06.03.2025, 11:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2025, 23:31 przez Keyleth Nico Yako.)
Keyleth była mądrą osobą.
Jej wiedza o magii i otaczającym świecie dalece wykraczała poza przeciętny umysł dwudziestolatka, przesiąknięty zatęchłym szkockim zamczyskiem. Splatała magię samymi dłońmi, rozumiała przepływ energii w świecie, naginała materię do swojej woli.
Keyleth była bardzo dziwną osobą.
Fakty mieszały się z mitami, a wychowanie przez metamorfomaga wciągającego dużą ilość ziół popijanych niebieskim wywarem z grzybów... No cóż, nie służyło skutecznemu i racjonalnemu pojmowaniu otaczającego ją świata.
– Złoto, które jest czerwone... Ale nie jest ono kradzione, to nie krew tych, którzy je wydobyli barwi szkło? – zapytał absolutnie serio, czarnymi jak węgle oczy świdrując postać dobrodusznego szklarza. – Czy w ten sposób piasek próbowany w ogniu ukazuje prawdę o tym, co go dotyka? – pustynia była ważnym elementem życia Key. Kiedyś przez dwa miesiące podróżowała z matką i nomadami, aby odnaleźć siebie. Aby siebie nie zagubić, kiedy ciało pozostawało dzikim wiatrem mogącym w każdej chwili rzucić na ziemię inny kolor.
Barwny, orientalny ptak - potencjalny klient Eliasa - oblizał wargi, nie myśląc o tym, że jadł wczoraj, a dziś tylko we fretkowej postaci udało mu się podkraść pół bułki przed ponownym wyjściem na Londyńskie ulice. – Jak pachnie kobalt? Mógłbyś mi pokazać? – padło pytanie pełne nadziei, jakby krew na złocie, nie zrażała ciekawego świata umysłu. Ciekawego nosa. Jej nos też chciał wiedzieć.
Na pytanie Eliasa o możliwości luster wyprostował się i zaśmiał nieco nerwowo. W szkole śmiali się z tych zabobonów, ale dla niego... – Lustra są niesamowite i na pewno niektóre są portalami. Nie takimi co pozwalają podróżować po świecie, ale wiesz... takimi do innych światów. Do światów duchów. Do królestw pustynnych ifrytów. Do podwodnych skarbców. Lustra, nawet najmniejsze potrafią ściągać też duchy. O patrz, tu mam takie jedno... Niestety za słaby jestem w gębie, żeby jakiegoś zaprosić na małą posiadówkę. Potrzebne jest też odpowiednie kadzidło, ale no... lustro jest lustrem. – Energicznie sięgnął do swojej torby pełnej... wszystkiego. Tak to bywało gdy człowiek z jednej strony cały swój dobytek nosił na plecach, a z drugiej miał skłonność do gromadzenia pamiątek. Chwilę pogrzebał w swojej torbie mającej wszystko i w końcu wyciągnął niewielkie zawiniątko. W barwnej szmatce znajdował się złocisty naszyjnik przedstawiający nieco rozlazłą twarz, ale po drugiej stronie graweru zalśniła gładka lustrzana tafla. Chłopak pochylił się do Eliasa konspiracyjnie, dotykając palcami powierzchni.
– Moja matka tak gadała z babcią i prababcią i praprababcią i prapraprababcią. Ja niby też bym mógł ale zdążyła umrzeć zanim powiedziała mi jak to się robi. – Przykra sprawa być sierotą, ale najwidoczniej mężczyzna nie przejmował się tym zbytnio pogodzony z tym faktem. – A może... potrzebowałbym po prostu swojego takiego? Jak myślisz? Czy wtedy lustro wiedziałoby czyje jest i zaczęłoby działać?
Jej wiedza o magii i otaczającym świecie dalece wykraczała poza przeciętny umysł dwudziestolatka, przesiąknięty zatęchłym szkockim zamczyskiem. Splatała magię samymi dłońmi, rozumiała przepływ energii w świecie, naginała materię do swojej woli.
Keyleth była bardzo dziwną osobą.
Fakty mieszały się z mitami, a wychowanie przez metamorfomaga wciągającego dużą ilość ziół popijanych niebieskim wywarem z grzybów... No cóż, nie służyło skutecznemu i racjonalnemu pojmowaniu otaczającego ją świata.
– Złoto, które jest czerwone... Ale nie jest ono kradzione, to nie krew tych, którzy je wydobyli barwi szkło? – zapytał absolutnie serio, czarnymi jak węgle oczy świdrując postać dobrodusznego szklarza. – Czy w ten sposób piasek próbowany w ogniu ukazuje prawdę o tym, co go dotyka? – pustynia była ważnym elementem życia Key. Kiedyś przez dwa miesiące podróżowała z matką i nomadami, aby odnaleźć siebie. Aby siebie nie zagubić, kiedy ciało pozostawało dzikim wiatrem mogącym w każdej chwili rzucić na ziemię inny kolor.
Barwny, orientalny ptak - potencjalny klient Eliasa - oblizał wargi, nie myśląc o tym, że jadł wczoraj, a dziś tylko we fretkowej postaci udało mu się podkraść pół bułki przed ponownym wyjściem na Londyńskie ulice. – Jak pachnie kobalt? Mógłbyś mi pokazać? – padło pytanie pełne nadziei, jakby krew na złocie, nie zrażała ciekawego świata umysłu. Ciekawego nosa. Jej nos też chciał wiedzieć.
Na pytanie Eliasa o możliwości luster wyprostował się i zaśmiał nieco nerwowo. W szkole śmiali się z tych zabobonów, ale dla niego... – Lustra są niesamowite i na pewno niektóre są portalami. Nie takimi co pozwalają podróżować po świecie, ale wiesz... takimi do innych światów. Do światów duchów. Do królestw pustynnych ifrytów. Do podwodnych skarbców. Lustra, nawet najmniejsze potrafią ściągać też duchy. O patrz, tu mam takie jedno... Niestety za słaby jestem w gębie, żeby jakiegoś zaprosić na małą posiadówkę. Potrzebne jest też odpowiednie kadzidło, ale no... lustro jest lustrem. – Energicznie sięgnął do swojej torby pełnej... wszystkiego. Tak to bywało gdy człowiek z jednej strony cały swój dobytek nosił na plecach, a z drugiej miał skłonność do gromadzenia pamiątek. Chwilę pogrzebał w swojej torbie mającej wszystko i w końcu wyciągnął niewielkie zawiniątko. W barwnej szmatce znajdował się złocisty naszyjnik przedstawiający nieco rozlazłą twarz, ale po drugiej stronie graweru zalśniła gładka lustrzana tafla. Chłopak pochylił się do Eliasa konspiracyjnie, dotykając palcami powierzchni.
– Moja matka tak gadała z babcią i prababcią i praprababcią i prapraprababcią. Ja niby też bym mógł ale zdążyła umrzeć zanim powiedziała mi jak to się robi. – Przykra sprawa być sierotą, ale najwidoczniej mężczyzna nie przejmował się tym zbytnio pogodzony z tym faktem. – A może... potrzebowałbym po prostu swojego takiego? Jak myślisz? Czy wtedy lustro wiedziałoby czyje jest i zaczęłoby działać?