06.03.2025, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2025, 13:57 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Jak śmiesz używać moich własnych zaklęć przeciwko mnie, Yaxley? - Odmruknął, mrużąc oczy w imitacji czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem miało być niebezpiecznym spojrzeniem.
Rzeczywiście wyszło jednak raczej średnio przekonująco, bo tak. Rzeczywiście złapała go na ten realizm. Gubili się w tym, mieszali, mącili sobie coraz bardziej. To nie było realistyczne podejście do życia. W tym momencie wydawało mu się, że jeśli chodziło o ich związek, chyba nigdy go do końca nie mieli. Po prostu płynęli z prądem i przez dłuższy czas to wystarczało.
Oboje byli tak uparci jak to określiła Yaxleyówna. Potrafili naginać rzeczywistość wedle własnego widzimisię. Tym bardziej, gdy jednocześnie mieli skłonność do pomijania niewygodnych elementów. Tak jak wtedy, gdy wynieśli się z Londynu na samym początku magicznej wojny. Jak wtedy, kiedy pozwolili sobie sądzić, że jest im pisane szczęśliwe życie tylko dlatego, że się w nim odnaleźli.
Tak, kiedyś wszystko mieli ustalone. Tyle tylko, że między sobą. Nie ze światem. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała ich nadzieje. O ile nie podważał tego, że to wszystko między nimi rzeczywiście musiało się wydarzyć, o tyle w tym momencie nie był już taki pewien całej reszty. Może źle zinterpretowali swoją historię? Nie powiedział tego jednak, zamiast tego kolejny raz zbaczając z kursu.
- Godzisz w moje ego - odmruknął, jednocześnie nie do końca potrafiąc powstrzymać się przed tym kolejnym spojrzeniem, jakie posłał w kierunku dziewczyny, gdy wypowiedziała pierwszą część słów.
Znów dryfowali w kierunku całkiem znajomych, ale bardzo niebezpiecznych wód. Rozmowa o takich rzeczach, gdy podświadomie usilnie próbowali udowodnić sobie, że potrafią zachowywać się neutralnie...
...to był zły, bardzo zły pomysł. Szczególnie, że wystarczyło tak naprawdę wyłącznie kilka zdań, aby sprawić, że jego myśli ponownie zaczęły uciekać w stronę robienia rzeczy, które nie przystawały całkowicie platonicznym przyjaciołom. A przecież jakimś cudem nagle przyjmowali właśnie tę narrację, nawet jeśli zaledwie kilka dni temu zdecydowanie i bez namysłu ją wykluczyli.
Wiedzieli, że pękną, prawda? To było chyba najbliższe wszystkiemu, co mogło ich ponownie doprowadzić na skraj. Do podejmowania kolejnych pochopnych decyzji na podstawie emocji, nie racjonalności. Choć co tak właściwie było racjonalne w ich przypadku? Powoli zupełnie przestawał to wiedzieć.
- Widzisz? Spodziewaj się niespodziewanego. Już o tym zapominasz - parsknął cicho pod nosem, starając się utrzymać ton rozmowy na takim poziomie, aby choć trochę uciekli z tego niepewnego gruntu.
Mało im brakowało. Naprawdę mało im brakowało. Rina chyba też to wiedziała. Wydawało mu się, że dostrzegał to w jej postawie. Żadne z nich nie czuło się szczęśliwe, żadnemu z nich nie było komfortowo. A przecież tylko wyszli razem na spacer.
Duszenie się pomiędzy narzuconymi, ale nie do końca ustalonymi ramami raczej nie było najbardziej racjonalne, prawda? Nazywanie się przyjaciółmi i postępowanie jak przyjaciele nie miało ich doprowadzić do niczego dobrego. Ten rodzaj stosunków sprzyjał przekraczaniu granic. Szczególnie, że Ambroise sam nie wiedział, ile z tych przyjacielskich zachowań w istocie zamierzali wprowadzać w życie.
