04.03.2025, 03:03 ✶
Parsknął. Kolejny raz skwitował to parsknięciem, przenosząc niezbyt poważne spojrzenie na Geraldine i taksując ją nim od góry do dołu. Zupełnie tak, jakby starał się ocenić czy już nie dostała gorączki. Miała trochę zbyt błyszczące oczy, może trochę szkliste? Choć to mogła być kwestia nieprzespanej nocy i postępującego zmęczenia, bo choć rześki wiatr odrobinę ich budził, oboje bez wątpienia byli dosyć wyczerpani po nocnych wydarzeniach.
To nie sam dyżur go tak wykończył. Chodziło o przeżyte emocje i wszystko, co wydarzyło się raptem w przeciągu kilkudziesięciu minut. Zaledwie kilka godzin temu. Nadal jeszcze nie miał szansy tego przetrawić. Chwilowo w dalszym ciągu usiłował spychać te myśli w niebyt.
- Spodziewaj się niespodziewanego - tę dewizę ich relacji na pewno pamiętała - ale czasami spodziewaj się też spodziewanego - wzruszył ramionami, bo to było takie proste, prawda?
On był tak cholernie prostym człowiekiem. Eche.
W tym momencie nijak nie próbował jej niczym zaskoczyć. Był po prostu swoją naturalną wersją. Przynajmniej w stosunku do niej. Przynajmniej właśnie w tej chwili. Tak, miał wtedy swoje bardzo specyficzne podejście. I owszem, niespecjalnie mu to wadziło. Jej może trochę bardziej, choć w tym momencie całkiem przezornie i grzecznie nie próbowała z nim dyskutować. Aprobująco kiwnął głową.
Jednocześnie nie mogąc jednak nie zareagować na tę prześmiewcze pytanie, jakie wydostało się spomiędzy jej wygiętych warg. Nie potrafił zignorować tego zaczepnego tonu. Tego już na pewno nie związanego z gorączką błysku w błękitnych oczach dziewczyny. Odchrzaknął, ruchem ręki dając jej do zrozumienia, że powinna się ku niemu nachylić. W razie potrzeby przyciągając ją bliżej przy pomocy szalika.
Tylko po to, żeby móc maksymalnie zniżyć ton głosu, niemal konspiracyjnie szepcząc.
- Zdradzę ci sekret. Nikt tego nie weryfikuje. Po prostu wbijasz tam i zaczynasz na oślep leczyć ludzi a na koniec miesiąca idziesz po zagubiony czek - ot tak to wyglądało, nie? - Lepiej jest tylko z mieszanką studencką. Nie wiem czy powinienem ci to mówić, ale możesz kupować mieszankę studencką nawet jak nie jesteś studentem. Nikt tego nie kontroluje. To jest całkowicie poza systemem - wyznał bez cienia zażenowania, co musiało być naturalne dla osoby dzielącej się tak głębokimi teoriami spiskowymi.
Z czekoladą profesorską nie miał pojęcia, bo niespecjalnie lubił słodycze. Nie kupował je za swoich czasów stażowych a teraz było już za późno, bo właściwy tytuł już został nadany (nawet jeśli wyjątkowo mocno nie trawił nazywania go psorem).
- My jesteśmy już całkowitym paradoksem - odrzekł bez chwili namysłu, prostując się i posyłając całkiem szeroki uśmiech w kierunku Riny - będąc częścią systemu, jednocześnie też jesteśmy poza systemem. Jak bakalie. Ludzkie prawa chorowania nas nie dotyczą - naprawdę chciałby, żeby tak było, choć w istocie nie miewał zbyt dużych problemów tego typu ze zdrowiem.
W przeciągu kilku ostatnich lat, praktycznie przez minioną dekadę był tak naprawdę chory może ze trzy, ewentualnie cztery razy. Nie więcej. Za to kontuzje innego typu wymagające zasłaniania się przewlekłą chorobą? Tak, tych było znacznie więcej. Oboje coś o tym wiedzieli, czyż nie?
Wiedzieli bardzo wiele. Tylko nie to, co w tym momencie było najważniejsze.
- Zwróciłem uwagę na ubrania - odpowiedział wyjątkowo szczerze, zachowując przy tym bardzo neutralny wyraz twarzy.
