01.02.2023, 22:40 ✶
Kolejny dzień wypełniony pracą jak na razie przebiegał bez zbędnych niespodzianek. Od rana przyjmowała w swoim gabinecie, korzystając z dnia, w którym grafik zwolnił ja z pełnienia dyżuru w Św. Mugnu. Zdecydowanie wolała przyjmować pacjentów w swoim gabinecie, ciesząc się niezmąconym spokojem i ciszą, która panowała w jej gabinecie, w którym nie musiała znosić wtrącania się, przeszkadzania i podchodzenia sobie prawie pod nogi.
Nadchodził czas kolejnej wizyty, do której powoli się przygotowywała. Wyciągnęła kartę z imieniem i nazwiskiem, które wcześniej dostała przez sowę w momencie, gdy niejaki Pan Marquez się do niej zgłaszał. Teraz więc czekała, aż ten przyjdzie, próbując rozwiązać swój problem natury medycznej. Prosty albo skomplikowany, choć szczerze wolała to drugie. Nudziła ją monotonia w pracy, kochała zaś zagadki.
W końcu pacjent się zjawił. Usłyszała otwieranie drzwi, upiła łyk chłodnawej już czerwonej herbaty, skrzywiła się i podgrzała ja odpowiednim zaklęciem. Dopiero wtedy się odezwała, nie wstając ze swojego wygodnego fotela.
- Proszę, zapraszam do gabinetu - rzuciła, z przyzwyczajenia nazywając tak pokój, gdzie przeprowadzała wywiad z pacjentami. Głównie przez to, że załatwiała tu większość roboty papierkowej. - Dzień dobry - przywitała się, na jej twarzy brak uśmiechu, jedynie wyrachowany, poważny wyraz twarzy.
Wraz z eleganckim ubiorem, na który składał się szary, damski garnitur w białą kratę, wiązana na kokardę pod szyją koszula, oraz brązowe pantofle, prezentowała się dość profesjonalnie.
- Annaleigh Dolohov - przedstawiła się, wyciągając do Marqueza dłoń, ponieważ nie spotkali się wcześniej, a przynajmniej sobie tego nie przypominała. - Z jakim problemem pan do mnie przychodzi? - zapytała, układając ręce na biurku, które ich dzieliło. Karta Ururu leżała otwarta, gotowa na zanotowanie wszystkich potrzebnych w trakcie diagnozy i leczenia informacji.
Nadchodził czas kolejnej wizyty, do której powoli się przygotowywała. Wyciągnęła kartę z imieniem i nazwiskiem, które wcześniej dostała przez sowę w momencie, gdy niejaki Pan Marquez się do niej zgłaszał. Teraz więc czekała, aż ten przyjdzie, próbując rozwiązać swój problem natury medycznej. Prosty albo skomplikowany, choć szczerze wolała to drugie. Nudziła ją monotonia w pracy, kochała zaś zagadki.
W końcu pacjent się zjawił. Usłyszała otwieranie drzwi, upiła łyk chłodnawej już czerwonej herbaty, skrzywiła się i podgrzała ja odpowiednim zaklęciem. Dopiero wtedy się odezwała, nie wstając ze swojego wygodnego fotela.
- Proszę, zapraszam do gabinetu - rzuciła, z przyzwyczajenia nazywając tak pokój, gdzie przeprowadzała wywiad z pacjentami. Głównie przez to, że załatwiała tu większość roboty papierkowej. - Dzień dobry - przywitała się, na jej twarzy brak uśmiechu, jedynie wyrachowany, poważny wyraz twarzy.
Wraz z eleganckim ubiorem, na który składał się szary, damski garnitur w białą kratę, wiązana na kokardę pod szyją koszula, oraz brązowe pantofle, prezentowała się dość profesjonalnie.
- Annaleigh Dolohov - przedstawiła się, wyciągając do Marqueza dłoń, ponieważ nie spotkali się wcześniej, a przynajmniej sobie tego nie przypominała. - Z jakim problemem pan do mnie przychodzi? - zapytała, układając ręce na biurku, które ich dzieliło. Karta Ururu leżała otwarta, gotowa na zanotowanie wszystkich potrzebnych w trakcie diagnozy i leczenia informacji.