05.03.2025, 20:02 ✶
tw: lekkie gore przy opisie ghoulki - klasyczek gatunku
Wszystko między nimi zdawało się być zbudowane z gestów tak drobnych, że niedostrzegalnych gołym okiem. Zbyt ważnych w swoim znaczeniu, by byli w stanie je pojąć. Rutyną, którą wyrabiali każdego dnia. Nie zauważył, kiedy i jak Mulciberówna stała się nieodłączną częścią małego świata, który stworzył sobie w Londynie. Nie próbował sobie tłumaczyć dlaczego na to pozwolił, jak stary hazardzista powtarzając sobie, że gdyby zechciał mógłby ją w jednej chwili porzucić, ale było coś w cieple jej ciała, tak miejscami różnego od ciała Calathne. Innego. Coraz bardziej stawała się tym znajomym, miłym ciężarem w objęciach po ciężkich nockach.
- Są sny, w których bezmiar nie mogę cię zabrać.- Szepnął, ujmując jej podbródek, a gdy przestała się znęcać nad jego i tak potarganą fryzurą, nim pozwolił jej się odsunąć, nachylił się by zetknąć ich czoła razem; przez krótką chwilę oddychać wspólnym powietrzem. Poczuł lekkie ukłucie w sercu, gdy zawiesił wzrok na jej jasnych oczach. Były w złym odcieniu. To nie ONA powinna tu stać. Nie JEJ usta powinny pieścić jego. W milczeniu przełknął kolejną czarę goryczy, robiąc to co zawsze - zepchnął wspomnienie o swojej słodkiej siostrze w głąb podświadomości; starał się cieszyć tym co miał; wmówił sobie, że Calanthe była stworzona do czegoś więcej niż oglądanie ciał żebraków w prosektorium.
Z początku bez słowa pozwolił się sprowadzić po schodach, choć z każdym kolejnym krokiem jego pamięć wędrowała do Lorraine Od czasu tej koszmarnej, słodko-gorzkiej nocy nie odważył się zejść na dół. Jej słodkie krzyki huczały mu w pamięci, trzask złamanego barku budził pragnienia, które próbował uciszyć, zwłaszcza mając przy sobie Scarlett. Stój maro. Zamrugał, wchodząc do otwartego prosektorium, niepewnie spoglądając w stronę ustawionego na środku stołu. Zupełnie jakby spodziewał się dostrzec tam ciało Roberta Mulcibera.
- Nie. Mówiłem Lorraine, że chcę ci to pokazać. To bezimienny trup z Podziemnych Ścieżek. I tak wyląduje w piecu, a jego prochy rozsypiemy w Katakumbach, więc nie ma żadnego problemu, żeby go wcześniej obejrzeć.- Odpowiedział uczciwie, przypominając przy okazji co znajdowało się pod ich stopami. Setki kilometrów korytarzy, miejsca zamieszkane przez żywych i martwych, prawdziwe miasto w mieście. Co prawda nie oprowadzał jeszcze Scarlett po zakazanych rejonach, ale widziała jego własne miejsce w tym dziwacznym, pozbawionym słońca i świeżego powietrza miejscu.
Odetchnął z wdzięcznością widząc, że Lorraine pozostawiła w pomieszczeniu zapalone lampy oliwne, świecące się magicznym, chłodnym, niemal białym światłem. Było coś niezwykłego w nagłym przejściu z ciemnicy korytarzy i drewnianego wnętrza zakładu, do niemal szpitalnego sterylnego prosektorium. Poza podstawowymi przyrządami, rzędami szafek z fiolkami do tanatokosmetyki uprawianej przez Malfoy’ównę nie było tu nic szczególnego. Nie licząc oczywiście przykrytego białym prześcieradłem trupa na stole. Unosił się znad niego mdlący zapach kwiatów.
I wtedy usłyszał coś znajomego.
Szelest. Tupot bosych stópek na płytkach. Trzaśnięcie drzwi jakby coś co na nich dotychczas tylko patrzyło teraz postawiło się ujawnić. Odwrócił się dosłownie w ostatnim momencie, puszczając natychmiast Scarlett.
