wyłącznie stwierdził fakt, prawda?
Nie musiał posuwać się do zalecania dziewczynie, aby nie próbowała mydlić mu oczu. Zbyt długo trwali u swojego boku, żeby zamierzał dawać wiarę w zapewnienia tego typu. Oczywiście, że nie miała go słuchać. Nieważne, co mu teraz mówiła, patrząc na to, że mieli dopiero początek dnia, najpewniej od połowy miała wrócić do wcześniejszych nawyków.
Nie do końca wiedział, kiedy dokładnie. W jakich okolicznościach. Wychodząc na kolejny spacer mogła jeszcze pamiętać o jego uwagach, wcielając je w życie w zależności od tego, czy by na nią wtedy patrzył, czy też nie. Czy towarzyszyłby jej w kolejnej przechadzce, czy wróciłby już do siebie.
Nie robili planów na ten dzień. Nawet nie próbowali rozmawiać o tym, co będzie dalej. Czy jakiekolwiek później tego dnia w ogóle wchodziło u nich w grę po tym, co się stało. Nie wyjaśnili sobie tak naprawdę niczego. Zepchnęli spory w kąt. Odłożyli temat i od tamtej pory ponownie zachowywali się w ten nietypowo zachowawczy sposób.
Zupełnie tak, jakby to nie miało pierdolnąć ich rykoszetem. Prędzej aniżeli później. Być może nawet jeszcze dzisiaj. Nie mogli tego wiedzieć, bo ponownie - nie rozmawiali o tym. Nie podejmowali dialogu. Zamiast tego ignorowali fakt, że mimo tej z pozoru względnie dobrej atmosfery panującej między nimi, pod spodem nadal kryły się te same dramaty.
Kolejny raz z zewnątrz mogli wyglądać po prostu na jedną z tych całkiem uroczych par. Szczególnie wtedy, gdy oplótł szalikiem szyję dziewczyny, posyłając jej pobłażliwe spojrzenie na ten komentarz. Spodziewał się go. Miał już gotową odpowiedź.
- Jestem uzdrowicielem - stwierdził bez namysłu, kwitując to wzruszeniem ramion.
Tak. W tym wypadku także wychodził wobec siebie z założenia, że złego diabli nie brali. Poza tym miał naturalnie dużo bardziej zwiększoną odporność niż większość ludzi. Co prawda wiedział, że Yaxleyówny także nie łapało zbyt wiele chorób. Na ogół ją to jakoś omijało. W czym w pewnym sensie kiedyś widział minimalny procent własnej pokrętnej zasługi, bo na pewno przynosił do domu naprawdę wiele zarazków i bakterii. To zaś bez wątpienia działało na wzmocnienie ich obojga.
Choróbska się ich nie imały, ale to nie zmieniało faktu, że jako uzdrowiciel czuł się w obowiązku zminimalizować ryzyko zachorowania u kurwa nadal nie jego i nie nie jego, bo do niczego nie doszli dziewczyny. Całkiem dogodnie mógł zasłaniać się swoim profilem i doświadczeniem zawodowym, ale w istocie po prostu nie chciał, żeby do tego wszystkiego Geraldine doszła jeszcze gorączka, picie naprawdę paskudnych eliksirów i co najmniej trzy dni męczarni.
I tak. Mógł o tym nie mówić. Mógł nie wiedzieć, co ona o tym myślała, ale byłby wtedy nie u siebie. Byłby tam, gdzie go potrzebowano. W domu, byłby w domu. Oczywiście parskając przy tym pod nosem, unosząc wzrok w kierunku sufitu, kręcąc głową, mamrocząc coś i burcząc o tym, że mogła go po prostu słuchać i uniknęliby teraz tego całego procesu, ale...
...troszczył się, miał się o nią troszczyć. Nie tylko z poczucia obowiązku. Przede wszystkim z tego, co było między nimi od lat i co wcale nie zniknęło wraz ze wszystkim, co sobie ostatnio robili. Mieli rację, ona ją miała mówiąc, że cokolwiek by zrobili to nie miało tak łatwo odejść. Tyle tylko, że nawet jeśli oboje chcieliby, aby w związku z tą świadomością szła też zmiana na lepsze, wcale nie wyglądało na to, aby to miało mieć miejsce.
