05.03.2025, 15:19 ✶
To nie był dobry pomysł. Nie teraz, nie przy ich stosunkach, nie w tej sytuacji. Zrozumiał to wyjątkowo szybko, mimo to nie mogąc powstrzymać się przed tym intensywnym spojrzeniem, jakie przez dłuższą chwilę posyłał Geraldine, świdrując ją wzrokiem. Nie mógł go odwrócić. Wtedy niechybnie przesunąłby je w niewłaściwy sposób. Znał się, doskonale wiedział, co by zrobił. To nie był dobry pomysł.
Już teraz mimowolnie przesunął czubkiem języka po górnym rzędzie zębów, rozszerzając powieki. Było blisko. Naprawdę blisko tego, żeby sam się teraz złamał. Nie musiała nawet nic robić. Wystarczyło, że znajdowała się blisko. Dosłownie na wyciągnięcie dłoni, odpowiadając mu spojrzeniem mówiącym może trochę zbyt wiele. Odrobinę za dużo, żeby mogli rywalizować jak po prostu przyjaciele. Nie.
To ona odpuściła. Tym razem była znacznie mądrzejsza od niego. Stłumił rozgoryczone westchnienie. Nie był zły na nią. Za to czuł się coraz bardziej zirytowany na siebie. Sekunda dłużej i rozbierałby ją nie tylko w swojej głowie. Kilka minut i robiłby to nie wyłącznie wzrokiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że by mu na to pozwoliła. Zareagowałaby równie porywczo. Bez chwili zastanowienia.
A przecież obecnie się przyjaźnili, tak?
- Czy ja wiem, czy niestety - odparł, obdarzając ją nieokreślonym spojrzeniem.
Nie sądził, aby piła teraz do tego, że zmarnowała na niego najlepsze lata swojej młodości. A poniekąd nie dało się ukryć, że ich wieloletni związek powinien w raczej płynny sposób dążyć do jednego. Tego, co nie nadeszło. Obecnie oboje byli już na pograniczu bycia uznawanymi za starych w kategorii ożenku czy zamążpójścia. W przypadku Geraldine było to znacznie cięższe, bo dochodziła do tego kwestia zakładania rodziny, czyż nie? Kobiety miały tu zdecydowanie ciężej.
A jednak nie chciał tego sprowadzać do czegoś tak ponurego. Nie teraz. Nie kiedykolwiek. Ta kwestia już między nimi padła. Już kiedyś się o to pokłócili. Obecnie raczej wolał zachować ten lekki ton rozmowy niż przyznawać dziewczynie rację i napomykać o tym, że zdawał sobie sprawę z tego, że zmarnował jej życie. Że tego żałował. Nie chciał być aż tak zgorzkniały. Wybrał inną drogę. Bardziej zgodną z tym, co faktycznie sądził, choć może trochę nie pasującą do swojej salonowej narracji.
- Fascynacja płynąca z prowadzania się z gówniarami minęła mi mniej więcej w okolicach rozpoczęcia stażu, wiesz - stwierdził zamiast tego, kwitując to wzruszeniem ramion. - To słaba zagrywka, żeby się dowartościować - tak, zdecydowanie miał tu swoją opinię popartą obserwacjami czynionymi wśród towarzystwa.
Tego, które dzieliło się na różne kategorie zachowań. Branie sobie coraz młodszych dziewcząt aż do momentu, kiedy z powodzeniem mogły być córkami czy co gorsza nawet wnuczkami było na swój sposób żenujące. Tym bardziej, że takie panny zazwyczaj nie miały zbyt wiele w głowie. I to nie zawsze z własnej winy. Po prostu nic nie przeżyły.
Nie dało się z nimi rozmawiać, ale nie o rozmowy zazwyczaj chodziło ich misiaczkom, prawda? No, tak czy siak było to trochę żenujące.
Choć ich relacja też miewała takie momenty. Tyle tylko, że wtedy oboje nie zachowywali się zbyt dojrzale, czego wcale nie zamierzał teraz pomijać. Wręcz przeciwnie. Spojrzał na Geraldine, jakby powiedziała coś równie zabawnego, co absurdalnego, nawet nie tłumiąc parsknięcia.
