05.03.2025, 16:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2025, 16:34 przez Anthony Shafiq.)
Mógł się z nim droczyć bardziej, mógł drwić, mógł uchylić się przed pytaniem. Mógł odpowiedzieć innym pytaniem, mógł ubrać swoje rozczarowanie w słowa tak piękne, że pofrunęłyby ku niebu jak dwie gołębice. Absolutnie nie powinien poddawać się afektowi, uczuciom które paliły go do żywego podsycane toksyką słów zasianych w nim przez Morpheusa. Był poruszony i głęboko zraniony tą zdradą, a jego anam cara w swojej impulsywności i braku zdrowego rozsądku, w szaleństwie, w pasji i ogniu z którego został zrobiony miał rację w jednym – Anthony traktował lojalność Jonathana, jako rzecz niezbywalną, pewnik na którym mógł opierać się w każdych, nawet najbardziej szalonych przedsięwzięciach. Bez tego czuł się okaleczony i paradoksalnie każde ciepłe słowo od Selwyna, każde słowo wsparcia, każdy list i podarunek, potęgowały tylko tę gorycz.
Przestań dramatyzować. Przecież mówimy o człowieku, który pięć lat spędził z francuską kopią Ciebie i teraz, teraz co? Siedzisz i przeglądasz notatnik od niego, zamiast korzystać z wyjazdu… Ogarnij to, nie mamy na to czasu. Żaden z nas.
Morpheus próbował go wtedy uspokoić, ale to nie pomagało. Nie mógł się skupić, nie mógł nie czuć tej dojmującej pustki, gdy miął w dłoniach papier wypełniony słowami od swojego przyjaciela, jednej z najbliższych mu osób na polu prywatnym i zawodowym. Tracił swoją efektywność przez to, ile energii pochłaniała ta sprawa. Morpheus z oczywistych względów miał rację. I nawet wczorajsze spotkanie z Erikiem nie było w stanie tego zamazać. Musiał to przebić. Musiał w końcu zrzucić to ze swoich barków.
A jednak, szczęka Anthony’ego pozostała boleśnie złączona, palce były zaciśnięte na nóżce tak mocno, że wyeksponowane kostki bieliły się jego wściekłością. Oczy trwały nieruchomo w przystojnej twarzy, bolejąc nad brakiem nawilżenia, gdy Shafiq postanowił ostentacyjnie nie mrugać. Nie wierzył w to, że wyszkolił go tak dobrze. Gdyby nie wiedział na co patrzeć, prawie nie dostrzegłby rys na tej doskonałej prezencji. Może i pułapka była dość prymitywna i toporna, ale w dyplomacie urosło przeświadczenie, że gdyby zapytał wprost…
Cisza dudniła mu w uszach, gdy zastygły w bezruchu, przypominał bardziej rzeźbę niż człowieka. W końcu jednak coś trzeba było powiedzieć. Miał tyle opcji, tyle możliwości, tyle słów, tyle języków. Głową bolała od nacisku, od rozgałęzień, goryczy, żalu i gniewu, które teraz, gdy pozwolił im zakwitnąć w swoim sercu, ekspansywnie zawłaszczały całe jego ciało z językiem na czele.
Wstał więc gwałtownie z krzesła i odszedł sprężyście kilka kroków w stronę plantacji, oddychając ciężko i czując jak serce wali mu jak oszalałe, ściągając uwagę od palących policzków.
– Nie ważne. W sumie nie chcę wiedzieć. Nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu nie chcę. – Czuł, że się trzęsie napięciem ostatnich bezsennych nocy, zmęczeniem egipskich wojaży i wczorajszego dnia, gdy sądził że się w końcu rozluźni. List od Ministry wytrącił go z równowagi. List, tak to z pewnością jego wina. List przeważył szalę. Rwany oddech i kwasowaty posmak na ustach nie pomagał.
Wzniesione granice samokontroli raz opuszczone były bardzo, bardzo trudne do postawienia od nowa.
Przestań dramatyzować. Przecież mówimy o człowieku, który pięć lat spędził z francuską kopią Ciebie i teraz, teraz co? Siedzisz i przeglądasz notatnik od niego, zamiast korzystać z wyjazdu… Ogarnij to, nie mamy na to czasu. Żaden z nas.
Morpheus próbował go wtedy uspokoić, ale to nie pomagało. Nie mógł się skupić, nie mógł nie czuć tej dojmującej pustki, gdy miął w dłoniach papier wypełniony słowami od swojego przyjaciela, jednej z najbliższych mu osób na polu prywatnym i zawodowym. Tracił swoją efektywność przez to, ile energii pochłaniała ta sprawa. Morpheus z oczywistych względów miał rację. I nawet wczorajsze spotkanie z Erikiem nie było w stanie tego zamazać. Musiał to przebić. Musiał w końcu zrzucić to ze swoich barków.
A jednak, szczęka Anthony’ego pozostała boleśnie złączona, palce były zaciśnięte na nóżce tak mocno, że wyeksponowane kostki bieliły się jego wściekłością. Oczy trwały nieruchomo w przystojnej twarzy, bolejąc nad brakiem nawilżenia, gdy Shafiq postanowił ostentacyjnie nie mrugać. Nie wierzył w to, że wyszkolił go tak dobrze. Gdyby nie wiedział na co patrzeć, prawie nie dostrzegłby rys na tej doskonałej prezencji. Może i pułapka była dość prymitywna i toporna, ale w dyplomacie urosło przeświadczenie, że gdyby zapytał wprost…
Cisza dudniła mu w uszach, gdy zastygły w bezruchu, przypominał bardziej rzeźbę niż człowieka. W końcu jednak coś trzeba było powiedzieć. Miał tyle opcji, tyle możliwości, tyle słów, tyle języków. Głową bolała od nacisku, od rozgałęzień, goryczy, żalu i gniewu, które teraz, gdy pozwolił im zakwitnąć w swoim sercu, ekspansywnie zawłaszczały całe jego ciało z językiem na czele.
Wstał więc gwałtownie z krzesła i odszedł sprężyście kilka kroków w stronę plantacji, oddychając ciężko i czując jak serce wali mu jak oszalałe, ściągając uwagę od palących policzków.
– Nie ważne. W sumie nie chcę wiedzieć. Nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu nie chcę. – Czuł, że się trzęsie napięciem ostatnich bezsennych nocy, zmęczeniem egipskich wojaży i wczorajszego dnia, gdy sądził że się w końcu rozluźni. List od Ministry wytrącił go z równowagi. List, tak to z pewnością jego wina. List przeważył szalę. Rwany oddech i kwasowaty posmak na ustach nie pomagał.
Wzniesione granice samokontroli raz opuszczone były bardzo, bardzo trudne do postawienia od nowa.