04.03.2025, 14:25 ✶
Sam się uśmiechnął na swój ulubiony dźwięk na świecie, kiedy słodki śmiech Jolene rozbrzmiał w ich kuchni. Wizja jego żony ganiającej niepokornych absztyfikantów córek z widłami była w jego skromnym przekonaniu dość… Interesująca. Czy był to jego nowy, niespodziewany fetysz? Niechętnie przyznawał, że być może. Czy podejrzewał, że Jolene faktycznie byłaby do tego zdolna? Tak. Czy wzdrygnął się na te mysli? Nieszczególnie. Ale z dzisiejszej rozmowy wynikało, że żadna z córek na razie nie planowała przyprowadzać nikogo do domu, więc mógł spać spokojnie. Przynajmniej do momentu, aż Hesia ani Alice nie wymyśliłyby czegoś nowego, co podważyłoby jego wiarę w możliwość przewidzenia czegokolwiek.
— Kotek, nie porównuj nas do pary amerykańskich przestępców dobrze? To zbyt komunistyczne — rzucił wyjątkowo dotknięty. — …i naprawdę nie zauważyłaś żadnej różnicy w naszym ogródku? — dodał z nutą przesadnej skromności. — Musiałem wykonać naprawdę dobrą robotę — w kopaniu, a potem przekopaniu tej durnej sałaty w miejsce, gdzie schował ciało. A potem to, co se myślał, najwyraźniej nie miało znaczenia.
— I jeszcze mi mówisz o tym całym braku skreślania na start, a chwilę potem rzucasz tekstem o… Naprawdę Jo, trochę konsekwencji — jak to Jolene nie miała nic przeciwko starym konserwom? Tym samym, którzy… Popadał w skrajność z samego rana, a to nie było dobre na umysł, czyż nie? Mężczyzna upił łyk swojej kawy, aby ukryć swój uśmiech na słowa Hestii o uzdrowicielach i ostatniej sprawie, a potem o widłach-rekwizycie ze strony Alice. Z takimi też by sobie dał radę. Następnie westchnął głęboko na każdy komentarz, który padł w jego stronę. Widły tam, widły tu, a koniec końców nie miał pojęcia, jakim cudem skończył w rodzinie, w której morderstwa planowało się między jednym a drugim łykiem kawy (on planował) ale najwyraźniej powinienem się cieszyć, że jego własne ciało jeszcze nie zasiliło grządki z marchewkami (nikt by się nie odważył). Zdążył jeszcze wychylić się z zasięgu ewentualnego kuksańca, po czym uśmiechnął się niewinnie.
— Kotek, nie porównuj nas do pary amerykańskich przestępców dobrze? To zbyt komunistyczne — rzucił wyjątkowo dotknięty. — …i naprawdę nie zauważyłaś żadnej różnicy w naszym ogródku? — dodał z nutą przesadnej skromności. — Musiałem wykonać naprawdę dobrą robotę — w kopaniu, a potem przekopaniu tej durnej sałaty w miejsce, gdzie schował ciało. A potem to, co se myślał, najwyraźniej nie miało znaczenia.
— I jeszcze mi mówisz o tym całym braku skreślania na start, a chwilę potem rzucasz tekstem o… Naprawdę Jo, trochę konsekwencji — jak to Jolene nie miała nic przeciwko starym konserwom? Tym samym, którzy… Popadał w skrajność z samego rana, a to nie było dobre na umysł, czyż nie? Mężczyzna upił łyk swojej kawy, aby ukryć swój uśmiech na słowa Hestii o uzdrowicielach i ostatniej sprawie, a potem o widłach-rekwizycie ze strony Alice. Z takimi też by sobie dał radę. Następnie westchnął głęboko na każdy komentarz, który padł w jego stronę. Widły tam, widły tu, a koniec końców nie miał pojęcia, jakim cudem skończył w rodzinie, w której morderstwa planowało się między jednym a drugim łykiem kawy (on planował) ale najwyraźniej powinienem się cieszyć, że jego własne ciało jeszcze nie zasiliło grządki z marchewkami (nikt by się nie odważył). Zdążył jeszcze wychylić się z zasięgu ewentualnego kuksańca, po czym uśmiechnął się niewinnie.