06.03.2025, 20:15 ✶
Zgodnie z niepisaną zasadą “żadna wiadomość to dobra wiadomość”, Baldwin mógłby się zarzekać, że Scarlett o ojcu wypowiadała się w samych superlatywach. Może to była jego wina, że nie rozmawiali zbyt często (wcale) o swoich rodzicach. Malfoy tego tematu nienawidził; Zresztą o swoim ojcu nie mówił wcale, choć książki Marcusa Malfoy’a leżały w przykrytym kurzem stosie tuż przy sztaludze pod oknem służąc mu głównie za podstawkę pod słoiki z wodą, a portret Viseny’i śledził uważnie wszystko co działo się w mieszkaniu, nie szczędząc im raz po raz złośliwego komentarza.
- Po prostu ją ignoruj.- Mówił wtedy.- Jej żywa wersja jest jeszcze gorsza.
Ale w całej swojej bezczelności, nigdy matki nie zasłonił. Co więcej od wczorajszej nocy portret stał na sztaludze gotowy do naniesienia nań kilku poprawek i wplecenia nici kolejnych wspomnień.
Uniósł kąciki ust słysząc o szczekaniu z Horyzontalnej, starając się ukryć rozbawienie. Nie wnikał jakoś szczególnie w relacje Scarlett z jej braćmi, tak długo jak nie wracała od nich wściekła czy smutna, co ostatnio zdarzało się coraz częściej. On tam Charliego lubił - trochę tak jak się lubiło zagubionego w świecie szczeniaka biegającego za własnym ogonem.
- Nie bądź niesprawiedliwa, Scar.- Powiedział przenosząc leniwie spojrzenie z Richarda na jego córkę.- Jak z nim ostatnio rozmawiałem tak pod koniec sierpnia to mówił coś o nowej pracy.- Nie dopytywał gdzie, bo zwyczajnie w świecie go aż tak życie prywatne Mulcibera nie obchodziło. Już i tak po po pierwszym spotkaniu dało się wyczuć, że ich światy nie będą się zbyt często przecinać. Mógłby się postarać, tylko i wyłącznie dlatego, że byli kuzynostwem i jednak chłopak był ważny dla Scarlett. Ale Charlie wolał kroczyć drogą pewnie jakiejś nudnej i monotonnej pracy, która miała mu pomóc utrzymać (odbudować?) dobre imię; taką drogą, która zupełnie Baldwina nie interesowała.
- Pamiętam, że mój pierwszy okres w teatrze Selwynów to był totalny koszmar. Rodzina mnie na oczy nie widziała tygodniami… Chociaż nie, Lorraine przychodziła na spektakle. Charlie się pewnie po prostu bardzo się stara zabłysnąć, gdziekolwiek teraz pracuje. Zrobić dobre wrażenie i te sprawy.
Zamilkł, bo w równaniu pojawiła się kuzynka. Zrobił mentalną notatkę, że Charles na pewno tu nie mieszka, ale jakaś tajemnicza, bezimienna panienka już tak. Nie poświęcił jej ani jednej myśli więcej, choć cała ta nonszalancja Scarlett wydała mu się podejrzana. Zawsze tak robiła, gdy udawała że jej coś nie obchodzi. Wzruszyła lekko ramionami, choć wyraźnie się spinała i nerwowo wbijała paznokcia w opuszek kciuka. Bezwiednie złapał jej nadgarstek, przesunął kciuk pod jej, nie pozwalając dalej skubać skóry.
- Co byś zjadł?
Tak szybko jak złapał ją za rękę, tak szybko puścił.
Nawet nie spojrzał na pełen wybór na stole, bo było mu to obojętne. Nałożył sobie jakąś kiełbaskę i posmarował kromkę chleba masłem. Ale nie zaczął jeść, Zamiast tego słuchał z żywym zainteresowaniem jak Scarlett rozważa ściągnięcie najwyraźniej połowy rodziny na spotkanie rodzinne. Jeden pomysł, potem kolejny, na dokładkę jeszcze dwa. Wszystko do zrealizowania już, teraz, natychmiast. Powoli przyzwyczajał się do tego, że dziewczyna była jak żywe srebro. Do plejady emocji, które widywał każdego dnia, dziesiątków planów na sekundę. I tych krótkich momentów, gdy był w stanie ją wyciszyć, uziemić. Kiedy nie musieli robić nic ponad zwykłym siedzeniem na dachu teatru ze szczurem i kotem i wszystko wydawało się być zwyczajnie oke… Jego ciąg myślowy przerwał Richard i Baldwin nagle uświadomił sobie, że nie podoba mu się ten stanowczy ton w stosunku do Scarlett. Zmarszczył delikatnie brwi.