Miał ją całować w policzek? Obejmować, ale nie ściskać? Czy to nie było już za dużo?
Sojusznicy też wcale nie byli lepsi. Z sojuszników też niezmiernie szybko mogli podświadomie skierować się na zupełnie inne tory. Tym bardziej, że w dalszym ciągu nie wyglądało na to, by którekolwiek z nich było w stanie jasno postawić kropkę nad i, określając to, w jaki sposób powinny wyglądać ich dalsze kontakty.
Zamiast tego znów robili kolejne plany wymagające od nich współpracy. Nawet jeśli usiłował wmawiać sobie, że takiej, która nie przymuszała ich do zbyt częstego nawiązywania kontaktu. Poza przelotnym przekazywaniem sobie Astarotha, to przecież wcale nie miało wyglądać w ten sposób. Nie mieli każdego dnia mijać się w drzwiach. Miał luki między dyżurami, ona też pewnie nie zamierzała pracować przez cały czas, jaki on spędzałby w domu.
Nawet w obliczu życia w ten sposób przez tydzień, góra dwa, mieli mieć stanowczo zbyt wiele okazji do tego, żeby pęknąć. Długich nocy w gościnnych pokojach, choćby w przeciwległych krańcach budynku czy na innych piętrach. Coraz ciemniejszych wieczorów aż proszących się o palenie w kominku. Całego wachlarza sytuacji...
...szczególnie, jeśli zajmowaliby się tym wyłącznie we dwoje. Trzecia osoba rzeczywiście była im potrzebna. Czy to dla ochrony, czy to dla ochrony. I tak się składało, że Roise znał tylko jedną, która mogła się nadać.
Wiedział, że Geraldine się to nie spodoba. Spodziewał się dosłownie każdego słowa, jakie padło z jej ust. Był na to przygotowany, szczególnie że na ten moment nie widział innej opcji.
- Tak - odpowiedział praktycznie od razu, całkowicie bez zawahania, nawet nie mrugając.
Jeśli mogłaby mieć jakiekolwiek wątpliwości, co do pewności tkwiącej w jego słowach, w tym momencie raczej nie powinna ich już mieć. Oczywiście, wolałby po prostu przyjąć ten punkt widzenia i nie dodawać nic więcej, bo zdecydowanie nie chciał zbyt mocno zagłębiać się w meandry jego relacji z Loysem, gdy sam nie do końca wiedział, na czym obecnie stoją. Istotne było to, że wiedział, że mogą sobie ufać. A jednak nie sądził, aby to mogło wystarczyć.
- Rozumiem, że mu nie ufasz. Masz ku temu powody - zaczął, kiwając głową.
Przez cały czas spoglądając prosto na Geraldine, starał się sformułować swoje myśli w taki sposób, aby nie wywołać u niej narastającego oporu wobec tego nomen omen trudnego tematu. Nie sądził, aby mieli jakiekolwiek inne możliwości. Zaangażowanie przyjaciela w kolejną ze spraw wydawało mu się najsensowniejszym rozwiązaniem. W innym wypadku mogliby mieć trudność z udźwignięciem wszystkiego we dwoje. A inni? Kto jeszcze mógłby chcieć podjąć się podobnego kurewsko niebezpiecznego zajęcia? Komu innemu mogli zaufać w tym zakresie?
- Nie jestem w stanie wziąć kolejnego urlopu. Nie teraz. Może za miesiąc a nie mamy tyle czasu. Przed chwilą wróciłem po ponad tygodniowej nieobecności. Muszę załatwić bardzo dużo spraw i nawet, jeśli będę się starać dzielić z tobą czas jak najbardziej po połowie... ...wiesz, że będę... ...to jest fizycznie niemożliwe - stwierdził, plując sobie w tym momencie w brodę, ale tak już wyglądało jego życie.