Blond dziecię dopadło do niego, rozkładając ręce w wyraźnym, niemym żądaniu. Odruchowo złapał Fridę pod pachy podnosząc ją. Wątłe ramiona dziewczynki objęły go za szyję, kiedy ukryła twarzyczkę w Baldwinowym ramieniu. Zza burzy jasnych loków łypało ciekawsko zielone oczysko, ale szybko wtuliła się bardziej w Malfoy’a , gdy na sekundę złapała spojrzenie Scarlett. Z pozoru zdawała się być normalnym, na oko sześcioletnim dzieckiem, choć wystarczyło się uważniej przyjrzeć, by dostrzec czerwoną, grubą nić którą miała przyszytą głowę do reszty ciała całkiem zgrabnym haftem krzyżykowym. Podobnie zresztą jak dwa palce u prawej rączki. Jej skóra była nienaturalnie wręcz jasna jak u porcelanowej laleczki, z wyjątkiem kilku przebarwień w miejscach szycia. Ożywieniec.
- Co ty tu robisz, Frido?- Zapytał łagodnie, poprawiając materiał błękitnej, brudnej od kurzu sukienki. Ściągnął z niej sporej wielkości pająka, wypuszczając go na stół prosektoryjny. Ów Frida nie odpowiedziała, zaciskając nieco mocniej palce na jego koszuli.
- Wybacz, z reguły nie wychodzi, kiedy mamy gości. To małe licho woli zerkać z ukrycia, niż się grzecznie pokazać jak na damę przystało.- Powiedział, odwracając się z powrotem w stronę Scarlett. Dziewczynka wydęła lekko usteczka odsuwając głowę, by spojrzeć na niego wzrokiem pełnym dziecięcego oburzenia i ewidentnego poczucia zdrady. Wydała z siebie cichy, kompletnie niezrozumiały dźwięk - coś pomiędzy piskiem, a bełkotem i wtuliła się jeszcze mocniej, niczym krwiożerczy miś koala albo pijawka.
Wszystko między nimi zdawało się być zbudowane z gestów tak drobnych, że niedostrzegalnych gołym okiem. Zbyt ważnych w swoim znaczeniu, by byli w stanie je pojąć. Rutyną, którą wyrabiali każdego dnia. Nie zauważył, kiedy i jak Mulciberówna stała się nieodłączną częścią małego świata, który stworzył sobie w Londynie. Nie próbował sobie tłumaczyć dlaczego na to pozwolił, jak stary hazardzista powtarzając sobie, że gdyby zechciał mógłby ją w jednej chwili porzucić, ale było coś w cieple jej ciała, tak miejscami różnego od ciała Calathne. Innego. Coraz bardziej stawała się tym znajomym, miłym ciężarem w objęciach po ciężkich nockach.
- Są sny, w których bezmiar nie mogę cię zabrać.- Szepnął, ujmując jej podbródek, a gdy przestała się znęcać nad jego i tak potarganą fryzurą, nim pozwolił jej się odsunąć, nachylił się by zetknąć ich czoła razem; przez krótką chwilę oddychać wspólnym powietrzem. Poczuł lekkie ukłucie w sercu, gdy zawiesił wzrok na jej jasnych oczach. Były w złym odcieniu. To nie ONA powinna tu stać. Nie JEJ usta powinny pieścić jego. W milczeniu przełknął kolejną czarę goryczy, robiąc to co zawsze - zepchnął wspomnienie o swojej słodkiej siostrze w głąb podświadomości; starał się cieszyć tym co miał; wmówił sobie, że Calanthe była stworzona do czegoś więcej niż oglądanie ciał żebraków w prosektorium.