- Sir, niech się Pan mną nie przejmuje. - Zbył argument odpowiednio lakonicznym komentarzem.- Rozumiem jak ważne są dla Scarlett relacje rodzinne. Pewnie to te jej Malfoy’owe geny. Czasem mam wrażenie, że motto naszego domu powinno brzmieć “trzymaj przyjaciół blisko, wrogów jeszcze bliżej, a kuzynom wiś nad ramieniem”.
Dopiero teraz spojrzał z powrotem w swój talerz, na którym w dodatku pojawiła się starannie przygotowana bułka. Zawahał się przez moment, ale obrócił ostrożnie obie dłonie nad talerzem wnętrzem do góry, ukazując przy okazji podłużne, przecinające je blizny.
- Bogini Matko niech twoje błogosławieństwo spocznie na tym posiłku i dłoniach, które je przygotowały.- Powiedział cicho słowa modlitwy, by jak zawsze ująć dłonie Scarlett i złożyć krótki pocałunek w powietrzu nad ich grzbietem. Dopiero wtedy zaczął jeść.
Pytania o okoliczności spotkania… No niby powinien się spodziewać, a jednak się nie spodziewał.
Przełknął trochę zbyt duży kęs. Uniósł lekko palec wskazujący do góry w niemej prośbie “sekundkę proszę”, krzywiąc się kiedy jedzenie boleśnie i cholernie powoli przesunęło się w dół przełyku. Odetchnął po chwili.
- Scarlett dużo lepiej ode mnie opowiada tę historię.- Przyznał z rozbrajającym, nieco zakłopotanym uśmiechem kogoś kto zapomina połowy szczegółów. Choć w tym przypadku było dokładnie na odwrót. Nie był tylko pewien, który fragment obrzydziłby Richarda bardziej - wybebeszona żaba, to co się stało na rogu Pokątnej i Nokturnu czy to co się zadziało już na Horyzontalnej. Więc uznał, że Scarlett sprzeda lepszą bajeczkę.
@Scarlett Mulciber
@Richard Mulciber
- Po prostu ją ignoruj.- Mówił wtedy.- Jej żywa wersja jest jeszcze gorsza.
Ale w całej swojej bezczelności, nigdy matki nie zasłonił. Co więcej od wczorajszej nocy portret stał na sztaludze gotowy do naniesienia nań kilku poprawek i wplecenia nici kolejnych wspomnień.
Uniósł kąciki ust słysząc o szczekaniu z Horyzontalnej, starając się ukryć rozbawienie. Nie wnikał jakoś szczególnie w relacje Scarlett z jej braćmi, tak długo jak nie wracała od nich wściekła czy smutna, co ostatnio zdarzało się coraz częściej. On tam Charliego lubił - trochę tak jak się lubiło zagubionego w świecie szczeniaka biegającego za własnym ogonem.
- Nie bądź niesprawiedliwa, Scar.- Powiedział przenosząc leniwie spojrzenie z Richarda na jego córkę.- Jak z nim ostatnio rozmawiałem tak pod koniec sierpnia to mówił coś o nowej pracy.- Nie dopytywał gdzie, bo zwyczajnie w świecie go aż tak życie prywatne Mulcibera nie obchodziło. Już i tak po po pierwszym spotkaniu dało się wyczuć, że ich światy nie będą się zbyt często przecinać. Mógłby się postarać, tylko i wyłącznie dlatego, że byli kuzynostwem i jednak chłopak był ważny dla Scarlett. Ale Charlie wolał kroczyć drogą pewnie jakiejś nudnej i monotonnej pracy, która miała mu pomóc utrzymać (odbudować?) dobre imię; taką drogą, która zupełnie Baldwina nie interesowała.
