05.03.2025, 17:15 ✶
Teraz to nie chciała wyjść.
Dalej mógł być mordercą, dalej był mordercą tylko że te wszystkie mordercze akcje w Londynie, jakoś teraz… Nie pasowały jej do niego. To znaczy, nie. Inaczej. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że potrafił zabijać i doskonale wiedziała, że zabijał i to nawet jak na wampira dość kontrowersyjnie. Ale aby być tak nieostrożnym i bezczelnym jak, ten, którego tropiła?
Przyjrzała się skulonej pod ścianą wymizerniałej sylwetce i westchnęła cicho.
Mogła teraz wytrącić mu różdżkę, może przetrącić jakąś kość, rzucić odpowiednie zaklęcie, uniemożliwiające mu jakikolwiek ruch. Zawiesić nawet pod sufitem, a potem wypytać o wszystko, skoro najwyraźniej jego siły walki nie były zdecydowanie zbyt duże. Mogła… Mogła wiele, ale nie zrobiła nic takiego, bo…
Wyglądał… Nie jak ktoś z kim potrafiłaby się teraz skonfrontować. Zwłaszcza, gdy myślała o ich ostatnim spotkaniu. I chyba, ale tylko chyba, jakieś resztki przyzwoitości, wdzięczności i może empatii, nakazały jej jednak zostać i jakoś to rozwiązać.
No cóż… Zaklęcie, które ją zaakceptowało naprawdę zamiast owcy, wpuściło do środka kozę. Bardzo upartą kozę. A to, że nie była mile widziana... Spodziewała się tego.
Podeszła do niego powoli, nieco oceniająco przyglądając się pyłowi (naprawdę? Co za marnotrawstwo prawdopodobnie dobrych mebli) i nie zważając na to, że pobrudzi sobie czarną sukienkę, którą przecież lubiła, usiadła obok niego, wciąż jednak zachowując pewną odległość.
– Chujowy dzień, tydzień, rok, czy taka ogólna depresja? – spytała, wpatrując się w udekorowaną popiołem pustkę przed nimi. Patrzenie na niego… Wprawiają ją na razie w dyskomfort, z którym chyba niekoniecznie chciała się jeszcze konfrontować. – I jakie masz dalsze plany?
Dalej mógł być mordercą, dalej był mordercą tylko że te wszystkie mordercze akcje w Londynie, jakoś teraz… Nie pasowały jej do niego. To znaczy, nie. Inaczej. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że potrafił zabijać i doskonale wiedziała, że zabijał i to nawet jak na wampira dość kontrowersyjnie. Ale aby być tak nieostrożnym i bezczelnym jak, ten, którego tropiła?
Przyjrzała się skulonej pod ścianą wymizerniałej sylwetce i westchnęła cicho.
Mogła teraz wytrącić mu różdżkę, może przetrącić jakąś kość, rzucić odpowiednie zaklęcie, uniemożliwiające mu jakikolwiek ruch. Zawiesić nawet pod sufitem, a potem wypytać o wszystko, skoro najwyraźniej jego siły walki nie były zdecydowanie zbyt duże. Mogła… Mogła wiele, ale nie zrobiła nic takiego, bo…
Wyglądał… Nie jak ktoś z kim potrafiłaby się teraz skonfrontować. Zwłaszcza, gdy myślała o ich ostatnim spotkaniu. I chyba, ale tylko chyba, jakieś resztki przyzwoitości, wdzięczności i może empatii, nakazały jej jednak zostać i jakoś to rozwiązać.
No cóż… Zaklęcie, które ją zaakceptowało naprawdę zamiast owcy, wpuściło do środka kozę. Bardzo upartą kozę. A to, że nie była mile widziana... Spodziewała się tego.
Podeszła do niego powoli, nieco oceniająco przyglądając się pyłowi (naprawdę? Co za marnotrawstwo prawdopodobnie dobrych mebli) i nie zważając na to, że pobrudzi sobie czarną sukienkę, którą przecież lubiła, usiadła obok niego, wciąż jednak zachowując pewną odległość.
– Chujowy dzień, tydzień, rok, czy taka ogólna depresja? – spytała, wpatrując się w udekorowaną popiołem pustkę przed nimi. Patrzenie na niego… Wprawiają ją na razie w dyskomfort, z którym chyba niekoniecznie chciała się jeszcze konfrontować. – I jakie masz dalsze plany?