- Żarliśmy się - przypomniał uprzejmie. - Nie trawiliśmy się znacznie mocniej niż kiedykolwiek w szkole, choć fakt faktem, w szkole nie chciałem cię - urwał, wbijając w nią znaczące spojrzenie, ale nie kończąc zdania; to nie byłoby obecnie wskazane, skoro mówili o przyjaźni, prawda? - A w tamtym momencie pewnie prędzej czy później pozostałoby nam albo to, albo sam nie wiem - bo mimo wszystko nie sądził, aby mogli się pobić.
To była domena Aloysiusa, ewidentnie. Nie Ambroisa, który raczej nie uciekał się do szarpanin z kobietami, o ile nie widział ku temu potrzeby dyktowanej obroną własnego czy cudzego życia. W innym przypadku raczej stosował alternatywne sposoby dla bójek z płcią przeciwną. Zresztą pokazywał to przez lata, praktycznie aż do zeszłego tygodnia, odmawiając tych wszystkich sparingów i fizycznych starć treningowych.
Nie sądził, by ich potrzebowali. Nie w tym rodzaju, nie w tym celu, mogąc dać się sobie ponieść w znacznie przyjemniejszy sposób. Zdecydowanie lepszy od wpierdolu. Tu już zdecydowanie nie miał żadnych oporów, aby spełniać te wszystkie życzenia.
Aż do teraz. Teraz wszystko się zmieniło. Trzymali dystans. Mówili o tej przeklętej przyjaźni, nawet jeśli zaledwie kilka dni bardzo szybko stwierdzili, że to nie może działać. Nie w ich przypadku. To zawsze miało być skazane na porażkę. Tym bardziej, że już kiedyś przekroczyli tę granicę. Wiedzieli o tym jak mogło wyglądać życie. Byli otwarci w tym, co ich ze sobą łączyło.
Znów komplikowali sytuację, ale co innego mieli robić? Nie wiedział.
- Wiem - odpowiedział, tym razem jednak unosząc kąciki ust w nieznacznym uśmiechu. - Mam ci życzyć powodzenia? Czy raczej poprosić o zdanie mi relacji z tego, co ci powie - bo tak, nie miał wątpliwości, że Cornelius wszystko by wypaplał - żebym wiedział jak bardzo mam go skrzywdzić? - A może powinien rozważyć obie opcje?
Prawdopodobnie tak, bo tak jak oni byli wyjątkowi we wszystkim, co robili. Tak i Lestrange był wyjątkową paplą, zwłaszcza po wypiciu odrobiny zbyt dużej ilości alkoholu. Cóż, przynajmniej nie robił tego aż tak często. Jeszcze tego by im brakowało.
Wystarczyło, że ewidentnie mieli problem z piciem kogoś innego. Równie bliskiego. Kurwa.
- Daj spokój - w pierwszej chwili niemal zbył ją machnięciem ręki, sprowadzając odpowiedź wyłącznie do tych banalnych słów, ale gdy tylko to zrobił, coś zdecydowanie zarezonowało w jego wnętrzu.
W bardzo niewłaściwy sposób. W końcu mówili o czymś poważnym. Cholernie trudnym. Ciężkim dla Geraldine, ciężkim dla Astarotha. On sam zdecydowanie nie powinien zachowywać się teraz jak ktoś, kto robił komukolwiek łaskę. Ani jak ktoś, czyje widzimisię nie miało żadnych podstaw poza tymi, że Rina wytknęła mu bycie chujowym uzdrowicielem.
Oczywiście, że nie zamierzał mówić dziewczynie, że planował zrobić to ze względu na nią. Nie był głupi. Być może miotał się to w jedną, to w drugą stronę. Był zagubiony w tym jak wyglądała ich relacja. Na co mogli sobie jeszcze pozwolić. A jednak nie zamierzał jednocześnie deklarować brania na siebie części odpowiedzialności z jej barków i mówić, że nigdy tego nie robił.
Zamiast tego wybrał jeszcze bardziej chujową odpowiedź. Nie sprowadzając też Yaxleya do roli pacjenta, bo wtedy wróciliby do punktu wyjścia i wysrania Greengrassowi tego, że był chujowym uzdrowicielem. Co to, to nie. Poleciał nisko, za to nad wyraz pompatycznie.
