06.03.2025, 03:59 ✶
Przybyłem do Doliny Godryka na pół godziny przed umówioną godziną, starając się zminimalizować ryzyko i nie zwracać na siebie uwagi. Zatrzymałem się na chwilę, by rozejrzeć się po okolicy, uświadamiając sobie, jak wiele się zmieniło od czasów mojej ostatniej wizyty, półtora dekady temu. Ku mojemu zdziwieniu, miejsce to wciąż wyglądało tak samo. Dolina Godryka przywitała mnie tą samą, sielankową atmosferą, jaką pamiętałem sprzed piętnastu lat. Stare, ceglane budynki, brukowane uliczki i zielone otoczenie sprawiały, że czułem się, jakbym cofnął się w czasie. Z trudem rozpoznałem niektóre ze sklepów o zmienionych szyldach i witrynach - części znanych mi miejsc już nie było, ale ogólny klimat pozostał niezmieniony. Rozejrzałem się powoli, próbując odnaleźć wspomnienia, które wciąż były żywe w mojej pamięci. Tak wiele się zmieniło, a jednak w sercu czułem, że część mnie wciąż tkwiła w tym miejscu, nawet po tylu latach. Zmiany w krajobrazie były minimalne, a powietrze wciąż miało ten sam, charakterystyczny zapach. Aż dziwne, że gdzieś tam kryło się niebezpieczeństwo, z którego powodu mnie tu przysłano.
Odczuwałem narastające napięcie, ale starałem się je zignorować. Chciałem tylko, aby wszystko poszło zgodnie z planem. Mój umysł był w pełni skupiony na nadchodzącym spotkaniu. Musiałem być czujny - nie tylko z powodu mojej przeszłości, ale także ze względu na to, co mogło wydarzyć się w przyszłości. Mimo to, czułem się jak duch, który krąży po miejscach, które kiedyś były dla niego domem.
Wiedząc, że jestem na świeczniku Śmierciożerców, jako zdrajca krwi, podjąłem decyzję, by pojawić się sam - jako pierwszy, zanim pojawi się reszta. Chciałem uniknąć sytuacji, w której ktoś z moich dawnych znajomych mógłby mnie zidentyfikować i powiązać z pozostałym towarzystwem. Przechadzając się po okolicy, byłem wyjątkowo uważny - moje oczy skanowały okolicę nie tylko w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń, ale też pułapek architektonicznych, takich jak ściany i płoty, i dróg ucieczki.
Zatrzymałem się na chwilę przed sklepem, w którym miałem spotkać się ze znajomym Geraldine Yaxley. Moje myśli krążyły wokół Isaaca. Kojarzyłem go nie tylko z nazwiska, ale także z faktu, że choć byłem od niego starszy, wspólnie lataliśmy w drużynie quidditcha. On był pałkarzem, ja ścigającym. Nie mieliśmy jednak zbyt wielu interakcji, więc nie obawiałem się, że mógłby mnie rozpoznać. Od tamtego czasu minęło naprawdę sporo czasu, a ja stałem się kimś zupełnie innym.
Czas ma to do siebie, że zmienia ludzi - ja stałem się tego najlepszym przykładem. Nic już nie przypominało dawnego Rookwooda, znanego w drużynie jako Rookie albo na korytarzu jako Loys. Aloysius był wysokim, szczupłym bogatym dzieciakiem, elegancko ubranym, z bezczelnym uśmiechem na twarzy. Teraz? Teraz nie było we mnie prawie nic z tego chłopaka. Zachowałem tylko swoje ciemnobrązowe oczy - zbyt inteligentne jak na byle knypka spod ciemnej gwiazdy z mojej kasty zawodowej, jak mawiali niektórzy.
Obszedłem budynek ze wszystkich możliwych stron. Zanim skierowałem się do drzwi, rozejrzałem się uważnie, upewniając się, że na ulicy nie ma nikogo, kto mógłby mnie zauważyć. Okolica była pusta. W końcu spojrzałem na zegarek. Dziesięć minut przed umówionym czasem. Wciąż miałem chwilę. Zatrzymałem się przed drzwiami, jeszcze raz przeanalizowałem otoczenie i wszedłem do środka.
Od razu skierowałem się w stronę regału, oddalonego od sprzedawcy, na którego nawet nie rzuciłem okiem, ale skinąłem mu głową na powitanie, starając się wyglądać na zupełnie przeciętnego klienta, który wie, czego chce - świętego spokoju i braku zbędnych pytań. Zdecydowanie nie wyglądałem podejrzanie. Wcale, a wcale. Tatuaże i złote kolczyki w uchu wcale nie sprawiały, że wyglądałem jak ktoś, kto mógłby przyjść tu napaść na sklep, gotów wyciągnąć różdżkę czy broń i ogłosić, że to napad.