To chyba samo w sobie stanowiło dostateczną odpowiedź. Nawet jeśli jednocześnie wcale nią nie było. No, nie do końca nią było, bo nie mówił o tym, o czym myślał. Tylko o tym, co dostrzegł. A widział wiele. Za każdym razem łamało mu to serce. Kawałek po kawałku. Malutkie szczeliny, drobne pęknięcia, przez które paradoksalnie od czasu do czasu przebijało się też światło.
To nie były wyłącznie złe myśli. Wbrew słowom rzucanym podczas ich kłótni, wcale nie przez cały czas myślał o wszystkim w ten całkowicie negatywny sposób. Były momenty, gdy robił coś przeciwnego. Światełka. Może nie w tunelu, dużo bardziej subtelne. Jak lampki choinkowe migoczące z oddali w cudzym oknie. Takie dostrzegalne z głębi lasu przez oszronioną szybę.
- Mhm - w pierwszej chwili wydawało się, że tylko to będzie w stanie opuścić jego usta, przebijając się przez nawracającą twardą gulę w gardle, która znów zaczęła się tam pojawiać.
Jak miał zareagować na te słowa? W jaki sposób powinien się zachować? W teorii do woli dysponując tą wiedzą. Czymś, czego mimo wszystko nie spodziewał się usłyszeć od Geraldine w tak prosty i szczery sposób.
- Jesteśmy wyjątkowi - stwierdził w końcu po dłuższej chwili milczenia, manipulując palcami przy psiej smyczy.
To nie do końca był komplement. Raczej ponure, nieco gorzkie stwierdzenie.
Nie wiedział, co powinien zrobić z tą myślą i wiedzą. Jednocześnie przynosiło mu to pewien rodzaj ciepła. Coś na kształt wewnętrznej ulgi, ale zarazem było też...
...przykre. To, że oboje żyli w ten sposób. Nic dziwnego, że byli zmęczeni, skoro od tak dawna tkwili w tym zawieszeniu pomiędzy dwoma światami. Przeszłością a przyszłością. W pokrętnej teraźniejszości, w której nic nie było do końca takie, jakim się wydawało. Szczególnie ich sytuacja.
- Mogę pociągnąć jeszcze na tyle długo, żeby wskoczyć do sklepu po rzeczy do śniadania, jeśli zechcesz zaczekać z psami - stwierdził z pozoru całkiem luźnym tonem, niemalże perfekcyjnie maskując (przynajmniej we własnych oczach) rozwinięcie tego, co wydało mu się bardzo konkretną sugestią.
Nie sądził, aby się wyjątkowo mocno mylił. Słowa Geraldine brzmiały zupełnie tak, jakby faktycznie mieli możliwość odpoczynku razem, nie osobno. W innym wypadku nie sformułowałaby tego zdania w ten sposób, prawda? Użyłaby innego określenia. Wyraźnie rozgraniczyłaby to wszystko. Stwierdziłaby coś innego. W tym momencie nie chciał przesadnie spekulować, jak by to brzmiało, ale to wydawało mu się niemal jasne?
Tak. Już pewien czas wcześniej zaczął łapać się na tym, że dostrzegał ten specyficzny stan, w jaki zaczęli ponownie wpadać. Nie podobało mu się jego własne aktualne podejście. Zachowawczość niemalże na miarę tej sprzed wielu lat, kiedy jego tok rozumowania biegł w naprawdę osobliwych kierunkach.
Zamiast jasno powiedzieć sobie wtedy, czego oczekiwali i o co im chodziło, stosowali wybiegi i zagrywki. Badali grunt. Byli wprost przesadnie zachowawczy, nie chcąc stracić tego, co mieli, ale jednocześnie zaczynając się w tym dusić. Coraz bardziej pękając, ale mimo wszystko trwając przy tych dziwnych powtarzalnych zachowaniach.
A teraz przecież byli ze sobą szczerzy. Bardziej niż wcześniej. Odkrywali przed sobą więcej kart niż kiedykolwiek. Nie wiedząc, na czym aktualnie stoją, ale nie musząc się przy tym chyba uciekać do czegoś takiego? Do przesadnych analiz i zwracania uwagi na każde słyszane bądź też wypowiadane słowo.