Mieli naprawdę piękny i słoneczny, choć wietrzny poranek. Ciszę po burzy mającej miejsce w nocy. Niemal tak intensywnej jak ta pamiętna. Wiele lat wcześniej w Mungu. Ta, od której poniekąd wszystko się zaczęło.
- Masz go jeszcze? - Spytał nagle, pozornie zupełnie znikąd, poprawiając oplot szalika na szyi Geraldine. - Szal. Byłby dobry na jesień - to było głupie, ale jednocześnie mimowolnie chciał wiedzieć, co stało się z tym wszystkim, co po nich zostało.
Piaskownica się nie zmieniła. Nadal mieli tam swoje stare rzeczy, ale Horyzontalna? Szafa Geraldine? Te wszystkie drobiazgi, małe pierdolety, które kiedyś miały znaczenie? Pamiętał konsolkę zniszczoną podczas tej niezbyt udanej interakcji z Astarothem. Nie raz i nie dwa przez te wspólnie spędzane dni zauważył, że jego dziewczyna nosiła już nie jego koszule, ale poniekąd w dalszym ciągu nie miał okazji dowiedzieć się, ile tak naprawdę fizycznych dowodów pozostało po ich dawnym wspólnym życiu.
Chciał to wiedzieć, nawet jeśli miało go to zranić czy zapiec. Był na to gotowy. Szal był pretekstem. Komukolwiek innemu pewnie trudno byłoby tak pokrętnie połączyć kropki, ale nie Geraldine. Geraldine mogła to wiedzieć. Być może wiedziała. Mimo to utrzymał wzrok na jej twarzy, jednocześnie pochylając się, żeby odpiąć psa w miejscu, w którym mogli puścić zwierzęta na chwilę luzem. Rzucić patyk. Raz czy dwa. Zająć czymś wzrok i ręce. Ot, dalej sprawiać pozory spokoju.
- Ta, jasne. Znam cię - odmruknął z uniesionymi brwiami, przypatrując jej się z pobłażliwością. - Bujać to my, nie nas, panienko Yaxley, bujać to my - uderzając językiem o podniebienie, wyłącznie stwierdził fakt, prawda?
Nie musiał posuwać się do zalecania dziewczynie, aby nie próbowała mydlić mu oczu. Zbyt długo trwali u swojego boku, żeby zamierzał dawać wiarę w zapewnienia tego typu. Oczywiście, że nie miała go słuchać. Nieważne, co mu teraz mówiła, patrząc na to, że mieli dopiero początek dnia, najpewniej od połowy miała wrócić do wcześniejszych nawyków.
Nie do końca wiedział, kiedy dokładnie. W jakich okolicznościach. Wychodząc na kolejny spacer mogła jeszcze pamiętać o jego uwagach, wcielając je w życie w zależności od tego, czy by na nią wtedy patrzył, czy też nie. Czy towarzyszyłby jej w kolejnej przechadzce, czy wróciłby już do siebie.
Nie robili planów na ten dzień. Nawet nie próbowali rozmawiać o tym, co będzie dalej. Czy jakiekolwiek później tego dnia w ogóle wchodziło u nich w grę po tym, co się stało. Nie wyjaśnili sobie tak naprawdę niczego. Zepchnęli spory w kąt. Odłożyli temat i od tamtej pory ponownie zachowywali się w ten nietypowo zachowawczy sposób.
Zupełnie tak, jakby to nie miało pierdolnąć ich rykoszetem. Prędzej aniżeli później. Być może nawet jeszcze dzisiaj. Nie mogli tego wiedzieć, bo ponownie - nie rozmawiali o tym. Nie podejmowali dialogu. Zamiast tego ignorowali fakt, że mimo tej z pozoru względnie dobrej atmosfery panującej między nimi, pod spodem nadal kryły się te same dramaty.
Kolejny raz z zewnątrz mogli wyglądać po prostu na jedną z tych całkiem uroczych par. Szczególnie wtedy, gdy oplótł szalikiem szyję dziewczyny, posyłając jej pobłażliwe spojrzenie na ten komentarz. Spodziewał się go. Miał już gotową odpowiedź.
