Rita i Theo
Nie byli wytrawnymi kłamcami, ale nadrabiali charyzmą i wspomnieniem własnych dziecięcych zabaw. Szczęśliwie ich publicznością pozostawali lekko podpici już goście, zatem wyglądało to całkiem wiarygodnie. Co więcej - co najważniejsze - ochroniarze pozostali jeszcze w miejscu przez moment wymieniając się uwagami co dawało cenny czas i spokój drugiej ekipie. Jeden z mięśniaków w okularach ruszył za "małżeństwem" w kierunku ogrodu.
Tam, rozstawiony był wielki piękny biały namiot, elektryczne lampy rozstawione na kamiennej ścieżce zapewniały pełne oświetlenie, a muzyka była mniej wbijająca się w głowę. Ich uwagę mógł przykuć również ogromny basen o owalnych, fantazyjnych kształtach, również podświetlony, zachwycający błękitem. Dookoła niego spacerowali eleganccy goście, i kelnerzy rozdający i zbierający kieliszki. Nikt jeszcze nie był aż tak pijany, żeby pływać.
Rodzeństwo było świadome, że ogród przylega do ściany przy której położony jest gabinet i jedno z jego okien wychodzi właśnie w ich stronę. Krótki rzut oka w stronę tego skrzydła rezydencji pozwoliło ustalić, że wszystkie okna są zasłonięte grubymi kotarami, szczególnie ich. Jacqueline jednak pokazała im plany i w razie czego wiedzieli od której okiennicy trzeba będzie odwracać uwagę.
Basilius i Morpheus
Ich korytarz był pusty - ochroniarz, który strzegł drzwi podążył sprawdzić pokrzykiwania Rity i Theo. Przy drzwiach, które powinny prowadzić do gabinetu (a które znaleźli bez trudu z powodu wcześniej udostępnionych planów), znaleźli na podłodze niewielki krąg ochronny informujący rzucającego o tym, kiedy ktoś po nim przejdzie. Doświadczony klątwołamacz jak Prewett bez trudu mógł go zdjąć.
Obaj panowie weszli do środka.
W gabinecie panował półmrok nikłych świateł wpadających przez materiał przesłaniający widok na ogród. Dogasające kadzidło zostawiało w ustach nieprzyjemny posmak popiołu. Poza biurkiem i regałami całe pomieszczenie przypominało bardziej magazyn. Kufry, skrzynie, gablotki... Bardzo łatwo było się o coś potknąć...
– Zdaje się, że mimo wszystko to inną dwójkę widziałem rubinami. Jest Was więcej? – niski, nieprzyjemnie spokojny głos o mocnym arabskim akcencie, przemówił z wezgłowia obrotowego krzesła, które ze skrzypnięciem obróciło się ku intruzom, a oczom mężczyzn ukazał się... mag z wizji Morpheusa. Wysoki, o ciemnej karnacji i mocno zakrzywionym nosie, jego biały garnitur odznaczał się na skórzanym obiciu krzesła. Na jego rękach spoczywał równie biały kot, który najwidoczniej leżał tam już od jakiegoś czasu. Nie miał różdżki, ale pewną normą wśród afrykańskich magów było jej nieużywanie.
Tura trwa do 9.03