A jednak? Dodałaby tam oboje, gdyby myślała o nich osobno? Każde w swoim mieszkaniu, każde u siebie we własnym łóżku? Albo wręcz wprost tak by to określiła? Oddzieliłaby ich od siebie grubą kreską albo powiedziałaby wyłącznie za siebie? Nie byłby na nią o to zły czy poirytowany.
W końcu ich obecne stosunki powinny być raczej coraz chłodniejsze. Nie bez powodu pokłócili się zeszłej nocy na dachu Munga. Nie bez przyczyny zaczęli się od siebie odsuwać. To musiało nastąpić. W pewnym momencie po prostu musiało nadejść. To, że na moment odroczyli nieuniknione...
...znów mieli przejść przez tę piekielną rozmowę, prawda? Zbliżanie się do siebie na tyle, żeby zasnąć w swoich ramionach, obejmując się w łóżku i pozwalając sobie na błogi sen nie było mądre. Nie było posunięciem, do którego powinni się uciekać, ale czy aby na pewno?
Nie wiedział. Nic już nie wiedział.
Zamilkł, nawet nie próbując wyjaśniać swojego toku rozumowania. Nie mówiąc o tym, że nie wiedział jak ona, ale on w tej chwili raczej nie miał ochoty na śniadanie w Dziurawym Kotle czy gdzieś indziej na mieście. Zwykł jeść je dopiero po wstaniu po drzemce. Nie spodziewał się, aby miała zbyt wiele w kuchni, jeśli mieliby wrócić do niej. Jeżeli do niego, on nie miał tam niemal zupełnie nic, toteż małe zakupy mogłyby być konieczne. Bowiem później raczej też nie miał mieć ochoty zbyt szybko wychodzić na zewnątrz.
Mógł im zrobić śniadanie, gdy wstaną. Nieważne, w którym miejscu. Psy miały poczuć się dobrze wszędzie. Oni? On? To było dosyć jasne, że wolałby to zrobić gdziekolwiek, byleby razem? Nie potrzebował teraz wielkich rozmów na ten temat, tylko odpoczynku. Po prostu odpoczynku. Aż odpoczynku.
Przy Geraldine zawsze sypiał lepiej, nie chciał, żeby ich pierwsza osobna noc przypadająca na dzień wypadła akurat dziś. Nie było mu to w smak, ale nie zamierzał naciskać. To był nowy niepewny grunt. Coś, przy czym w dalszym ciągu czuł się zawieszony pomiędzy poczuciem odpowiedzialności a własnymi pragnieniami. Czas? Chyba potrzebowali czasu.
To nie sam dyżur go tak wykończył. Chodziło o przeżyte emocje i wszystko, co wydarzyło się raptem w przeciągu kilkudziesięciu minut. Zaledwie kilka godzin temu. Nadal jeszcze nie miał szansy tego przetrawić. Chwilowo w dalszym ciągu usiłował spychać te myśli w niebyt.
- Spodziewaj się niespodziewanego - tę dewizę ich relacji na pewno pamiętała - ale czasami spodziewaj się też spodziewanego - wzruszył ramionami, bo to było takie proste, prawda?
On był tak cholernie prostym człowiekiem. Eche.
W tym momencie nijak nie próbował jej niczym zaskoczyć. Był po prostu swoją naturalną wersją. Przynajmniej w stosunku do niej. Przynajmniej właśnie w tej chwili. Tak, miał wtedy swoje bardzo specyficzne podejście. I owszem, niespecjalnie mu to wadziło. Jej może trochę bardziej, choć w tym momencie całkiem przezornie i grzecznie nie próbowała z nim dyskutować. Aprobująco kiwnął głową.
Jednocześnie nie mogąc jednak nie zareagować na tę prześmiewcze pytanie, jakie wydostało się spomiędzy jej wygiętych warg. Nie potrafił zignorować tego zaczepnego tonu. Tego już na pewno nie związanego z gorączką błysku w błękitnych oczach dziewczyny. Odchrzaknął, ruchem ręki dając jej do zrozumienia, że powinna się ku niemu nachylić. W razie potrzeby przyciągając ją bliżej przy pomocy szalika.
Tylko po to, żeby móc maksymalnie zniżyć ton głosu, niemal konspiracyjnie szepcząc.
