— N-n-nie. T-t-tylko, jak się s-stresuje — odpowiedział, starając się nie brzmieć, jakby to pytanie go uraziło. Mimo to jego policzki zabarwiły się na lekką czerwień. W sumie, ostatnio te nerwy zdarzają się coraz częściej i częściej, pomyślał nieco zgryźliwie.
Zdecydowanie istniała część Camerona, która była nieco wycofana i wręcz wyrywała się do tego, aby zniknąć gdzieś w tłumie i znaleźć się poza zasięgiem wszystkich zdarzeń, które potencjalnie mogłyby zmienić jego życie na gorsze. Rzecz w tym, że był to tylko fragment jego osoby. Wiele lat spędzonych wśród ludzi, których zachowanie graniczyło z ciężkim ADHD i zadziwiająco otwartą postawą, wypędziło go z tej skorupy, ale ta wciąż mu towarzyszyła, ciężąc mu od czasu do czasu. Najczęściej wtedy, gdy nie mógł polegać na tych, których obecność przywykł brać za pewnik.
— Nie no, aż t-t-tak źle to nie jest — mruknął, ściągając w konsternacji brwi. — Po prostu jestem głupi i grzeszę, okej? C-czasami nawet dosyć trochę c-c-często. Od tego się wypada z łask b-bożych, c-co nie? Albo innego chujostwa co się w-wtrąca w życie ludzi. Pewnie p-przez to tu wylądowaliśmy.
Spojrzał wymownie w niebo, jak gdyby oczekiwał, że otrzyma jakąś konkretną odpowiedź na ten komentarz. Może i to lepiej, pomyślał. Gdyby nagle jakieś bóstwo postanowiło się z nim skontaktować lub dać mu jakiś znak poprzez zesłanie na nich ulewy, to stwierdziłby, że faktycznie bardzo dużo nagrzeszył. Nawet jeśli nie był głównym sprawcą całej masy problemów i incydentów, w jakie wplątywali się jego przyjaciele, to wciąż był winny współudziałowi. A to potrafiło namieszać w kartotece, zarówno tej ziemskiej, jak i chociażby szkolnej, czy niebiańskiej.
Uśmiechnął się pod nosem na widok reakcji Sauriela. Zaciągnął się jeszcze raz papierosem, po czym strącił popiół z niego prosto na chodnik. Nie przejmował się zbytnio, czy przypadkiem nie zabłąka się tutaj jakiś zagubiony auror lub brygadzista. Jakoś wątpił, żeby funkcjonariusze byli w tej chwili zainteresowani wlepianiem mandatów za palenie w miejscu publicznym. I tak mieli teraz pełne ręce roboty, więc chęć wyrobienia normy raczej zeszła na dalszy plan.
— Czarny K-kot? — Uniósł pytająco brwi. Że niby był zwinny jak kocisko, czy trafił na kogoś parającego się animagią? Ewentualnie mogło jeszcze chodzić o mityczne dziewięć kocich żyć, ale to chyba były zbyt dalekosiężne wnioski. — Cóż, Sauriel to dobre imię, chociaż ten anioł też kusi, nie powiem. „Czy przybyłeś t-tutaj, aby zbawić grzesznika, o aniele?” — kontynuował nabożnym tonem, z trudem powstrzymując się przed wzniesieniem obu rąk w górę, jak to miały w zwyczaju kapłanki sabatu. Po chwili na jego usta wypłynął z trudem uśmiech, aż chłopak parsknął gromko. — Ja pierdole, odpierdala mi.
Ukrył twarz w dłoniach. Od głównej ulicy dochodziły do nich kolejne odgłosy zamieszek, jednak tak jak do tej pory wydawały się ono stosunkowo odlegle, tak teraz zdawały się coraz bardziej przybliżać i nabierać na intensywności. W pewnym momencie rozległ się huk; ktoś wysadził w powietrze część ściany pobliskiego budynku. Pył wzniósł się w powietrze, a pojedyncze cegły potoczyły się po ziemi. Cameron zmarszczył brwi i podniósł się z ziemi. Wprawdzie żaden odłamek nie doleciał do ich alejki, ale on nie miał zamiaru siedzieć i czekać, aż któryś w końcu go dosięgnie.
— D-dobra — mruknął, zbierając się w sobie. — Czas stąd spływać, panie Saurielu.