05.03.2025, 20:03 ✶
Isaac przyjął od Brenny kubek z kawą i uniósł go w niemym geście wdzięczności. Po pierwszym łyku odetchnął głębiej, jakby kofeina miała rozjaśnić jego myśli i dodać mu energii. Rzucił niedopalonego papierosa na ziemię i przydeptał go butem.
-Ja czułbym się zaszczycony, gdybyś w końcu zgodziła się pójść ze mną kolację.- Mruknął półżartem, ale zaraz spoważniał, spoglądając w stronę wskazanego przez nią domu. Żywopłot skutecznie odgradzał posesję od świata zewnętrznego, ale Isaac wiedział, że to nie on stanowi prawdziwą barierę - to będą ludzie, ich nieufność i lęk.
Nie dziwiło go to. W czasach, gdy każdy z nieodpowiednimi poglądami mógł nagle zniknąć lub znaleźć się na celowniku, ostrożność była jedną z niewielu rzeczy, która zapewniała bezpieczeństwo.
-Bezpośrednie podejście może być dobrym rozwiązaniem.- Powiedział po chwili namysłu, idąc obok Brenny.-Ludzie niechętnie mówią, ale jeszcze mniej lubią mieć na sumieniu fakt, że mogli komuś nie pomóc, a tego nie zrobili. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi czyjeś życie.- Spojrzał na nią kątem oka, uśmiechając się lekko, gdy wspomniała o jego talencie do przekonywania.
-To miłe, że tak mnie postrzegasz. Choć moja łatwość w gadaniu to często po prostu wrodzony talent do mówienia, co mi ślina na język przyniesie.
Zatrzymał się kilka kroków od bramki, pozwalając sobie jeszcze raz rozejrzeć się po okolicy. Cicho westchnął. Nie lubił się stresować, a jeszcze mniej lubił myśl, że może to on ściągnął na zaginionego kłopoty.
Dopił resztę kawy i odłożył pusty kubek na niewielki mur przy furtce. Uśmiechnął się pokrzepiająco do panny Longbottom i nie pozostało im już nic innego, jak przeszkodzić państwu Johnson w śniadaniu.
Kiedy drzwi się otworzyły, a twarzą w twarz stanęli z kimś z rodziny, Isaac przywołał na twarz uprzejmy, choć lekko spięty uśmiech. Wyciągnął dłoń na powitanie.
-Dzień dobry, nazywam się Isaac Bagshot.- Przedstawił się krótko, zerkając na Brennę, zanim przeszedł do rzeczy.-Przepraszam, że przychodzimy bez zapowiedzi, ale sprawa jest dość pilna. Jakiś czas temu umówiłem się z państwa przyjacielem - Markiem, na wywiad. Miał się ze mną spotkać, ale nie przyszedł. Dowiedziałem się, że nie pojawił się w pracy, a w jego domu od jakiegoś czasu nikogo nie było. Szczerze mówiąc, martwię się.- Spojrzał rozmówcy prosto w oczy, próbując wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje.
-Czasy są, jakie są, a ja nie chciałbym, żeby spotkało go coś złego. Nie będę nalegał na wywiad, nie chodzi już o to. Po prostu chciałbym wiedzieć, że nic mu się nie stało. Może mają państwo z nim kontakt? Może wiedzą państwo coś, co mogłoby nas uspokoić? Może przez ten wywiad wpadł w jakieś kłopoty. A jeśli tak jest, to chciałbym pomóc.- Westchnął cicho i lekko się przygarbił. -Przyszliśmy do państwa, bo wiemy, że jesteście blisko. Jeśli mogą państwo cokolwiek powiedzieć, będziemy wdzięczni. Chodzi tylko o to, żeby się upewnić, że Mark jest cały i zdrowy.
-Ja czułbym się zaszczycony, gdybyś w końcu zgodziła się pójść ze mną kolację.- Mruknął półżartem, ale zaraz spoważniał, spoglądając w stronę wskazanego przez nią domu. Żywopłot skutecznie odgradzał posesję od świata zewnętrznego, ale Isaac wiedział, że to nie on stanowi prawdziwą barierę - to będą ludzie, ich nieufność i lęk.
Nie dziwiło go to. W czasach, gdy każdy z nieodpowiednimi poglądami mógł nagle zniknąć lub znaleźć się na celowniku, ostrożność była jedną z niewielu rzeczy, która zapewniała bezpieczeństwo.
-Bezpośrednie podejście może być dobrym rozwiązaniem.- Powiedział po chwili namysłu, idąc obok Brenny.-Ludzie niechętnie mówią, ale jeszcze mniej lubią mieć na sumieniu fakt, że mogli komuś nie pomóc, a tego nie zrobili. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi czyjeś życie.- Spojrzał na nią kątem oka, uśmiechając się lekko, gdy wspomniała o jego talencie do przekonywania.
-To miłe, że tak mnie postrzegasz. Choć moja łatwość w gadaniu to często po prostu wrodzony talent do mówienia, co mi ślina na język przyniesie.
Zatrzymał się kilka kroków od bramki, pozwalając sobie jeszcze raz rozejrzeć się po okolicy. Cicho westchnął. Nie lubił się stresować, a jeszcze mniej lubił myśl, że może to on ściągnął na zaginionego kłopoty.
Dopił resztę kawy i odłożył pusty kubek na niewielki mur przy furtce. Uśmiechnął się pokrzepiająco do panny Longbottom i nie pozostało im już nic innego, jak przeszkodzić państwu Johnson w śniadaniu.
Kiedy drzwi się otworzyły, a twarzą w twarz stanęli z kimś z rodziny, Isaac przywołał na twarz uprzejmy, choć lekko spięty uśmiech. Wyciągnął dłoń na powitanie.
-Dzień dobry, nazywam się Isaac Bagshot.- Przedstawił się krótko, zerkając na Brennę, zanim przeszedł do rzeczy.-Przepraszam, że przychodzimy bez zapowiedzi, ale sprawa jest dość pilna. Jakiś czas temu umówiłem się z państwa przyjacielem - Markiem, na wywiad. Miał się ze mną spotkać, ale nie przyszedł. Dowiedziałem się, że nie pojawił się w pracy, a w jego domu od jakiegoś czasu nikogo nie było. Szczerze mówiąc, martwię się.- Spojrzał rozmówcy prosto w oczy, próbując wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje.
-Czasy są, jakie są, a ja nie chciałbym, żeby spotkało go coś złego. Nie będę nalegał na wywiad, nie chodzi już o to. Po prostu chciałbym wiedzieć, że nic mu się nie stało. Może mają państwo z nim kontakt? Może wiedzą państwo coś, co mogłoby nas uspokoić? Może przez ten wywiad wpadł w jakieś kłopoty. A jeśli tak jest, to chciałbym pomóc.- Westchnął cicho i lekko się przygarbił. -Przyszliśmy do państwa, bo wiemy, że jesteście blisko. Jeśli mogą państwo cokolwiek powiedzieć, będziemy wdzięczni. Chodzi tylko o to, żeby się upewnić, że Mark jest cały i zdrowy.