04.03.2025, 17:08 ✶
Ciało kobiety było napięte do granic możliwość, sama Mona przypominała złapane zwierzę w sidłach, a mimo to drżała niekontrolowanie pod własnym ciężarem. Jak mogła wyjaśnić, że wszystko zaczęło się od gorzkiego smaku w ustach? Każdy oddech stawał się coraz płytszy. Serce tłukło boleśnie o żebra z zamiarem ich roztrzaskania i zanim w pełni zarejestrowała obecność ukochanego mężczyzny, minęła dłuższa chwila.
— Ari? — głos Icarusa był przytłumiony, a jej gardło odmówiło posłuszeństwa. Lodowata dłoń strachu zakryła usta, zepchnęła kobietę głębiej w otchłań i wtedy własne palce zacisnęły się na rękawie jego ubrania. Mona podniosła się na kolanach z przekonaniem, że oboje musieli uciekać. Przesunęła spojrzeniem za jego ramię, potem przez własne i na boki. Jej oczy uciekały w każdą stronę, szukając zagrożenia, którego nie było widać, ale którego obecność czuła jeszcze przed chwilą. Po dziwnej istocie zdawało się nie być śladu. Drżąc wciąż wypuściła powietrze i ponownie się zgarbiła, aby zlustrować go wzrokiem oraz spróbować znaleźć jakiekolwiek oznaki, które mogłyby zdradzić, że była to kolejna iluzja stworzona przez jej umysł. Ale to był ten sam Ari, który jeszcze dwa dni temu siedział z nią w kawiarni. Mona opuściła głowę, jej powieki zadrżały, z gardła wyrwał się cichy, zdławiony szloch.
— Ja… Ja nie wiem… — urwała. — Wracałam… Ulice… One się… Zmieniały. Nie było wyjścia, a potem… A potem… — przełknęła ślinę, ale gorzki posmak nadal palił ją w język.— Coś tam było… Chyba… — wydusiła. Jej palce odruchowo zacisnęły się mocniej na jego ramieniu. Mona potrzebowała jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś prawdziwego. Szukała kotwicy, a Ari był tuż obok.
— Ari? — głos Icarusa był przytłumiony, a jej gardło odmówiło posłuszeństwa. Lodowata dłoń strachu zakryła usta, zepchnęła kobietę głębiej w otchłań i wtedy własne palce zacisnęły się na rękawie jego ubrania. Mona podniosła się na kolanach z przekonaniem, że oboje musieli uciekać. Przesunęła spojrzeniem za jego ramię, potem przez własne i na boki. Jej oczy uciekały w każdą stronę, szukając zagrożenia, którego nie było widać, ale którego obecność czuła jeszcze przed chwilą. Po dziwnej istocie zdawało się nie być śladu. Drżąc wciąż wypuściła powietrze i ponownie się zgarbiła, aby zlustrować go wzrokiem oraz spróbować znaleźć jakiekolwiek oznaki, które mogłyby zdradzić, że była to kolejna iluzja stworzona przez jej umysł. Ale to był ten sam Ari, który jeszcze dwa dni temu siedział z nią w kawiarni. Mona opuściła głowę, jej powieki zadrżały, z gardła wyrwał się cichy, zdławiony szloch.
— Ja… Ja nie wiem… — urwała. — Wracałam… Ulice… One się… Zmieniały. Nie było wyjścia, a potem… A potem… — przełknęła ślinę, ale gorzki posmak nadal palił ją w język.— Coś tam było… Chyba… — wydusiła. Jej palce odruchowo zacisnęły się mocniej na jego ramieniu. Mona potrzebowała jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś prawdziwego. Szukała kotwicy, a Ari był tuż obok.