Przecież oboje to wiedzieli. Żyli ze sobą dostatecznie długo, by wyrabiać sobie pewne schematy z tym związane. Czasami nie było go czternaście godzin, czasami osiemnaście, czasem zdarzało mu się praktycznie przez trzy dni nie opuszczać Munga. Geraldine z pewnością zdawała sobie z tego sprawę, nie musiał jej o tym głębiej przypominać, ale jednocześnie nie mogli sięgnąć teraz do znajomych rozwiązań. W tamtym równaniu nigdy nie było wampira ćpuna. Tamte ustalenia dotyczyły wyłącznie ich.
- Poza tym jest jak mówiłaś. Potrzeba nam dodatkowej ręki a on nigdy nie zostanie sam z Astarothem. Z tobą nie musi siedzieć. Możemy ulokować go na uboczu, byleby tylko mógł dostatecznie szybko zareagować - zdecydowanie nie próbował ukrywać tego, że nie brzmiał na zadowolonego z własnej propozycji.
Nie tak, jakby podobało mu się sprowadzanie jednego z jego najlepszych przyjaciół do roli wygnańca w momencie, w którym to oni potrzebowali pomocy Aloysiusa, nie on ich. Nie zamierzał traktować Fenwicka jak ciężaru, niebezpieczeństwa na miarę wkurwionego Yaxleya.
W innym wypadku najpewniej od razu zamknąłby temat na tym, co powiedziała Rina. To nie miało być komfortowe dla nikogo z tej dwójki. Tyle tylko, że naprawdę nie widział obecnie żadnej innej sensownej opcji. Dobrego rozwiązania. Więc chyba musiał jasno zaznaczyć swoje podejście. Uciekając się do słów, o których nigdy nie pomyślałby, że opuszczą jego usta.
- Można się po nim spodziewać niespodziewanego - dodał wprost, uderzając językiem o podniebienie. - Ale uwierz mi, to jedyny znany mi człowiek tego typu, który postępuje w zgodzie z moralnością - pokrętną, bo pokrętną, ale (o ironio) nawet w przeciwieństwie do Ambroisa (o czym ten doskonale wiedział), Rookwood w dalszym ciągu był względnie moralnym człowiekiem.
Nie spieniężył swojego kompasu moralnego za pięć knutów i paczkę gum do żucia. Tego Roise był pewien.
Rzeczywiście wyszło jednak raczej średnio przekonująco, bo tak. Rzeczywiście złapała go na ten realizm. Gubili się w tym, mieszali, mącili sobie coraz bardziej. To nie było realistyczne podejście do życia. W tym momencie wydawało mu się, że jeśli chodziło o ich związek, chyba nigdy go do końca nie mieli. Po prostu płynęli z prądem i przez dłuższy czas to wystarczało.
Oboje byli tak uparci jak to określiła Yaxleyówna. Potrafili naginać rzeczywistość wedle własnego widzimisię. Tym bardziej, gdy jednocześnie mieli skłonność do pomijania niewygodnych elementów. Tak jak wtedy, gdy wynieśli się z Londynu na samym początku magicznej wojny. Jak wtedy, kiedy pozwolili sobie sądzić, że jest im pisane szczęśliwe życie tylko dlatego, że się w nim odnaleźli.
Tak, kiedyś wszystko mieli ustalone. Tyle tylko, że między sobą. Nie ze światem. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała ich nadzieje. O ile nie podważał tego, że to wszystko między nimi rzeczywiście musiało się wydarzyć, o tyle w tym momencie nie był już taki pewien całej reszty. Może źle zinterpretowali swoją historię? Nie powiedział tego jednak, zamiast tego kolejny raz zbaczając z kursu.
- Godzisz w moje ego - odmruknął, jednocześnie nie do końca potrafiąc powstrzymać się przed tym kolejnym spojrzeniem, jakie posłał w kierunku dziewczyny, gdy wypowiedziała pierwszą część słów.
Znów dryfowali w kierunku całkiem znajomych, ale bardzo niebezpiecznych wód. Rozmowa o takich rzeczach, gdy podświadomie usilnie próbowali udowodnić sobie, że potrafią zachowywać się neutralnie...