- Zdradzę ci sekret. Nikt tego nie weryfikuje. Po prostu wbijasz tam i zaczynasz na oślep leczyć ludzi a na koniec miesiąca idziesz po zagubiony czek - ot tak to wyglądało, nie? - Lepiej jest tylko z mieszanką studencką. Nie wiem czy powinienem ci to mówić, ale możesz kupować mieszankę studencką nawet jak nie jesteś studentem. Nikt tego nie kontroluje. To jest całkowicie poza systemem - wyznał bez cienia zażenowania, co musiało być naturalne dla osoby dzielącej się tak głębokimi teoriami spiskowymi.
Z czekoladą profesorską nie miał pojęcia, bo niespecjalnie lubił słodycze. Nie kupował je za swoich czasów stażowych a teraz było już za późno, bo właściwy tytuł już został nadany (nawet jeśli wyjątkowo mocno nie trawił nazywania go psorem).
- My jesteśmy już całkowitym paradoksem - odrzekł bez chwili namysłu, prostując się i posyłając całkiem szeroki uśmiech w kierunku Riny - będąc częścią systemu, jednocześnie też jesteśmy poza systemem. Jak bakalie. Ludzkie prawa chorowania nas nie dotyczą - naprawdę chciałby, żeby tak było, choć w istocie nie miewał zbyt dużych problemów tego typu ze zdrowiem.
W przeciągu kilku ostatnich lat, praktycznie przez minioną dekadę był tak naprawdę chory może ze trzy, ewentualnie cztery razy. Nie więcej. Za to kontuzje innego typu wymagające zasłaniania się przewlekłą chorobą? Tak, tych było znacznie więcej. Oboje coś o tym wiedzieli, czyż nie?
Wiedzieli bardzo wiele. Tylko nie to, co w tym momencie było najważniejsze.
- Zwróciłem uwagę na ubrania - odpowiedział wyjątkowo szczerze, zachowując przy tym bardzo neutralny wyraz twarzy.
To chyba samo w sobie stanowiło dostateczną odpowiedź. Nawet jeśli jednocześnie wcale nią nie było. No, nie do końca nią było, bo nie mówił o tym, o czym myślał. Tylko o tym, co dostrzegł. A widział wiele. Za każdym razem łamało mu to serce. Kawałek po kawałku. Malutkie szczeliny, drobne pęknięcia, przez które paradoksalnie od czasu do czasu przebijało się też światło.
To nie były wyłącznie złe myśli. Wbrew słowom rzucanym podczas ich kłótni, wcale nie przez cały czas myślał o wszystkim w ten całkowicie negatywny sposób. Były momenty, gdy robił coś przeciwnego. Światełka. Może nie w tunelu, dużo bardziej subtelne. Jak lampki choinkowe migoczące z oddali w cudzym oknie. Takie dostrzegalne z głębi lasu przez oszronioną szybę.
- Mhm - w pierwszej chwili wydawało się, że tylko to będzie w stanie opuścić jego usta, przebijając się przez nawracającą twardą gulę w gardle, która znów zaczęła się tam pojawiać.
Jak miał zareagować na te słowa? W jaki sposób powinien się zachować? W teorii do woli dysponując tą wiedzą. Czymś, czego mimo wszystko nie spodziewał się usłyszeć od Geraldine w tak prosty i szczery sposób.
- Jesteśmy wyjątkowi - stwierdził w końcu po dłuższej chwili milczenia, manipulując palcami przy psiej smyczy.
To nie do końca był komplement. Raczej ponure, nieco gorzkie stwierdzenie.
Nie wiedział, co powinien zrobić z tą myślą i wiedzą. Jednocześnie przynosiło mu to pewien rodzaj ciepła. Coś na kształt wewnętrznej ulgi, ale zarazem było też...
...przykre. To, że oboje żyli w ten sposób. Nic dziwnego, że byli zmęczeni, skoro od tak dawna tkwili w tym zawieszeniu pomiędzy dwoma światami. Przeszłością a przyszłością. W pokrętnej teraźniejszości, w której nic nie było do końca takie, jakim się wydawało. Szczególnie ich sytuacja.
- Mogę pociągnąć jeszcze na tyle długo, żeby wskoczyć do sklepu po rzeczy do śniadania, jeśli zechcesz zaczekać z psami - stwierdził z pozoru całkiem luźnym tonem, niemalże perfekcyjnie maskując (przynajmniej we własnych oczach) rozwinięcie tego, co wydało mu się bardzo konkretną sugestią.