- Wiele lat byliśmy rodziną. Jeśli nie przeznaczyłbym kilkudziesięciu godzin życia na to, żeby mu pomóc, kim bym był? - Odparł bardzo spokojnie, wbijając wzrok w twarz dziewczyny i kiwając do siebie głową. - Mam wobec niego takie same zobowiązania jak w stosunku do innych - nie musiał dodawać, jakich innych, prawda?
Tak samo jak nie potrzebował wspominać o tym, w jaki sposób kształtowało się jego podejście dotyczące rodziny. Nie potrzebowali poruszać teraz tego tematu. Nie było im to w niczym potrzebne. Sprawiłoby wyłącznie, że ponownie mogliby się zranić albo pokłócić. Zaś fakty i tak pozostałyby faktami.
To nigdy nie był dla niego zwykły romans. Nigdy nie traktował ich związku jak czegoś, co miało znaleźć się w tym miejscu, w którym teraz byli. Wchodząc w relację z Yaxleyówną, wszedł w relację z całą jej rodziną. W tym z matką z wyjątkowo znienawidzonego przez niego rodu, co po prostu zignorował, uznając ją za swoją przyszłą teściową.
Nie, nie oczekiwałby od Geraldine tego samego. Nie zakładałby, że dziewczyna włączy się w sprawę, gdyby chodziło o Roselyn, ale sam nie zamierzał stać z boku. Już nie. Nawet jeśli mieli z Astarothem bardzo ostrą ponowną interakcję, nawet jeśli wtedy niemal się pozabijali. Mimo wszystko czuł się odpowiedzialny za to, co się stało. Na swój pokrętny sposób. W końcu jego też porzucił. Miał tego świadomość.
Najmniejszym, co mógł zrobić było wsparcie tych dwojga w zakresie rozwiązania sytuacji, w której faktycznie mógł coś zrobić. Mógł być pomocą. Naprostować część syfu, później się wycofać. Tym razem rzeczywiście po raz ostatni.
- Właśnie o to chodzi, nie? - Rzucił być może ciężko i mało entuzjastycznie, ale bez wahania. - Abstrahując od tego, że to byłoby dla dzieciaka upokarzające - stwierdził powoli, bo przecież kto jak kto, ale on doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak można było czuć się z myślą o tym, że ktoś zupełnie spoza otoczenia miałby być świadkiem najsłabszych chwil.
W jego przypadku uniknął podobnych sytuacji, ale nawet sama myśl o istnieniu tej możliwości przyprawiała go o ciarki na kręgosłupie. Nie, nie zrobiłby czegoś takiego Astarothowi. Mogli za sobą obecnie nie przepadać, jednak nie zmieniało to faktu, że chłopak nie zasłużył na podobną formę upokorzenia. Niezależnie od tego, kim byłaby ta niańka, wzięcie kogoś spoza zaufanego kręgu nie wchodziło w grę w oczach Ambroisa.
Zamierzał być adwokatem przeciwko takiemu rozwiązaniu, więc potrzebował wyjść z inną opcją. Potrzebowali czegoś, co sprawdziłoby się zamiast tego kolejnego człowieka. Czegoś prostego, nie generującego zbyt wielu kłopotów a jednocześnie na tyle stabilnego, że Yaxley nie byłby w stanie zwiać im gdzieś pomiędzy jedną a drugą wartą. Być może pobyt w górach mógł utrudnić mu całkowitą ucieczkę, ale gdyby udało mu się teleportować, szukanie wiatru w polu nie wchodziło w grę. Musieli zresztą zadbać o zabranie mu różdżki i inne średnio przyjemne elementy.
- Nie wierzę, że to mówię - naprawdę nieczęsto zdarzało mu się korzystać z takiego wstępu do wypowiedzi, jednak w tym wypadku było to wręcz wyjątkowo wskazane - ale zapięczętujemy go w domu. To jedyna rozsądna opcja, jeśli nie chcemy angażować w to niańki z zewnątrz - stwierdził po chwili namysłu, mimowolnie uderzając opuszkami palców o swoje spodnie. - A potem będziemy z nim siedzieć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zmianowo - tak, powtórzył słowa Geraldine, nadając im jednak zupełnie inne brzmienie niż zrobiła to jego dziewczyna.