...to był zły, bardzo zły pomysł. Szczególnie, że wystarczyło tak naprawdę wyłącznie kilka zdań, aby sprawić, że jego myśli ponownie zaczęły uciekać w stronę robienia rzeczy, które nie przystawały całkowicie platonicznym przyjaciołom. A przecież jakimś cudem nagle przyjmowali właśnie tę narrację, nawet jeśli zaledwie kilka dni temu zdecydowanie i bez namysłu ją wykluczyli.
Wiedzieli, że pękną, prawda? To było chyba najbliższe wszystkiemu, co mogło ich ponownie doprowadzić na skraj. Do podejmowania kolejnych pochopnych decyzji na podstawie emocji, nie racjonalności. Choć co tak właściwie było racjonalne w ich przypadku? Powoli zupełnie przestawał to wiedzieć.
- Widzisz? Spodziewaj się niespodziewanego. Już o tym zapominasz - parsknął cicho pod nosem, starając się utrzymać ton rozmowy na takim poziomie, aby choć trochę uciekli z tego niepewnego gruntu.
Mało im brakowało. Naprawdę mało im brakowało. Rina chyba też to wiedziała. Wydawało mu się, że dostrzegał to w jej postawie. Żadne z nich nie czuło się szczęśliwe, żadnemu z nich nie było komfortowo. A przecież tylko wyszli razem na spacer.
Duszenie się pomiędzy narzuconymi, ale nie do końca ustalonymi ramami raczej nie było najbardziej racjonalne, prawda? Nazywanie się przyjaciółmi i postępowanie jak przyjaciele nie miało ich doprowadzić do niczego dobrego. Ten rodzaj stosunków sprzyjał przekraczaniu granic. Szczególnie, że Ambroise sam nie wiedział, ile z tych przyjacielskich zachowań w istocie zamierzali wprowadzać w życie.
Miał ją całować w policzek? Obejmować, ale nie ściskać? Czy to nie było już za dużo?
Sojusznicy też wcale nie byli lepsi. Z sojuszników też niezmiernie szybko mogli podświadomie skierować się na zupełnie inne tory. Tym bardziej, że w dalszym ciągu nie wyglądało na to, by którekolwiek z nich było w stanie jasno postawić kropkę nad i, określając to, w jaki sposób powinny wyglądać ich dalsze kontakty.
Zamiast tego znów robili kolejne plany wymagające od nich współpracy. Nawet jeśli usiłował wmawiać sobie, że takiej, która nie przymuszała ich do zbyt częstego nawiązywania kontaktu. Poza przelotnym przekazywaniem sobie Astarotha, to przecież wcale nie miało wyglądać w ten sposób. Nie mieli każdego dnia mijać się w drzwiach. Miał luki między dyżurami, ona też pewnie nie zamierzała pracować przez cały czas, jaki on spędzałby w domu.
Nawet w obliczu życia w ten sposób przez tydzień, góra dwa, mieli mieć stanowczo zbyt wiele okazji do tego, żeby pęknąć. Długich nocy w gościnnych pokojach, choćby w przeciwległych krańcach budynku czy na innych piętrach. Coraz ciemniejszych wieczorów aż proszących się o palenie w kominku. Całego wachlarza sytuacji...
...szczególnie, jeśli zajmowaliby się tym wyłącznie we dwoje. Trzecia osoba rzeczywiście była im potrzebna. Czy to dla ochrony, czy to dla ochrony. I tak się składało, że Roise znał tylko jedną, która mogła się nadać.
Wiedział, że Geraldine się to nie spodoba. Spodziewał się dosłownie każdego słowa, jakie padło z jej ust. Był na to przygotowany, szczególnie że na ten moment nie widział innej opcji.
- Tak - odpowiedział praktycznie od razu, całkowicie bez zawahania, nawet nie mrugając.
