06.03.2025, 07:22 ✶
Uśmiechnęła się do niego mgliście, jakby wiedziała doskonale, o jaką literaturę mu chodzi. Nokturn opływał w tego typu dzieła, skrzętnie trzymane na zapleczach niby to tylko trochę podejrzanych sklepików. Wystarczyło tylko wiedzieć gdzie wejść i o co poprosić. Podziemne Ścieżki natomiast, miały tego typu woluminów o wiele więcej. Może brakowało tam specjalistycznych księgarni, ale pośród zakurzonych półek z eliksirami, amuletami i czarnoksięskimi specyfikami, można było znaleźć wszystko. Były tam księgi o tajemnych rytuałach, nekromancji, podejrzanych eliksirach i dawno zapomnianych runicznych tekstach. Słowa Isaaca brzmiały znajomo, w końcu ta niepozorna blondynka, z miłym uśmiechem przyklejonym do ust, która siedziała naprzeciwko niemu, sama potrafiła zaczytywać się w tego typu rzeczy. Ale problem polegał na tym, że Ambrosia została stworzona na Podziemnych Ścieżkach i znała zakamarki Nokturnu. Nie znosiła dusznej atmosfery Londynu, ale nigdy nie zaprzeczała, nawet przed samą sobą, jak dobrze na przestrzeni lat wpasowała się do tego miejsca. Bagshot natomiast... cóż. Jego nazwisko nie należało do Nokturnowskiej śmietanki i jego deklaracje, nawet jeśli owinięte ślicznie tym dusznym, sugestywnym tonem, w gruncie rzeczy były dla niej nieco pocieszne.
Zielonkawe spojrzenie przesunęło się, lustrując jego tęczówki, a potem na moment usta, zanim wróciło znowu do jego oczu. Słuszny nie zawsze oznaczało dobry i Ambrosia wiedziała o tym aż za dobrze. Robiła wiele rzeczy w imieniu słuszności i własnych pobudek. Ba, była tego mistrzyni, często jednocześnie poświęcając się przy tym na męczeńskim ołtarzu. Nawet nie wiedziała, czy byłaby w stanie powiedzieć, którego razu była przy tym wszystkim dobra. Dobra dla innych lub dla siebie. Może dlatego nie skomentowała i tych jego słów, nie przeszkadzając mu w jego grze, która w gruncie rzeczy bardzo jej się podobała.
Bo to wszystko zwyczajnie jej schlebiało. Lubiła świadomość, że ktoś jest nią zainteresowany, a jednocześnie dziękowała sama sobie za podejście, które pozwalało jej podejść do wszystkie w absurdalnie wręcz niezobowiązujący sposób. Pochyliła się w jego stronę delikatnie, przybliżając swoją twarz do jego.
- Tylko jedna karta. Jedna szansa - wyszeptała, a kąciki ust drgnęły delikatnie ku górze, w subtelnym uśmiechu, kiedy dłonią sięgnęła w stronę stolika. Palce sprawnie złapały za talię kart, ułożoną równiutko i w gotowości, czekającą zawsze na następnego klienta, a potem przełożyły ją. Nie oderwała przy tym ani na chwilę spojrzenia od Isaaca, robiąc to dopiero w momencie, kiedy palce chwyciły za jedną kartę i uniosły ją ku górze. - Cesarzowa - blondynka westchnęła, z jakimś takim psotnym uśmiechem. - Co ty na to, że pójdziemy na górę?
Zielonkawe spojrzenie przesunęło się, lustrując jego tęczówki, a potem na moment usta, zanim wróciło znowu do jego oczu. Słuszny nie zawsze oznaczało dobry i Ambrosia wiedziała o tym aż za dobrze. Robiła wiele rzeczy w imieniu słuszności i własnych pobudek. Ba, była tego mistrzyni, często jednocześnie poświęcając się przy tym na męczeńskim ołtarzu. Nawet nie wiedziała, czy byłaby w stanie powiedzieć, którego razu była przy tym wszystkim dobra. Dobra dla innych lub dla siebie. Może dlatego nie skomentowała i tych jego słów, nie przeszkadzając mu w jego grze, która w gruncie rzeczy bardzo jej się podobała.
Bo to wszystko zwyczajnie jej schlebiało. Lubiła świadomość, że ktoś jest nią zainteresowany, a jednocześnie dziękowała sama sobie za podejście, które pozwalało jej podejść do wszystkie w absurdalnie wręcz niezobowiązujący sposób. Pochyliła się w jego stronę delikatnie, przybliżając swoją twarz do jego.
- Tylko jedna karta. Jedna szansa - wyszeptała, a kąciki ust drgnęły delikatnie ku górze, w subtelnym uśmiechu, kiedy dłonią sięgnęła w stronę stolika. Palce sprawnie złapały za talię kart, ułożoną równiutko i w gotowości, czekającą zawsze na następnego klienta, a potem przełożyły ją. Nie oderwała przy tym ani na chwilę spojrzenia od Isaaca, robiąc to dopiero w momencie, kiedy palce chwyciły za jedną kartę i uniosły ją ku górze. - Cesarzowa - blondynka westchnęła, z jakimś takim psotnym uśmiechem. - Co ty na to, że pójdziemy na górę?
she was a gentle
sort of horror
sort of horror