05.03.2025, 22:21 ✶
Noc Samhain. Święto Duchów w Hogwarcie. Na zewnątrz wiał zimny wiatr, a liście tańczyły w świetle księżyca. W powietrzu unosił się zapach pieczeni wołowej, ciasta dyniowego, kukurydzianego puddingu i innych wyśmienitości przygotowanych przez skrzaty na ten wieczór. Większość uczniów zebrała się w Wielkiej Sali, delektując się ucztą z okazji tego wyjątkowego wieczoru. Ja jednak, w przeciwieństwie do nich, postanowiłem nie tracić czasu. Zjadłem, co tylko mogłem, nażarłem się do syta. Jadłem głównie ciasta i mięcho, bo to było kaloryczne i łatwe do pochłonięcia. Pożarłem kilka kawałków tarty dyniowej i ciasta czekoladowego, potem pół pieczeni i cztery udka kurczaka - aż poczułem się dostatecznie wypełniony. W końcu potrzebowałem energii na to, co mnie czekało. W godzinę udało mi się nafutrować do granic możliwości. Miałem wrażenie, że szybkość, z jaką nażarłem się, graniczyła z przesadą, ale nie mogłem sobie pozwolić na utratę cennego czasu.
Wielka Sala, rozświetlona blaskiem świec, przestała być dla mnie interesująca po niespełna sześćdziesięciu minutach. Potem, jak najciszej, wymknąłem się z na korytarz, pełen zapału do realizacji naszego epickiego planu. Był prosty, ale genialny. Nic dziwnego, bo snuliśmy go od tygodni - musiał być świetny, a teraz w końcu miał szansę na realizację. Zaczęliśmy go wdrażać na początku października, więc byłem bardziej niż gotowy, by zobaczyć, jak nasze pomysły przeradzają się w rzeczywistość.
Większość uczniów pozostała daleko za mną, gdy w pośpiechu wymknąłem się do dormitorium pogrążonego w ciszy. Nie było tam nikogo, za to przez uchylone okna - z dołu, gdzie większość mieszkańców zamku wciąż świętowała - dochodziły dźwięki śmiechu i rozmów.
W pokoju czekały na mnie skitrane skarby, które zdobyliśmy: zapasowa szata jakiejś grubej krukonki. Może była trochę za krótka - za to jaka szeroka! - ale w końcu nie chodziło o to, żeby wyglądać idealnie. Do tego okulary kujona od nas z roku niżej, które bezceremonialnie zwinęliśmy z jego szafki nocnej. Buteleczkę z krwią salamandry znaleźliśmy w magazynku przy sali do eliksirów.
Przez pewien czas rozważaliśmy eliksir na porost włosów, ale ostatecznie zadowoliliśmy się peruką, którą pożyczyłem bez pytania od starej profesorki z jej gabinetu, podczas, gdy Cornelius pytał ją o jakieś bzdury. To było ryzykowne, ale co tam - liczyła się zabawa. Poza tym nie miała tego zauważyć do co najmniej jutra, bo założyła odświętne włosy. Do tego czasu zamierzałem zwrócić jej własność.
Kiedy już byłem gotowy, założyłem na siebie wszystko, a następnie ruszyłem w stronę damskiego kibla. Na miejscu, by dodać sobie dramatyzmu, wymalowałem się sadzą z kominka w pokoju wspólnym, zostawiając na szyi ciemną kreskę, która miała wyglądać przerażająco. Trochę salamandrzej krwi - szczególnie w okolicach oczu, na szyi i na nadgarstkach i voilà! Spojrzałem w lustro i uśmiechnąłem się do swojego odbicia. Wyglądałem jak prawdziwe widmo. Zadowolony zapaliłem papierosa - częściowo dla efektu, bo ponoć czarna magia jebie fajkami, ale też po prostu, żeby nakarmić swój nałóg. Nie otwierałem okna, żeby dym unosił się w powietrzu, ale niestety bardzo szybko się rozwiał. Była tu dziwnie dobra wentylacja, szczególnie przy umywalkach - no nic, nie zamierzałem przerywać z tego powodu.