- Jestem uzdrowicielem - stwierdził bez namysłu, kwitując to wzruszeniem ramion.
Tak. W tym wypadku także wychodził wobec siebie z założenia, że złego diabli nie brali. Poza tym miał naturalnie dużo bardziej zwiększoną odporność niż większość ludzi. Co prawda wiedział, że Yaxleyówny także nie łapało zbyt wiele chorób. Na ogół ją to jakoś omijało. W czym w pewnym sensie kiedyś widział minimalny procent własnej pokrętnej zasługi, bo na pewno przynosił do domu naprawdę wiele zarazków i bakterii. To zaś bez wątpienia działało na wzmocnienie ich obojga.
Choróbska się ich nie imały, ale to nie zmieniało faktu, że jako uzdrowiciel czuł się w obowiązku zminimalizować ryzyko zachorowania u kurwa nadal nie jego i nie nie jego, bo do niczego nie doszli dziewczyny. Całkiem dogodnie mógł zasłaniać się swoim profilem i doświadczeniem zawodowym, ale w istocie po prostu nie chciał, żeby do tego wszystkiego Geraldine doszła jeszcze gorączka, picie naprawdę paskudnych eliksirów i co najmniej trzy dni męczarni.
I tak. Mógł o tym nie mówić. Mógł nie wiedzieć, co ona o tym myślała, ale byłby wtedy nie u siebie. Byłby tam, gdzie go potrzebowano. W domu, byłby w domu. Oczywiście parskając przy tym pod nosem, unosząc wzrok w kierunku sufitu, kręcąc głową, mamrocząc coś i burcząc o tym, że mogła go po prostu słuchać i uniknęliby teraz tego całego procesu, ale...
...troszczył się, miał się o nią troszczyć. Nie tylko z poczucia obowiązku. Przede wszystkim z tego, co było między nimi od lat i co wcale nie zniknęło wraz ze wszystkim, co sobie ostatnio robili. Mieli rację, ona ją miała mówiąc, że cokolwiek by zrobili to nie miało tak łatwo odejść. Tyle tylko, że nawet jeśli oboje chcieliby, aby w związku z tą świadomością szła też zmiana na lepsze, wcale nie wyglądało na to, aby to miało mieć miejsce.
Mieli naprawdę piękny i słoneczny, choć wietrzny poranek. Ciszę po burzy mającej miejsce w nocy. Niemal tak intensywnej jak ta pamiętna. Wiele lat wcześniej w Mungu. Ta, od której poniekąd wszystko się zaczęło.
- Masz go jeszcze? - Spytał nagle, pozornie zupełnie znikąd, poprawiając oplot szalika na szyi Geraldine. - Szal. Byłby dobry na jesień - to było głupie, ale jednocześnie mimowolnie chciał wiedzieć, co stało się z tym wszystkim, co po nich zostało.
Piaskownica się nie zmieniła. Nadal mieli tam swoje stare rzeczy, ale Horyzontalna? Szafa Geraldine? Te wszystkie drobiazgi, małe pierdolety, które kiedyś miały znaczenie? Pamiętał konsolkę zniszczoną podczas tej niezbyt udanej interakcji z Astarothem. Nie raz i nie dwa przez te wspólnie spędzane dni zauważył, że jego dziewczyna nosiła już nie jego koszule, ale poniekąd w dalszym ciągu nie miał okazji dowiedzieć się, ile tak naprawdę fizycznych dowodów pozostało po ich dawnym wspólnym życiu.
Chciał to wiedzieć, nawet jeśli miało go to zranić czy zapiec. Był na to gotowy. Szal był pretekstem. Komukolwiek innemu pewnie trudno byłoby tak pokrętnie połączyć kropki, ale nie Geraldine. Geraldine mogła to wiedzieć. Być może wiedziała. Mimo to utrzymał wzrok na jej twarzy, jednocześnie pochylając się, żeby odpiąć psa w miejscu, w którym mogli puścić zwierzęta na chwilę luzem. Rzucić patyk. Raz czy dwa. Zająć czymś wzrok i ręce. Ot, dalej sprawiać pozory spokoju.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down