Nie sądził, aby się wyjątkowo mocno mylił. Słowa Geraldine brzmiały zupełnie tak, jakby faktycznie mieli możliwość odpoczynku razem, nie osobno. W innym wypadku nie sformułowałaby tego zdania w ten sposób, prawda? Użyłaby innego określenia. Wyraźnie rozgraniczyłaby to wszystko. Stwierdziłaby coś innego. W tym momencie nie chciał przesadnie spekulować, jak by to brzmiało, ale to wydawało mu się niemal jasne?
Tak. Już pewien czas wcześniej zaczął łapać się na tym, że dostrzegał ten specyficzny stan, w jaki zaczęli ponownie wpadać. Nie podobało mu się jego własne aktualne podejście. Zachowawczość niemalże na miarę tej sprzed wielu lat, kiedy jego tok rozumowania biegł w naprawdę osobliwych kierunkach.
Zamiast jasno powiedzieć sobie wtedy, czego oczekiwali i o co im chodziło, stosowali wybiegi i zagrywki. Badali grunt. Byli wprost przesadnie zachowawczy, nie chcąc stracić tego, co mieli, ale jednocześnie zaczynając się w tym dusić. Coraz bardziej pękając, ale mimo wszystko trwając przy tych dziwnych powtarzalnych zachowaniach.
A teraz przecież byli ze sobą szczerzy. Bardziej niż wcześniej. Odkrywali przed sobą więcej kart niż kiedykolwiek. Nie wiedząc, na czym aktualnie stoją, ale nie musząc się przy tym chyba uciekać do czegoś takiego? Do przesadnych analiz i zwracania uwagi na każde słyszane bądź też wypowiadane słowo.
A jednak? Dodałaby tam oboje, gdyby myślała o nich osobno? Każde w swoim mieszkaniu, każde u siebie we własnym łóżku? Albo wręcz wprost tak by to określiła? Oddzieliłaby ich od siebie grubą kreską albo powiedziałaby wyłącznie za siebie? Nie byłby na nią o to zły czy poirytowany.
W końcu ich obecne stosunki powinny być raczej coraz chłodniejsze. Nie bez powodu pokłócili się zeszłej nocy na dachu Munga. Nie bez przyczyny zaczęli się od siebie odsuwać. To musiało nastąpić. W pewnym momencie po prostu musiało nadejść. To, że na moment odroczyli nieuniknione...
...znów mieli przejść przez tę piekielną rozmowę, prawda? Zbliżanie się do siebie na tyle, żeby zasnąć w swoich ramionach, obejmując się w łóżku i pozwalając sobie na błogi sen nie było mądre. Nie było posunięciem, do którego powinni się uciekać, ale czy aby na pewno?
Nie wiedział. Nic już nie wiedział.
Zamilkł, nawet nie próbując wyjaśniać swojego toku rozumowania. Nie mówiąc o tym, że nie wiedział jak ona, ale on w tej chwili raczej nie miał ochoty na śniadanie w Dziurawym Kotle czy gdzieś indziej na mieście. Zwykł jeść je dopiero po wstaniu po drzemce. Nie spodziewał się, aby miała zbyt wiele w kuchni, jeśli mieliby wrócić do niej. Jeżeli do niego, on nie miał tam niemal zupełnie nic, toteż małe zakupy mogłyby być konieczne. Bowiem później raczej też nie miał mieć ochoty zbyt szybko wychodzić na zewnątrz.
Mógł im zrobić śniadanie, gdy wstaną. Nieważne, w którym miejscu. Psy miały poczuć się dobrze wszędzie. Oni? On? To było dosyć jasne, że wolałby to zrobić gdziekolwiek, byleby razem? Nie potrzebował teraz wielkich rozmów na ten temat, tylko odpoczynku. Po prostu odpoczynku. Aż odpoczynku.
Przy Geraldine zawsze sypiał lepiej, nie chciał, żeby ich pierwsza osobna noc przypadająca na dzień wypadła akurat dziś. Nie było mu to w smak, ale nie zamierzał naciskać. To był nowy niepewny grunt. Coś, przy czym w dalszym ciągu czuł się zawieszony pomiędzy poczuciem odpowiedzialności a własnymi pragnieniami. Czas? Chyba potrzebowali czasu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down