05.03.2025, 15:21 ✶
– Cóż, już w pierwszym liście wyraził się Pan dość obszernie na temat tych istot, swoich obserwacji i przypuszczeń dotyczących ich natury. Pamiętam, że nie zgodziłem się na przydział brygady ds. Utylizacji Niebezpiecznych Stworzeń, cóż pomijając moje osobiste antypatie do podejmowania takich działań wobec nieznanych gatunków to jedna rzecz. Drugą oczywiście są odgórnie narzucane nam procedury. Brak raportu z tej wyprawy ze strony pana MacMillana pozwoliły mi domniemywać, że wasza wędrówka zakończyła się totalnym powodzeniem lub totalnym brakiem tegoż. – Odpowiadał niespiesznie, trochę patrząc się na Laurenta, trochę na swoje palce, trochę błądząc oczyma po dokumentacji. Zdawał się być przemęczony, zdecydowanie przytłoczony papierami rozłożonymi wkoło. Być może ten raport gdzieś był. Gdzieś.
– Przyznam, że sceptycznie podchodziłem do tego spotkania, w końcu... jest pan hodowcą abraksanów, czyż nie? – Jego twarz na moment skrzywiła się, jakby z litości, że nie jest to nic aż tak wyjątkowego, zwłaszcza przez wzgląd na krew. Zaraz potem jednak rozpromienił się i ponownie zaczął grzebać w swoich papierzyskach. – Ale cieszy mnie ono, bo nagle słowa z tego listu mają ton i twarz i wygląda mi pan na bardzo, bardzo zaangażowanego oraz, co wcale nie częste, świadomego badacza natury. Widma, które jeszcze nie doczekały się adekwatnego do swej natury imienia, ani porządnej klasyfikacji zasługują na sprawiedliwość. Przed wiekami nasi przodkowie skutecznie wypertraktowali z dementorami warunki koegzystencji, wierzę, że jesteśmy w stanie zrobić to i w tym przypadku.– Nerwowy tik przebiegł mu przez twarz, a pojedyncza łuska opadła na blat biurka. – Pana oddanie nie może nie zostać docenione, wstępną analizą dał mi pan jasno do zrozumienia, że jest pan zorientowany w temacie. Pomimo naszego skromnego budżetu, mogę zaoferować panu na poczet tego przedsięwzięcia funkcję zewnętrznego konsultanta i członkostwo w zespole, któremu być może świeża krew nada nowego rozpędu. Dołączę też do niego MacMillana, skoro uznaje pan współpracę z nim za owocną i satysfakcjonującą. – Pochylił się by poczynić kilka zawijasów na jeszcze czystej kartce papieru, które najprawdopodobniej były jakąś formą notatki.
– Na dniach mój sekretarz przesłałby panu detale, godziny, ludzi, dokumenty do uzupełnienia i podpisania i oczywiście umowę. Wymagałoby to regularnego pojawiania się w Ministerstwie, ale cóż, ja częściej mógłbym oglądać pana na swoim skromnym piętrze, a pan... widma. Czy to uczciwa wymiana? – zachichotał nieco enigmatycznie, szczerząc dwurząd ostro zakończonych zębów.
– Przyznam, że sceptycznie podchodziłem do tego spotkania, w końcu... jest pan hodowcą abraksanów, czyż nie? – Jego twarz na moment skrzywiła się, jakby z litości, że nie jest to nic aż tak wyjątkowego, zwłaszcza przez wzgląd na krew. Zaraz potem jednak rozpromienił się i ponownie zaczął grzebać w swoich papierzyskach. – Ale cieszy mnie ono, bo nagle słowa z tego listu mają ton i twarz i wygląda mi pan na bardzo, bardzo zaangażowanego oraz, co wcale nie częste, świadomego badacza natury. Widma, które jeszcze nie doczekały się adekwatnego do swej natury imienia, ani porządnej klasyfikacji zasługują na sprawiedliwość. Przed wiekami nasi przodkowie skutecznie wypertraktowali z dementorami warunki koegzystencji, wierzę, że jesteśmy w stanie zrobić to i w tym przypadku.– Nerwowy tik przebiegł mu przez twarz, a pojedyncza łuska opadła na blat biurka. – Pana oddanie nie może nie zostać docenione, wstępną analizą dał mi pan jasno do zrozumienia, że jest pan zorientowany w temacie. Pomimo naszego skromnego budżetu, mogę zaoferować panu na poczet tego przedsięwzięcia funkcję zewnętrznego konsultanta i członkostwo w zespole, któremu być może świeża krew nada nowego rozpędu. Dołączę też do niego MacMillana, skoro uznaje pan współpracę z nim za owocną i satysfakcjonującą. – Pochylił się by poczynić kilka zawijasów na jeszcze czystej kartce papieru, które najprawdopodobniej były jakąś formą notatki.
– Na dniach mój sekretarz przesłałby panu detale, godziny, ludzi, dokumenty do uzupełnienia i podpisania i oczywiście umowę. Wymagałoby to regularnego pojawiania się w Ministerstwie, ale cóż, ja częściej mógłbym oglądać pana na swoim skromnym piętrze, a pan... widma. Czy to uczciwa wymiana? – zachichotał nieco enigmatycznie, szczerząc dwurząd ostro zakończonych zębów.