06.03.2025, 08:10 ✶
Wystarczyło jedno słowo, a kiedy je powtórzyła, zmrużył zirytowany oczy, czując że niepotrzebnie w ogóle próbował cokolwiek zrobić. Interaktowanie z ludźmi zawsze przychodziło mu kulawo i nawet nie chodziło o to jak wyglądał. Zwyczajnie nie miał do nich ręki, a język plątał się czasem, nie wiedząc co powinien odpowiedniego powiedzieć. Drażniło go to, ale w jakiś przestarzały, odleżany sposób, bo zwyczajnie zdążył się do tego stanu rzeczy przyzwyczaić. Niewiele było momentów, kiedy czuł że jego słowa miały znaczenie i jednymi z tych nielicznych były te, które spędzał w towarzystwie Laurenta. Może właśnie dlatego tak cenił sobie Prewetta i ich znajomość. Może właśnie dlatego tak strasznie ubolewał nad tym, że selkie dał się podejść i opublikowano w gazecie artykuł gdzie wytłuszczono jego nazwisko.
Rowle westchnął, wypuszczając ciężko powietrze nosem i patrząc gdzieś ponad nią, na pusty korytarz Departamentu Kontroli nad Stworzeniami. Wyprostował się też nieco bardziej, zakładając ręce za siebie, jakby fakt że go puściła tylko zachęcił go do zwiększenia dystansu.
Ona miała z Ministerstwem wspólnego tyle, że musiała stawiać się kontrole hycli i jego ojciec uważał ją z zabawne zwierzątko. Bez tego podchwytywałaby łowieckie ochłapy, rzucane w jej stronę przez ludzi których nie było stać na zawodowców z wyższej półki. To natomiast była żałosna perspektywa, stawiająca jej osobę jeszcze niżej niż faktycznie się znajdowała w strukturze społeczeństwa.
Dlaczego więc nie mógł jej pozwolić tak zwyczajnie odejść?
Faye zdążyła zrobić krok, odwróciwszy się od niego, bo Leviathan wyglądał tak, jakby w ogóle nie zamierzał nic powiedzieć na te jej żale. Stał i patrzył, wreszcie też na nią, a nie na pusty korytarz znajdujący się za nią, ale robił to z wyższością i obojętnością, jakby wyjątkowo jej słowa nie irytowały go przesadnie. Ale kiedy faktycznie odpuściła, poczuła jak łapie ją za przedramię, nie chcąc pozwolić jej odejść.
- Dlaczego za każdym razem kiedy próbuję wykazać odrobinę zainteresowania - zaczął niskim, warkliwym tonem. - Tak bardzo nalegasz na to, żeby zrobić ze mnie swojego wroga?
Rowle westchnął, wypuszczając ciężko powietrze nosem i patrząc gdzieś ponad nią, na pusty korytarz Departamentu Kontroli nad Stworzeniami. Wyprostował się też nieco bardziej, zakładając ręce za siebie, jakby fakt że go puściła tylko zachęcił go do zwiększenia dystansu.
Ona miała z Ministerstwem wspólnego tyle, że musiała stawiać się kontrole hycli i jego ojciec uważał ją z zabawne zwierzątko. Bez tego podchwytywałaby łowieckie ochłapy, rzucane w jej stronę przez ludzi których nie było stać na zawodowców z wyższej półki. To natomiast była żałosna perspektywa, stawiająca jej osobę jeszcze niżej niż faktycznie się znajdowała w strukturze społeczeństwa.
Dlaczego więc nie mógł jej pozwolić tak zwyczajnie odejść?
Faye zdążyła zrobić krok, odwróciwszy się od niego, bo Leviathan wyglądał tak, jakby w ogóle nie zamierzał nic powiedzieć na te jej żale. Stał i patrzył, wreszcie też na nią, a nie na pusty korytarz znajdujący się za nią, ale robił to z wyższością i obojętnością, jakby wyjątkowo jej słowa nie irytowały go przesadnie. Ale kiedy faktycznie odpuściła, poczuła jak łapie ją za przedramię, nie chcąc pozwolić jej odejść.
- Dlaczego za każdym razem kiedy próbuję wykazać odrobinę zainteresowania - zaczął niskim, warkliwym tonem. - Tak bardzo nalegasz na to, żeby zrobić ze mnie swojego wroga?