Twierdzące. Zdecydowane. Raczej nie pozostawiające zbyt wiele do domysłów. Jeśli już mieli to wspólnie zrobić, Ambroise nie zamierzał uznawać ani półśrodków, ani minimalizować swojego udziału w całym procesie doprowadzania Astarotha do porządku. Był gotowy znieść te wszystkie niedogodności. Nie pierwszy i nie ostatni raz jechałby na oparach, czyż nie? Miewał swoje momenty. Wyglądało na to, że to była chwila na jeden z nich.
Już teraz mimowolnie przesunął czubkiem języka po górnym rzędzie zębów, rozszerzając powieki. Było blisko. Naprawdę blisko tego, żeby sam się teraz złamał. Nie musiała nawet nic robić. Wystarczyło, że znajdowała się blisko. Dosłownie na wyciągnięcie dłoni, odpowiadając mu spojrzeniem mówiącym może trochę zbyt wiele. Odrobinę za dużo, żeby mogli rywalizować jak po prostu przyjaciele. Nie.
To ona odpuściła. Tym razem była znacznie mądrzejsza od niego. Stłumił rozgoryczone westchnienie. Nie był zły na nią. Za to czuł się coraz bardziej zirytowany na siebie. Sekunda dłużej i rozbierałby ją nie tylko w swojej głowie. Kilka minut i robiłby to nie wyłącznie wzrokiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że by mu na to pozwoliła. Zareagowałaby równie porywczo. Bez chwili zastanowienia.
A przecież obecnie się przyjaźnili, tak?
- Czy ja wiem, czy niestety - odparł, obdarzając ją nieokreślonym spojrzeniem.
Nie sądził, aby piła teraz do tego, że zmarnowała na niego najlepsze lata swojej młodości. A poniekąd nie dało się ukryć, że ich wieloletni związek powinien w raczej płynny sposób dążyć do jednego. Tego, co nie nadeszło. Obecnie oboje byli już na pograniczu bycia uznawanymi za starych w kategorii ożenku czy zamążpójścia. W przypadku Geraldine było to znacznie cięższe, bo dochodziła do tego kwestia zakładania rodziny, czyż nie? Kobiety miały tu zdecydowanie ciężej.
A jednak nie chciał tego sprowadzać do czegoś tak ponurego. Nie teraz. Nie kiedykolwiek. Ta kwestia już między nimi padła. Już kiedyś się o to pokłócili. Obecnie raczej wolał zachować ten lekki ton rozmowy niż przyznawać dziewczynie rację i napomykać o tym, że zdawał sobie sprawę z tego, że zmarnował jej życie. Że tego żałował. Nie chciał być aż tak zgorzkniały. Wybrał inną drogę. Bardziej zgodną z tym, co faktycznie sądził, choć może trochę nie pasującą do swojej salonowej narracji.
- Fascynacja płynąca z prowadzania się z gówniarami minęła mi mniej więcej w okolicach rozpoczęcia stażu, wiesz - stwierdził zamiast tego, kwitując to wzruszeniem ramion. - To słaba zagrywka, żeby się dowartościować - tak, zdecydowanie miał tu swoją opinię popartą obserwacjami czynionymi wśród towarzystwa.
Tego, które dzieliło się na różne kategorie zachowań. Branie sobie coraz młodszych dziewcząt aż do momentu, kiedy z powodzeniem mogły być córkami czy co gorsza nawet wnuczkami było na swój sposób żenujące. Tym bardziej, że takie panny zazwyczaj nie miały zbyt wiele w głowie. I to nie zawsze z własnej winy. Po prostu nic nie przeżyły.
Nie dało się z nimi rozmawiać, ale nie o rozmowy zazwyczaj chodziło ich misiaczkom, prawda? No, tak czy siak było to trochę żenujące.
Choć ich relacja też miewała takie momenty. Tyle tylko, że wtedy oboje nie zachowywali się zbyt dojrzale, czego wcale nie zamierzał teraz pomijać. Wręcz przeciwnie. Spojrzał na Geraldine, jakby powiedziała coś równie zabawnego, co absurdalnego, nawet nie tłumiąc parsknięcia.
- Żarliśmy się - przypomniał uprzejmie. - Nie trawiliśmy się znacznie mocniej niż kiedykolwiek w szkole, choć fakt faktem, w szkole nie chciałem cię - urwał, wbijając w nią znaczące spojrzenie, ale nie kończąc zdania; to nie byłoby obecnie wskazane, skoro mówili o przyjaźni, prawda? - A w tamtym momencie pewnie prędzej czy później pozostałoby nam albo to, albo sam nie wiem - bo mimo wszystko nie sądził, aby mogli się pobić.
