06.03.2025, 20:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2025, 18:56 przez Gabriel Montbel.)
Były rzeczy, za które nie znosił innych swojego rodzaju i była to jedna z nich. Krajobraz zmieniał się, a oni trwali. Spiżowi, stali, nieśmiertelnie nudni i do bólu pamiętliwi. Pod tym względem ludzie byli o wiele bardziej zabawni, z tym przywiązaniem do pierdół, które nie miały większego znaczenia w kontekście dekady czy wieku, skupieni na sobie i maluszkich problemach pozbawionych wagi i najczęściej sensu, tak aby mieć jakiś problem, aby z czymś się zmagać, o coś walczyć. Z drugiej strony ludzie kończyli się zbyt szybko, więc nie było sensu się przywiązywać. I tak tkwił w rozkroku, gardząc wszystkimi po równo, największy wygrany, czy może przegrany – zależało od perspektywy.
Teraz jednak chłodne, błękitne oczy ześlizgiwały się po ślicznej buzi, która punktowała mu słowa wypowiedziane sprzed niemal dwóch wieków. Takie właśnie były wampiry! Pamiętliwe. Chłodne. Bezwzględne. Miał głęboko zakorzenione poczucie, że rozmowa, którą z nią prowadzi podszyta była drugim dnem. Próżno było wierzyć w sympatię Lucy, która nagle przypomniała sobie o starym znajomym i nagle, po 50 latach postanowiła go odwiedzić “na starych śmieciach”.
Szczególnie po tym co przydarzyło jej się tutaj dwa wieki wcześniej.
Na wzmiankę o spaleniu Jonathana, uśmiechnął się tylko, niczym złoczyńca przyłapany na kłamstwie, który w końcu mógł powiedzieć prawdę. Nie byłoby to zbyt rozważne, to co chciał wtedy zrobić, było zdecydowanie wbrew wampirzemu prawu, ale jakie miało to znaczenie, w obliczu tykającego zegarka odmierzającego bezwzględnie sekundy do zagaszenia nie tylko dzisiejszej nocy?
– Spalić nie… Chciałem… chciałem go zatruć jadem węża, aby mógł mi pokazać jak umiera królowa… – wiedział, że młoda wampirzyca nie zrozumie kontekstu, ale nie dbał o to. Nie miała prawa wiedzieć o pierwszym monologu, który wygłosił Selwyn podczas ich pierwszej wspólnej kolacji w Poisy, pośród uginających się pod ciężarem kwiecia krzewów. Kleopatra. Z całego pieprzonego Szekspira, musiał wybrać ją i był... cóż, był zachwycający, jak zawsze. Uśmiech zgasł na jego twarzy, która obróciła się bezwiednie, niczym twarz upiora, wprost ku wielkim przeszklonym drzwiom na ogród i dalej, właśnie na taras, gdzie przed dekadą był u niego inny gość drżący pod naporem kłów na gładką, czekającą przebicia skórę.
– “Gdy tak jest lekkim twe rozstanie z życiem, – wyszeptał cicho, dobarwiając kwestię pięknym brytyjskim akcentem, którym nie kłopotał się wcześniej zbytnio podczas ich rozmowy – to cięcie śmierci jest jak uszczypnięcie kochanka, pożądane, choć i boli…”. To chciałem mu właśnie wyszeptać, w końcu przypomnieć nasz początek, gdy przytuleni w jego łóżku czekalibyśmy na słońce. Tak, abym mógł rozsypać się w popiół nim dałby z siebie ostatnie, tchnienie, by przez moment mógł oddychać mną, poczuć mnie na języku, tak jak ja przed laty czułem jego. Tak właśnie chciałem, żeby umarł. Żebyśmy umarli. Zatruty, tak samo jak on zatruł mnie, jak sprawił, że nie mogłem spać, ani jeść, nie potrafiłem przez sześć długich samotnych lat myśleć o nikim innym. Niczym innym. Istniało tylko czekanie. Puste. Próżne. Pozbawione sensu czekanie na kogoś, kto postanowił z dnia na dzień nie kochać wcale, gdy ja już kochałem za bardzo. – Urwał na moment, przerażony własną szczerością, prawdą z którą sam musiał się skonfrontować, uczuciami, które przeżerały duszę do cna.