Z początku bez słowa pozwolił się sprowadzić po schodach, choć z każdym kolejnym krokiem jego pamięć wędrowała do Lorraine Od czasu tej koszmarnej, słodko-gorzkiej nocy nie odważył się zejść na dół. Jej słodkie krzyki huczały mu w pamięci, trzask złamanego barku budził pragnienia, które próbował uciszyć, zwłaszcza mając przy sobie Scarlett. Stój maro. Zamrugał, wchodząc do otwartego prosektorium, niepewnie spoglądając w stronę ustawionego na środku stołu. Zupełnie jakby spodziewał się dostrzec tam ciało Roberta Mulcibera.
- Nie. Mówiłem Lorraine, że chcę ci to pokazać. To bezimienny trup z Podziemnych Ścieżek. I tak wyląduje w piecu, a jego prochy rozsypiemy w Katakumbach, więc nie ma żadnego problemu, żeby go wcześniej obejrzeć.- Odpowiedział uczciwie, przypominając przy okazji co znajdowało się pod ich stopami. Setki kilometrów korytarzy, miejsca zamieszkane przez żywych i martwych, prawdziwe miasto w mieście. Co prawda nie oprowadzał jeszcze Scarlett po zakazanych rejonach, ale widziała jego własne miejsce w tym dziwacznym, pozbawionym słońca i świeżego powietrza miejscu.
Odetchnął z wdzięcznością widząc, że Lorraine pozostawiła w pomieszczeniu zapalone lampy oliwne, świecące się magicznym, chłodnym, niemal białym światłem. Było coś niezwykłego w nagłym przejściu z ciemnicy korytarzy i drewnianego wnętrza zakładu, do niemal szpitalnego sterylnego prosektorium. Poza podstawowymi przyrządami, rzędami szafek z fiolkami do tanatokosmetyki uprawianej przez Malfoy’ównę nie było tu nic szczególnego. Nie licząc oczywiście przykrytego białym prześcieradłem trupa na stole. Unosił się znad niego mdlący zapach kwiatów.
I wtedy usłyszał coś znajomego.
Szelest. Tupot bosych stópek na płytkach. Trzaśnięcie drzwi jakby coś co na nich dotychczas tylko patrzyło teraz postawiło się ujawnić. Odwrócił się dosłownie w ostatnim momencie, puszczając natychmiast Scarlett.
Blond dziecię dopadło do niego, rozkładając ręce w wyraźnym, niemym żądaniu. Odruchowo złapał Fridę pod pachy podnosząc ją. Wątłe ramiona dziewczynki objęły go za szyję, kiedy ukryła twarzyczkę w Baldwinowym ramieniu. Zza burzy jasnych loków łypało ciekawsko zielone oczysko, ale szybko wtuliła się bardziej w Malfoy’a , gdy na sekundę złapała spojrzenie Scarlett. Z pozoru zdawała się być normalnym, na oko sześcioletnim dzieckiem, choć wystarczyło się uważniej przyjrzeć, by dostrzec czerwoną, grubą nić którą miała przyszytą głowę do reszty ciała całkiem zgrabnym haftem krzyżykowym. Podobnie zresztą jak dwa palce u prawej rączki. Jej skóra była nienaturalnie wręcz jasna jak u porcelanowej laleczki, z wyjątkiem kilku przebarwień w miejscach szycia. Ożywieniec.
- Co ty tu robisz, Frido?- Zapytał łagodnie, poprawiając materiał błękitnej, brudnej od kurzu sukienki. Ściągnął z niej sporej wielkości pająka, wypuszczając go na stół prosektoryjny. Ów Frida nie odpowiedziała, zaciskając nieco mocniej palce na jego koszuli.
- Wybacz, z reguły nie wychodzi, kiedy mamy gości. To małe licho woli zerkać z ukrycia, niż się grzecznie pokazać jak na damę przystało.- Powiedział, odwracając się z powrotem w stronę Scarlett. Dziewczynka wydęła lekko usteczka odsuwając głowę, by spojrzeć na niego wzrokiem pełnym dziecięcego oburzenia i ewidentnego poczucia zdrady. Wydała z siebie cichy, kompletnie niezrozumiały dźwięk - coś pomiędzy piskiem, a bełkotem i wtuliła się jeszcze mocniej, niczym krwiożerczy miś koala albo pijawka.