To była domena Aloysiusa, ewidentnie. Nie Ambroisa, który raczej nie uciekał się do szarpanin z kobietami, o ile nie widział ku temu potrzeby dyktowanej obroną własnego czy cudzego życia. W innym przypadku raczej stosował alternatywne sposoby dla bójek z płcią przeciwną. Zresztą pokazywał to przez lata, praktycznie aż do zeszłego tygodnia, odmawiając tych wszystkich sparingów i fizycznych starć treningowych.
Nie sądził, by ich potrzebowali. Nie w tym rodzaju, nie w tym celu, mogąc dać się sobie ponieść w znacznie przyjemniejszy sposób. Zdecydowanie lepszy od wpierdolu. Tu już zdecydowanie nie miał żadnych oporów, aby spełniać te wszystkie życzenia.
Aż do teraz. Teraz wszystko się zmieniło. Trzymali dystans. Mówili o tej przeklętej przyjaźni, nawet jeśli zaledwie kilka dni bardzo szybko stwierdzili, że to nie może działać. Nie w ich przypadku. To zawsze miało być skazane na porażkę. Tym bardziej, że już kiedyś przekroczyli tę granicę. Wiedzieli o tym jak mogło wyglądać życie. Byli otwarci w tym, co ich ze sobą łączyło.
Znów komplikowali sytuację, ale co innego mieli robić? Nie wiedział.
- Wiem - odpowiedział, tym razem jednak unosząc kąciki ust w nieznacznym uśmiechu. - Mam ci życzyć powodzenia? Czy raczej poprosić o zdanie mi relacji z tego, co ci powie - bo tak, nie miał wątpliwości, że Cornelius wszystko by wypaplał - żebym wiedział jak bardzo mam go skrzywdzić? - A może powinien rozważyć obie opcje?
Prawdopodobnie tak, bo tak jak oni byli wyjątkowi we wszystkim, co robili. Tak i Lestrange był wyjątkową paplą, zwłaszcza po wypiciu odrobiny zbyt dużej ilości alkoholu. Cóż, przynajmniej nie robił tego aż tak często. Jeszcze tego by im brakowało.
Wystarczyło, że ewidentnie mieli problem z piciem kogoś innego. Równie bliskiego. Kurwa.
- Daj spokój - w pierwszej chwili niemal zbył ją machnięciem ręki, sprowadzając odpowiedź wyłącznie do tych banalnych słów, ale gdy tylko to zrobił, coś zdecydowanie zarezonowało w jego wnętrzu.
W bardzo niewłaściwy sposób. W końcu mówili o czymś poważnym. Cholernie trudnym. Ciężkim dla Geraldine, ciężkim dla Astarotha. On sam zdecydowanie nie powinien zachowywać się teraz jak ktoś, kto robił komukolwiek łaskę. Ani jak ktoś, czyje widzimisię nie miało żadnych podstaw poza tymi, że Rina wytknęła mu bycie chujowym uzdrowicielem.
Oczywiście, że nie zamierzał mówić dziewczynie, że planował zrobić to ze względu na nią. Nie był głupi. Być może miotał się to w jedną, to w drugą stronę. Był zagubiony w tym jak wyglądała ich relacja. Na co mogli sobie jeszcze pozwolić. A jednak nie zamierzał jednocześnie deklarować brania na siebie części odpowiedzialności z jej barków i mówić, że nigdy tego nie robił.
Zamiast tego wybrał jeszcze bardziej chujową odpowiedź. Nie sprowadzając też Yaxleya do roli pacjenta, bo wtedy wróciliby do punktu wyjścia i wysrania Greengrassowi tego, że był chujowym uzdrowicielem. Co to, to nie. Poleciał nisko, za to nad wyraz pompatycznie.
- Wiele lat byliśmy rodziną. Jeśli nie przeznaczyłbym kilkudziesięciu godzin życia na to, żeby mu pomóc, kim bym był? - Odparł bardzo spokojnie, wbijając wzrok w twarz dziewczyny i kiwając do siebie głową. - Mam wobec niego takie same zobowiązania jak w stosunku do innych - nie musiał dodawać, jakich innych, prawda?