No, dobrze - naprawdę starałem się wyglądać jak najbardziej niegroźnie, ale swoim wyglądem przypominałem raczej kogoś, kto przyszedłby tu napaść na sklep - goddammit - a nie po prostu spędzić czas na zakupach. Mierzyłem niemal metr dziewięćdziesiąt, miałem bardzo dobrze zbudowaną sylwetkę - przypakowane ramiona i szerokie barki. Do tego potargane, ciemne włosy, które częściowo związałem w kitę na czubku głowy. Ubrany byłem w skórę. Ciemnobrązowe bojówki miały masę kieszeni wypełnionych przeróżnymi przedmiotami, na nogach nosiłem ciężkie, skórzane buty motocyklowe.
Moim celem - wcale nie rabunku, ok? - były półki, na których leżały stosy naklejek, zestawów do rysowania i kalkomanii. Przez chwilę przeglądałem filcowe literki - ironia, co nie? - czując się jak dziecko, które zupełnie nie pasuje do otoczenia. Miałem świadomość, że gdybym tylko otworzył usta, moja aura zakapiora szybko by zniknęła, ale milczałem. Żułem truskawkową gumę balonową dla dzieci i przeglądałem modele statków do składania. Zerknąłem na zegarek - pięć minut do spotkania. Każda zbędna chwila w tym miasteczku mogła mnie kosztować wszystko, więc liczyłem, że towarzystwo zaraz się pojawi.
Do tego czasu usiłowałem być tylko klientem. Przeglądając modele, natrafiłem na znajomy stateczek. Titanic. Był to projekt dla dzieci, ale w tym momencie wydał mi się idealny, by odciągnąć myśli od rzeczywistości i od tego, że ostatni raz byłem tu jako chłopak, marzący o wielkich rzeczach, a teraz wróciłem jako mężczyzna, który dźwigał na sobie ciężar przeszłości.
W końcu postanowiłem przerwać milczenie. Nie obracając głowy w stronę sprzedawcy, zadałem pytanie, które nasunęło mi się na myśl, nie mogąc się powstrzymać od podzielenia się tym szokującym faktem w celu - o ironio - rozluźnienia atmosfery. Z moich ust padło, zamiast „to napad”, coś znacznie lżejszego. A może nie? To był poważny temat.
- Wiesz, sze Titanic w szeszywistości sostał zatopiony pszez gobliny, któle miały na selu zabicie kilku milionelów spszeciwiających się Lezelfie Fedelalnej? - Zapytałem, próbując brzmieć swobodnie, mimo, że temat był niezwykle poważny, bo gobliny pozwalały sobie na zbyt wiele. Poza tym od razu odkrywałem karty, dając mężczyźnie do zrozumienia, że wiedziałem kim jest. - Na pokłasie Titanica, podszas jego dziewiszego lejsu, znajdowało się kilku najbogatszych ludzi na szwiecie. Wśród nich byli John Jacob Astol IV, Benjamin Guggenheim i Isidol Stlaus - wszyscy półklfi. Szekomo spszesiwiali się utwoszeniu amelykańskiego banku centlalnego, co było dla goblinów baldzo niekoszystne. Wybiły ich i upozolowały zdeszenie, szeby posbyś się szwiatków. Jak? Pszy pomocy smoka. - Powiedziałem bardzo miękko, trochę francusko, bardzo niezgodnie z moim pierwszym wrażeniem.
No, naprawdę. Gobliny miały swoje interesy, a ich wpływy były głębsze, niż większość ludzi mogłaby sobie wyobrazić.
Odczuwałem narastające napięcie, ale starałem się je zignorować. Chciałem tylko, aby wszystko poszło zgodnie z planem. Mój umysł był w pełni skupiony na nadchodzącym spotkaniu. Musiałem być czujny - nie tylko z powodu mojej przeszłości, ale także ze względu na to, co mogło wydarzyć się w przyszłości. Mimo to, czułem się jak duch, który krąży po miejscach, które kiedyś były dla niego domem.
Wiedząc, że jestem na świeczniku Śmierciożerców, jako zdrajca krwi, podjąłem decyzję, by pojawić się sam - jako pierwszy, zanim pojawi się reszta. Chciałem uniknąć sytuacji, w której ktoś z moich dawnych znajomych mógłby mnie zidentyfikować i powiązać z pozostałym towarzystwem. Przechadzając się po okolicy, byłem wyjątkowo uważny - moje oczy skanowały okolicę nie tylko w poszukiwaniu potencjalnych zagrożeń, ale też pułapek architektonicznych, takich jak ściany i płoty, i dróg ucieczki.
Zatrzymałem się na chwilę przed sklepem, w którym miałem spotkać się ze znajomym Geraldine Yaxley. Moje myśli krążyły wokół Isaaca. Kojarzyłem go nie tylko z nazwiska, ale także z faktu, że choć byłem od niego starszy, wspólnie lataliśmy w drużynie quidditcha. On był pałkarzem, ja ścigającym. Nie mieliśmy jednak zbyt wielu interakcji, więc nie obawiałem się, że mógłby mnie rozpoznać. Od tamtego czasu minęło naprawdę sporo czasu, a ja stałem się kimś zupełnie innym.