Wiedziałem, że Jęcząca Marta została zaproszona na ucztę duchów. To oznaczało, że mogłem spokojnie zająć jej miejsce. Miałem sporo czasu, zanim wróci. Zamierzałem wykorzystać ten wieczór, by straszyć pierwszaki, które zazwyczaj przychodziły do damskiego kibla w noc Samhain. Czekałem, aż pierwsze ofiary wejdą do łazienki, zupełnie niegotowe na moje przerażające wystąpienie. Dzieciaki były łatwym celem. Poza tym - umówmy się - nie zamierzałem robić im krzywdy. Reszta miała ich przejmować na korytarzu i dbać o kontrolę zniszczeń.
Słysząc pojedyncze kroki na korytarzu, uśmiechnąłem się do siebie pod nosem. To był moment, na który czekałem. Przygotowałem się do działania. Zamknąłem się w jednej z kabin w damskim kiblu, czekając na moją ofiarę. Zamknąłem oczy, wciągając dym z nowego papierosa w płuca, a potem wydychając go powoli - tworząc obłok, który otulił mnie śmierdzącą chmurą. Eau de czarna magia autorstwa mugolskich fajek i groza, jaką niósł ten swąd - to było to. Chłód panujący w wentylowanym pomieszczeniu tylko podkręcał ten klimat.
Drzwi do łazienki otworzyły się z skrzypieniem, a w pojawiła się postać, której cień dostrzegłem przez szczelinę u dołu drzwi do kabiny. Nie wiedziałem, kim była moja ofiara. Spodziewałem się, że to była jakaś odważna pierwszaczka - w końcu takie przychodziły tu co roku tej nocy, ale nie mogłem mieć pewności, bo jej nie widziałem. Wystarczyła mi myśl, że z pewnością nie miała jeszcze pojęcia, co ją czeka. Na razie zostawiłem ją w spokoju, wstrzymując oddech, czekając na idealny moment, by wyskoczyć z kabiny i wystraszyć ją na śmierć.
Wciągnąłem powietrze i przygotowałem się do wydania przeraźliwego krzyku, jednak uprzednio wyciągnąłem różdżkę i machnąłem nią, gasząc świece w żyrandolu. Ciemność ogarnęła pomieszczenie.
- Kto śmie zakłócać spokój duchów?! - Zaryczałem, nadal z kabiny, dodając do swojego występu odpowiednią piskliwą intonację.
Wielka Sala, rozświetlona blaskiem świec, przestała być dla mnie interesująca po niespełna sześćdziesięciu minutach. Potem, jak najciszej, wymknąłem się z na korytarz, pełen zapału do realizacji naszego epickiego planu. Był prosty, ale genialny. Nic dziwnego, bo snuliśmy go od tygodni - musiał być świetny, a teraz w końcu miał szansę na realizację. Zaczęliśmy go wdrażać na początku października, więc byłem bardziej niż gotowy, by zobaczyć, jak nasze pomysły przeradzają się w rzeczywistość.
Większość uczniów pozostała daleko za mną, gdy w pośpiechu wymknąłem się do dormitorium pogrążonego w ciszy. Nie było tam nikogo, za to przez uchylone okna - z dołu, gdzie większość mieszkańców zamku wciąż świętowała - dochodziły dźwięki śmiechu i rozmów.
W pokoju czekały na mnie skitrane skarby, które zdobyliśmy: zapasowa szata jakiejś grubej krukonki. Może była trochę za krótka - za to jaka szeroka! - ale w końcu nie chodziło o to, żeby wyglądać idealnie. Do tego okulary kujona od nas z roku niżej, które bezceremonialnie zwinęliśmy z jego szafki nocnej. Buteleczkę z krwią salamandry znaleźliśmy w magazynku przy sali do eliksirów.