Tak samo jak nie potrzebował wspominać o tym, w jaki sposób kształtowało się jego podejście dotyczące rodziny. Nie potrzebowali poruszać teraz tego tematu. Nie było im to w niczym potrzebne. Sprawiłoby wyłącznie, że ponownie mogliby się zranić albo pokłócić. Zaś fakty i tak pozostałyby faktami.
To nigdy nie był dla niego zwykły romans. Nigdy nie traktował ich związku jak czegoś, co miało znaleźć się w tym miejscu, w którym teraz byli. Wchodząc w relację z Yaxleyówną, wszedł w relację z całą jej rodziną. W tym z matką z wyjątkowo znienawidzonego przez niego rodu, co po prostu zignorował, uznając ją za swoją przyszłą teściową.
Nie, nie oczekiwałby od Geraldine tego samego. Nie zakładałby, że dziewczyna włączy się w sprawę, gdyby chodziło o Roselyn, ale sam nie zamierzał stać z boku. Już nie. Nawet jeśli mieli z Astarothem bardzo ostrą ponowną interakcję, nawet jeśli wtedy niemal się pozabijali. Mimo wszystko czuł się odpowiedzialny za to, co się stało. Na swój pokrętny sposób. W końcu jego też porzucił. Miał tego świadomość.
Najmniejszym, co mógł zrobić było wsparcie tych dwojga w zakresie rozwiązania sytuacji, w której faktycznie mógł coś zrobić. Mógł być pomocą. Naprostować część syfu, później się wycofać. Tym razem rzeczywiście po raz ostatni.
- Właśnie o to chodzi, nie? - Rzucił być może ciężko i mało entuzjastycznie, ale bez wahania. - Abstrahując od tego, że to byłoby dla dzieciaka upokarzające - stwierdził powoli, bo przecież kto jak kto, ale on doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak można było czuć się z myślą o tym, że ktoś zupełnie spoza otoczenia miałby być świadkiem najsłabszych chwil.
W jego przypadku uniknął podobnych sytuacji, ale nawet sama myśl o istnieniu tej możliwości przyprawiała go o ciarki na kręgosłupie. Nie, nie zrobiłby czegoś takiego Astarothowi. Mogli za sobą obecnie nie przepadać, jednak nie zmieniało to faktu, że chłopak nie zasłużył na podobną formę upokorzenia. Niezależnie od tego, kim byłaby ta niańka, wzięcie kogoś spoza zaufanego kręgu nie wchodziło w grę w oczach Ambroisa.
Zamierzał być adwokatem przeciwko takiemu rozwiązaniu, więc potrzebował wyjść z inną opcją. Potrzebowali czegoś, co sprawdziłoby się zamiast tego kolejnego człowieka. Czegoś prostego, nie generującego zbyt wielu kłopotów a jednocześnie na tyle stabilnego, że Yaxley nie byłby w stanie zwiać im gdzieś pomiędzy jedną a drugą wartą. Być może pobyt w górach mógł utrudnić mu całkowitą ucieczkę, ale gdyby udało mu się teleportować, szukanie wiatru w polu nie wchodziło w grę. Musieli zresztą zadbać o zabranie mu różdżki i inne średnio przyjemne elementy.
- Nie wierzę, że to mówię - naprawdę nieczęsto zdarzało mu się korzystać z takiego wstępu do wypowiedzi, jednak w tym wypadku było to wręcz wyjątkowo wskazane - ale zapięczętujemy go w domu. To jedyna rozsądna opcja, jeśli nie chcemy angażować w to niańki z zewnątrz - stwierdził po chwili namysłu, mimowolnie uderzając opuszkami palców o swoje spodnie. - A potem będziemy z nim siedzieć dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zmianowo - tak, powtórzył słowa Geraldine, nadając im jednak zupełnie inne brzmienie niż zrobiła to jego dziewczyna.
Twierdzące. Zdecydowane. Raczej nie pozostawiające zbyt wiele do domysłów. Jeśli już mieli to wspólnie zrobić, Ambroise nie zamierzał uznawać ani półśrodków, ani minimalizować swojego udziału w całym procesie doprowadzania Astarotha do porządku. Był gotowy znieść te wszystkie niedogodności. Nie pierwszy i nie ostatni raz jechałby na oparach, czyż nie? Miewał swoje momenty. Wyglądało na to, że to była chwila na jeden z nich.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down