Czas ma to do siebie, że zmienia ludzi - ja stałem się tego najlepszym przykładem. Nic już nie przypominało dawnego Rookwooda, znanego w drużynie jako Rookie albo na korytarzu jako Loys. Aloysius był wysokim, szczupłym bogatym dzieciakiem, elegancko ubranym, z bezczelnym uśmiechem na twarzy. Teraz? Teraz nie było we mnie prawie nic z tego chłopaka. Zachowałem tylko swoje ciemnobrązowe oczy - zbyt inteligentne jak na byle knypka spod ciemnej gwiazdy z mojej kasty zawodowej, jak mawiali niektórzy.
Obszedłem budynek ze wszystkich możliwych stron. Zanim skierowałem się do drzwi, rozejrzałem się uważnie, upewniając się, że na ulicy nie ma nikogo, kto mógłby mnie zauważyć. Okolica była pusta. W końcu spojrzałem na zegarek. Dziesięć minut przed umówionym czasem. Wciąż miałem chwilę. Zatrzymałem się przed drzwiami, jeszcze raz przeanalizowałem otoczenie i wszedłem do środka.
Od razu skierowałem się w stronę regału, oddalonego od sprzedawcy, na którego nawet nie rzuciłem okiem, ale skinąłem mu głową na powitanie, starając się wyglądać na zupełnie przeciętnego klienta, który wie, czego chce - świętego spokoju i braku zbędnych pytań. Zdecydowanie nie wyglądałem podejrzanie. Wcale, a wcale. Tatuaże i złote kolczyki w uchu wcale nie sprawiały, że wyglądałem jak ktoś, kto mógłby przyjść tu napaść na sklep, gotów wyciągnąć różdżkę czy broń i ogłosić, że to napad.
No, dobrze - naprawdę starałem się wyglądać jak najbardziej niegroźnie, ale swoim wyglądem przypominałem raczej kogoś, kto przyszedłby tu napaść na sklep - goddammit - a nie po prostu spędzić czas na zakupach. Mierzyłem niemal metr dziewięćdziesiąt, miałem bardzo dobrze zbudowaną sylwetkę - przypakowane ramiona i szerokie barki. Do tego potargane, ciemne włosy, które częściowo związałem w kitę na czubku głowy. Ubrany byłem w skórę. Ciemnobrązowe bojówki miały masę kieszeni wypełnionych przeróżnymi przedmiotami, na nogach nosiłem ciężkie, skórzane buty motocyklowe.
Moim celem - wcale nie rabunku, ok? - były półki, na których leżały stosy naklejek, zestawów do rysowania i kalkomanii. Przez chwilę przeglądałem filcowe literki - ironia, co nie? - czując się jak dziecko, które zupełnie nie pasuje do otoczenia. Miałem świadomość, że gdybym tylko otworzył usta, moja aura zakapiora szybko by zniknęła, ale milczałem. Żułem truskawkową gumę balonową dla dzieci i przeglądałem modele statków do składania. Zerknąłem na zegarek - pięć minut do spotkania. Każda zbędna chwila w tym miasteczku mogła mnie kosztować wszystko, więc liczyłem, że towarzystwo zaraz się pojawi.
Do tego czasu usiłowałem być tylko klientem. Przeglądając modele, natrafiłem na znajomy stateczek. Titanic. Był to projekt dla dzieci, ale w tym momencie wydał mi się idealny, by odciągnąć myśli od rzeczywistości i od tego, że ostatni raz byłem tu jako chłopak, marzący o wielkich rzeczach, a teraz wróciłem jako mężczyzna, który dźwigał na sobie ciężar przeszłości.
W końcu postanowiłem przerwać milczenie. Nie obracając głowy w stronę sprzedawcy, zadałem pytanie, które nasunęło mi się na myśl, nie mogąc się powstrzymać od podzielenia się tym szokującym faktem w celu - o ironio - rozluźnienia atmosfery. Z moich ust padło, zamiast „to napad”, coś znacznie lżejszego. A może nie? To był poważny temat.
- Wiesz, sze Titanic w szeszywistości sostał zatopiony pszez gobliny, któle miały na selu zabicie kilku milionelów spszeciwiających się Lezelfie Fedelalnej? - Zapytałem, próbując brzmieć swobodnie, mimo, że temat był niezwykle poważny, bo gobliny pozwalały sobie na zbyt wiele. Poza tym od razu odkrywałem karty, dając mężczyźnie do zrozumienia, że wiedziałem kim jest. - Na pokłasie Titanica, podszas jego dziewiszego lejsu, znajdowało się kilku najbogatszych ludzi na szwiecie. Wśród nich byli John Jacob Astol IV, Benjamin Guggenheim i Isidol Stlaus - wszyscy półklfi. Szekomo spszesiwiali się utwoszeniu amelykańskiego banku centlalnego, co było dla goblinów baldzo niekoszystne. Wybiły ich i upozolowały zdeszenie, szeby posbyś się szwiatków. Jak? Pszy pomocy smoka. - Powiedziałem bardzo miękko, trochę francusko, bardzo niezgodnie z moim pierwszym wrażeniem.
No, naprawdę. Gobliny miały swoje interesy, a ich wpływy były głębsze, niż większość ludzi mogłaby sobie wyobrazić.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)