Przez pewien czas rozważaliśmy eliksir na porost włosów, ale ostatecznie zadowoliliśmy się peruką, którą pożyczyłem bez pytania od starej profesorki z jej gabinetu, podczas, gdy Cornelius pytał ją o jakieś bzdury. To było ryzykowne, ale co tam - liczyła się zabawa. Poza tym nie miała tego zauważyć do co najmniej jutra, bo założyła odświętne włosy. Do tego czasu zamierzałem zwrócić jej własność.
Kiedy już byłem gotowy, założyłem na siebie wszystko, a następnie ruszyłem w stronę damskiego kibla. Na miejscu, by dodać sobie dramatyzmu, wymalowałem się sadzą z kominka w pokoju wspólnym, zostawiając na szyi ciemną kreskę, która miała wyglądać przerażająco. Trochę salamandrzej krwi - szczególnie w okolicach oczu, na szyi i na nadgarstkach i voilà! Spojrzałem w lustro i uśmiechnąłem się do swojego odbicia. Wyglądałem jak prawdziwe widmo. Zadowolony zapaliłem papierosa - częściowo dla efektu, bo ponoć czarna magia jebie fajkami, ale też po prostu, żeby nakarmić swój nałóg. Nie otwierałem okna, żeby dym unosił się w powietrzu, ale niestety bardzo szybko się rozwiał. Była tu dziwnie dobra wentylacja, szczególnie przy umywalkach - no nic, nie zamierzałem przerywać z tego powodu.
Wiedziałem, że Jęcząca Marta została zaproszona na ucztę duchów. To oznaczało, że mogłem spokojnie zająć jej miejsce. Miałem sporo czasu, zanim wróci. Zamierzałem wykorzystać ten wieczór, by straszyć pierwszaki, które zazwyczaj przychodziły do damskiego kibla w noc Samhain. Czekałem, aż pierwsze ofiary wejdą do łazienki, zupełnie niegotowe na moje przerażające wystąpienie. Dzieciaki były łatwym celem. Poza tym - umówmy się - nie zamierzałem robić im krzywdy. Reszta miała ich przejmować na korytarzu i dbać o kontrolę zniszczeń.
Słysząc pojedyncze kroki na korytarzu, uśmiechnąłem się do siebie pod nosem. To był moment, na który czekałem. Przygotowałem się do działania. Zamknąłem się w jednej z kabin w damskim kiblu, czekając na moją ofiarę. Zamknąłem oczy, wciągając dym z nowego papierosa w płuca, a potem wydychając go powoli - tworząc obłok, który otulił mnie śmierdzącą chmurą. Eau de czarna magia autorstwa mugolskich fajek i groza, jaką niósł ten swąd - to było to. Chłód panujący w wentylowanym pomieszczeniu tylko podkręcał ten klimat.
Drzwi do łazienki otworzyły się z skrzypieniem, a w pojawiła się postać, której cień dostrzegłem przez szczelinę u dołu drzwi do kabiny. Nie wiedziałem, kim była moja ofiara. Spodziewałem się, że to była jakaś odważna pierwszaczka - w końcu takie przychodziły tu co roku tej nocy, ale nie mogłem mieć pewności, bo jej nie widziałem. Wystarczyła mi myśl, że z pewnością nie miała jeszcze pojęcia, co ją czeka. Na razie zostawiłem ją w spokoju, wstrzymując oddech, czekając na idealny moment, by wyskoczyć z kabiny i wystraszyć ją na śmierć.
Wciągnąłem powietrze i przygotowałem się do wydania przeraźliwego krzyku, jednak uprzednio wyciągnąłem różdżkę i machnąłem nią, gasząc świece w żyrandolu. Ciemność ogarnęła pomieszczenie.
- Kto śmie zakłócać spokój duchów?! - Zaryczałem, nadal z kabiny, dodając do swojego występu odpowiednią piskliwą intonację.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)