05.03.2025, 15:46 ✶
Zapałka zapalała się. Zapałka gasła. Zapałka zapalała się... a potem ogień pożerał drzewiec, sycąc się czerwoną siarką, sycąc się słodką żywicą. Ale ona nie mogła tego robić. Nie mogła wypalać swoich zapałek. Musiała zarobić. Na coś. Na kogoś. Po coś. Zapałka nie zapalała się... a ona tak bardzo potrzebowała się ogrzać.
Ktoś podszedł.
Podniosła na niego oczy. Białe, mdliste, oczy które nie zauważyły leżącego u jej stóp płaszcza. Była spokojnym duchem, choć wszyscy wiedzieli, że duchy spokojne są tylko do czasu.
– Czy chce p..pan k...kupić zapałki? Mam bardzo, bardzo tanie, ledwie d...dwa knuty za p..pudełko, tak t...tanio p...pan nie....tak tanio p...pan nie dostanie. – słowa wysmyknęły się przez otwarte usta, słowa, wspomnienie wypowiadanych fraz. Kiedyś. W zimie. Wciąż była zima, choć nie padał śnieg. Nie rozumiała stanu w którym się znajdowała, pchana do egzystencji głodem ognia, który i tak będzie za moment mizerny jak jej żywot. Ogień zapałki, który rozpali się i zgaśnie.
Wyciągnęła ku niemu pudełko i mężczyzna mógł przysiąc, że czuje bijący od niej chłód, że w jego nozdrza uderza chłodny powiew mrozu, a ciało istotki kucającej przed nim staje się coraz bardziej materialne. Barwy, ciało, brak transparentności. I pudełko, rzeczywiste jak każde inne, które kiedykolwiek trzymał w swoich dłoniach.
...zimno... – dął wiatr.
Dziewczynka o szklistych zielonych oczach wpatrywała się weń wyczekująco.
– Proszę sprawdzić. Są warte swojej ceny. – Jej palce zdobiła czerń odmrożeń, spękane usta były blade, niemal pozbawione krwi, ale oczy... oczy były wypełnione nadzieją.
Ktoś podszedł.
Podniosła na niego oczy. Białe, mdliste, oczy które nie zauważyły leżącego u jej stóp płaszcza. Była spokojnym duchem, choć wszyscy wiedzieli, że duchy spokojne są tylko do czasu.
– Czy chce p..pan k...kupić zapałki? Mam bardzo, bardzo tanie, ledwie d...dwa knuty za p..pudełko, tak t...tanio p...pan nie....tak tanio p...pan nie dostanie. – słowa wysmyknęły się przez otwarte usta, słowa, wspomnienie wypowiadanych fraz. Kiedyś. W zimie. Wciąż była zima, choć nie padał śnieg. Nie rozumiała stanu w którym się znajdowała, pchana do egzystencji głodem ognia, który i tak będzie za moment mizerny jak jej żywot. Ogień zapałki, który rozpali się i zgaśnie.
Wyciągnęła ku niemu pudełko i mężczyzna mógł przysiąc, że czuje bijący od niej chłód, że w jego nozdrza uderza chłodny powiew mrozu, a ciało istotki kucającej przed nim staje się coraz bardziej materialne. Barwy, ciało, brak transparentności. I pudełko, rzeczywiste jak każde inne, które kiedykolwiek trzymał w swoich dłoniach.
...zimno... – dął wiatr.
...zapal nas
– zachęcał szept, a na jego policzkach zaczął roztapiać się widmowy śnieg....daj... ciepło...
Dziewczynka o szklistych zielonych oczach wpatrywała się weń wyczekująco.
– Proszę sprawdzić. Są warte swojej ceny. – Jej palce zdobiła czerń odmrożeń, spękane usta były blade, niemal pozbawione krwi, ale oczy... oczy były wypełnione nadzieją.