Jeśli mogłaby mieć jakiekolwiek wątpliwości, co do pewności tkwiącej w jego słowach, w tym momencie raczej nie powinna ich już mieć. Oczywiście, wolałby po prostu przyjąć ten punkt widzenia i nie dodawać nic więcej, bo zdecydowanie nie chciał zbyt mocno zagłębiać się w meandry jego relacji z Loysem, gdy sam nie do końca wiedział, na czym obecnie stoją. Istotne było to, że wiedział, że mogą sobie ufać. A jednak nie sądził, aby to mogło wystarczyć.
- Rozumiem, że mu nie ufasz. Masz ku temu powody - zaczął, kiwając głową.
Przez cały czas spoglądając prosto na Geraldine, starał się sformułować swoje myśli w taki sposób, aby nie wywołać u niej narastającego oporu wobec tego nomen omen trudnego tematu. Nie sądził, aby mieli jakiekolwiek inne możliwości. Zaangażowanie przyjaciela w kolejną ze spraw wydawało mu się najsensowniejszym rozwiązaniem. W innym wypadku mogliby mieć trudność z udźwignięciem wszystkiego we dwoje. A inni? Kto jeszcze mógłby chcieć podjąć się podobnego kurewsko niebezpiecznego zajęcia? Komu innemu mogli zaufać w tym zakresie?
- Nie jestem w stanie wziąć kolejnego urlopu. Nie teraz. Może za miesiąc a nie mamy tyle czasu. Przed chwilą wróciłem po ponad tygodniowej nieobecności. Muszę załatwić bardzo dużo spraw i nawet, jeśli będę się starać dzielić z tobą czas jak najbardziej po połowie... ...wiesz, że będę... ...to jest fizycznie niemożliwe - stwierdził, plując sobie w tym momencie w brodę, ale tak już wyglądało jego życie.
Przecież oboje to wiedzieli. Żyli ze sobą dostatecznie długo, by wyrabiać sobie pewne schematy z tym związane. Czasami nie było go czternaście godzin, czasami osiemnaście, czasem zdarzało mu się praktycznie przez trzy dni nie opuszczać Munga. Geraldine z pewnością zdawała sobie z tego sprawę, nie musiał jej o tym głębiej przypominać, ale jednocześnie nie mogli sięgnąć teraz do znajomych rozwiązań. W tamtym równaniu nigdy nie było wampira ćpuna. Tamte ustalenia dotyczyły wyłącznie ich.
- Poza tym jest jak mówiłaś. Potrzeba nam dodatkowej ręki a on nigdy nie zostanie sam z Astarothem. Z tobą nie musi siedzieć. Możemy ulokować go na uboczu, byleby tylko mógł dostatecznie szybko zareagować - zdecydowanie nie próbował ukrywać tego, że nie brzmiał na zadowolonego z własnej propozycji.
Nie tak, jakby podobało mu się sprowadzanie jednego z jego najlepszych przyjaciół do roli wygnańca w momencie, w którym to oni potrzebowali pomocy Aloysiusa, nie on ich. Nie zamierzał traktować Fenwicka jak ciężaru, niebezpieczeństwa na miarę wkurwionego Yaxleya.
W innym wypadku najpewniej od razu zamknąłby temat na tym, co powiedziała Rina. To nie miało być komfortowe dla nikogo z tej dwójki. Tyle tylko, że naprawdę nie widział obecnie żadnej innej sensownej opcji. Dobrego rozwiązania. Więc chyba musiał jasno zaznaczyć swoje podejście. Uciekając się do słów, o których nigdy nie pomyślałby, że opuszczą jego usta.
- Można się po nim spodziewać niespodziewanego - dodał wprost, uderzając językiem o podniebienie. - Ale uwierz mi, to jedyny znany mi człowiek tego typu, który postępuje w zgodzie z moralnością - pokrętną, bo pokrętną, ale (o ironio) nawet w przeciwieństwie do Ambroisa (o czym ten doskonale wiedział), Rookwood w dalszym ciągu był względnie moralnym człowiekiem.
Nie spieniężył swojego kompasu moralnego za pięć knutów i paczkę gum do żucia. Tego Roise był pewien.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down