Nie bardzo miała zamiar negować czy potwierdzać plotki, o których nikt nie powiedział jej wprost, prawdę powiedziawszy, w myśl zasady, że winny się tłumaczy, a ona przecież winna niczego nie była. I Laurent też nie. Fakt, jej młodsza siostra zdążyła już wysłać do niej list z pytaniem o Laurenta i tu faktycznie zaprzeczyła. Tak samo jak napyskowała Louvainowi za jego insynuacje… ale właśnie tutaj jej ingerencja miała się zakończyć. Bo szkoda było na to czasu i energii, i zaprzątania tym sobie w ogóle głowy. No bo co miała zrobić? Laurent był przecież atrakcyjną partią, faktycznie aż cud, że jego ojciec i jej matka nie znaleźli do siebie jakiejś drogi, by dobić targu na tym polu – ale to przecież dobrze, bo Victoria nie zamierzała być w życiu swojego męża tylko kolejną kochanką, ani panią do sprawiania pozorów, bo pod tym względem nie zamierzała się dzielić.
– Co za różnica przy kim? Przecież nie powiedział nic niemiłego, a mógł – do niej, na ten przykład, nie hamował się ani trochę, co zresztą Laurent mógł przecież zaobserwować. Ale dla Laurenta Lou był całkiem uprzejmy, miły wręcz. To również dobrze, bo Victoria w zasadzie po prostu droczyła się z kuzynem, ukazując w ten sposób swoją sympatię, ale gdyby był jawnie nieprzyjemny w stosunku do jej gościa, to sama też nie oszczędziłaby komentarza.
– To dlatego tam w ogóle byłeś? – w zasadzie nigdy nie rozmawiali o Perle Morza, o tym co się tam wydarzyło, chociaż byli tam oboje i nawet płynęli jedną łodzią na, a potem Victoria była też przy ewakuacji ze statku i zabrała się z Laurentem i Anthonym. Ale to nie był dla niej dobry moment, wtedy. Przeżywała wtedy chyba jedne z najgorszych dni, a i wspomnienie, którego doświadczyła… doskonale wiedziała, co robiono kobiecie, w której głowie wtedy była, miała tego mały przebłysk i przedsmak, nim uciekła. Nawet jeśli nie robiono tego tobie to i tak… to wspomnienie było żywe. Ale Victoria nie pozwalała sobie o nim myśleć, więc i o Perle Morza nie mówiła zanadto… nikomu. – O jaki naszyjnik chodzi? – zagaiła, nie patrząc teraz na Laurenta, skoro skupiona była na grzebaniu w ziemi i oglądaniu tego, w jakim stanie jest osobliwa czarna róża. Mimo zdecydowanych ruchów, była przy tym bardzo delikatna, nie chcąc uszkodzić ani płatków, ani łodygi, ani, tym bardziej, korzeni. – Tak, ja też widziałam… byłam we wspomnieniu, w którym byłam służką jakiejś bogatej rodziny – i pijaka oblecha, który dotykał tego, czego nie powinien. Aż się wzdrygnęła. – Ducha? – powtórzyła za nim i zamarła, rozglądając się raz jeszcze. Nie było tutaj czuć tego charakterystycznego, duchowego chłodu, a i sama nic nie widziała. – Ja nic nie widziałam. Ale wiesz, byłam skupiona na tym, że upadasz, więc też jakoś nie bardzo się rozglądałam na boki – odwróciła się w końcu do Laurenta i uśmiechnęła do niego. Nie to, że mu nie wierzyła – bo wierzyła i nie chciała sugerować, że oszalał… po prostu miała w tamtym momencie inne priorytety.
– Czemu narzucał? Jesteś moim gościem – jedną dłonią poprawiła pasek torby na ramieniu i zaraz dołożyła ją do donicy, by otoczyć ją właściwą opieką, bo nie zamierzała dopuścić, by coś się tutaj wydarzyło. – Chyba, że ty nie chcesz? – wolała się upewnić… – Dobrze się czujesz? Może wolisz na razie odpocząć? Możemy wejść do rezydencji, Lorelei nam nie ucieknie – bo przecież, gdyby Victoria nie chciała tu obecności Laurenta, to by go nie zaprosiła.