- Pamiętam, że mój pierwszy okres w teatrze Selwynów to był totalny koszmar. Rodzina mnie na oczy nie widziała tygodniami… Chociaż nie, Lorraine przychodziła na spektakle. Charlie się pewnie po prostu bardzo się stara zabłysnąć, gdziekolwiek teraz pracuje. Zrobić dobre wrażenie i te sprawy.
Zamilkł, bo w równaniu pojawiła się kuzynka. Zrobił mentalną notatkę, że Charles na pewno tu nie mieszka, ale jakaś tajemnicza, bezimienna panienka już tak. Nie poświęcił jej ani jednej myśli więcej, choć cała ta nonszalancja Scarlett wydała mu się podejrzana. Zawsze tak robiła, gdy udawała że jej coś nie obchodzi. Wzruszyła lekko ramionami, choć wyraźnie się spinała i nerwowo wbijała paznokcia w opuszek kciuka. Bezwiednie złapał jej nadgarstek, przesunął kciuk pod jej, nie pozwalając dalej skubać skóry.
- Co byś zjadł?
Tak szybko jak złapał ją za rękę, tak szybko puścił.
Nawet nie spojrzał na pełen wybór na stole, bo było mu to obojętne. Nałożył sobie jakąś kiełbaskę i posmarował kromkę chleba masłem. Ale nie zaczął jeść, Zamiast tego słuchał z żywym zainteresowaniem jak Scarlett rozważa ściągnięcie najwyraźniej połowy rodziny na spotkanie rodzinne. Jeden pomysł, potem kolejny, na dokładkę jeszcze dwa. Wszystko do zrealizowania już, teraz, natychmiast. Powoli przyzwyczajał się do tego, że dziewczyna była jak żywe srebro. Do plejady emocji, które widywał każdego dnia, dziesiątków planów na sekundę. I tych krótkich momentów, gdy był w stanie ją wyciszyć, uziemić. Kiedy nie musieli robić nic ponad zwykłym siedzeniem na dachu teatru ze szczurem i kotem i wszystko wydawało się być zwyczajnie oke… Jego ciąg myślowy przerwał Richard i Baldwin nagle uświadomił sobie, że nie podoba mu się ten stanowczy ton w stosunku do Scarlett. Zmarszczył delikatnie brwi.
- Sir, niech się Pan mną nie przejmuje. - Zbył argument odpowiednio lakonicznym komentarzem.- Rozumiem jak ważne są dla Scarlett relacje rodzinne. Pewnie to te jej Malfoy’owe geny. Czasem mam wrażenie, że motto naszego domu powinno brzmieć “trzymaj przyjaciół blisko, wrogów jeszcze bliżej, a kuzynom wiś nad ramieniem”.
Dopiero teraz spojrzał z powrotem w swój talerz, na którym w dodatku pojawiła się starannie przygotowana bułka. Zawahał się przez moment, ale obrócił ostrożnie obie dłonie nad talerzem wnętrzem do góry, ukazując przy okazji podłużne, przecinające je blizny.
- Bogini Matko niech twoje błogosławieństwo spocznie na tym posiłku i dłoniach, które je przygotowały.- Powiedział cicho słowa modlitwy, by jak zawsze ująć dłonie Scarlett i złożyć krótki pocałunek w powietrzu nad ich grzbietem. Dopiero wtedy zaczął jeść.
Pytania o okoliczności spotkania… No niby powinien się spodziewać, a jednak się nie spodziewał.
Przełknął trochę zbyt duży kęs. Uniósł lekko palec wskazujący do góry w niemej prośbie “sekundkę proszę”, krzywiąc się kiedy jedzenie boleśnie i cholernie powoli przesunęło się w dół przełyku. Odetchnął po chwili.
- Scarlett dużo lepiej ode mnie opowiada tę historię.- Przyznał z rozbrajającym, nieco zakłopotanym uśmiechem kogoś kto zapomina połowy szczegółów. Choć w tym przypadku było dokładnie na odwrót. Nie był tylko pewien, który fragment obrzydziłby Richarda bardziej - wybebeszona żaba, to co się stało na rogu Pokątnej i Nokturnu czy to co się zadziało już na Horyzontalnej. Więc uznał, że Scarlett sprzeda lepszą bajeczkę.
@Scarlett Mulciber
@Richard Mulciber