– Myślisz… myślisz, że mówiłem mu to za rzadko? – zaskomlał nagle, brzmiąc tak, jakby mówił mu to kiedykolwiek, lecz nie była to prawda. Gdy byli razem śmiał się i drwił z romantycznych wyznań, bo nie wierzył, by wampir z martwym sercem w klatce z nadpruchniałych żeber był w stanie kochać w ogóle. Tymczasem nici przeczyły tej tezie. Nici mówiły, że miłość istniała, a tylko sposób jej okazywania lub braku wzajemności pozostawał kwestią wyboru.
Nici po obu stronach.
Jaka szkoda, że obaj wybierali inaczej.
Przełknął ślinę znów i zauważył papierową różę trzymaną w jej dłoniach. Poczuł się tym gestem jeszcze bardziej upokorzony, w przebłysku pamięci wspominając ich pierwsze spotkanie, gdzie znajdował się po drugiej stronie wieczności, mając wszystko, by móc szczycić się szczęśliwym żywotem nieumarłego.
Ujął papierowy kwiat, przypatrując się mu, ale też nieznacznie poprawiając kształt płatków opuszkami. Zmusił też swój bezbarwny ton, by być lekkim. Niezobowiązującym. Wręcz cyniczno-rozrywkowym.
– Ale proszę, ja jestem jeszcze tutaj ciałem, a nie duchem, a Ty w gazetach nie czytałaś o niewyjaśnionej śmierci byłego ambasadora, więc nic takiego się nie stało. Liczba londyńskich ofiar: jeden żałosny wampir, który w przypływie nadziei uroił sobie, że może jeszcze wszystko naprawić. – zdanie zwieńczył prychnięciem, przeczesując palcami wolnej dłoni posklejane wilgocią i popiołem kosmyki włosów. Włosy, które teraz zdawały się całej jego osobie nadawać onirycznych właściwości, jakby był amantem wyciągniętym wprost z filmów pozbawionych kolorów. Tylko jego oczy lśniły barwą letniego nieba, którego nigdy nie dane było im więcej zobaczyć. Oczy utkwione w papierowym kwiecie. Darowanie takiego kwiatu, takie zabawnie, czy miała świadomość, co znaczył ten gest? I nagle zrozumiał, dlaczego jego krzewy z taką ochotą odsłoniły przed nią przejście. Dlaczego lata temu zrobiły to pewnego grudniowego wieczoru, wpuszczając do środka innego anglika, mimo że hrabia nie chciał się widzieć z nikim ani wtedy ani dziś.
Oddał im kwiat pochodzący z krzewu, a krzew uznał ich za część ogrodu. Tak było, gdy Jonathan pierwszy raz zachwycił się jego różami. Uniósł papierową różę, nie mrugając wcale, rozkojarzony, skupiony na wtedy, pamiętliwy prawem wampirzego ciała. I wtedy też, pchany siłą wspomnienia, pchany siłą nostalgii odwrócił się do swojego drobnego gościa i wyciągnął ku niej dłoń z tym drobnym podarunkiem i…
… zasadził go za lewym uchem, tuż obok niewieściej skroni. Czy mogła się spodziewać, że tak właśnie potraktuje obowiązkowy prezent dla gospodarza? Lider francuskiej, wampirzej społeczności, który przed nią stał, nawet nie musiał się ukrywać ze swoją bardzo bladością, dworsko i dumnie nosząc przypudrowane lico. Biała peruka ukrywała złociste, przydługie fale, skrywające go krynoliny i koronki zgodnie z modą podkreślały smagłą sylwetkę, zaś chodem na trzewikach podniesionych obcasem nie odbiegał od ówczesnych standardów zachowań. Wręcz przeciwnie, zdawał się tańczyć chodząc i chodzić tańcząc, co w przypadku francuskiego dworu nieodmiennie wiązało się z głębokim uznaniem.
Stali obok ogromnej posiadłości obrośniętej gęsto różami. Kwiaty były niezwykłej urody, ciemno-purpurowe, pełne i ciężkie, lekko lśniące dziwnym, niepokojącym blaskiem. Pachniały intensywnie, niemalże wgryzając się w podniebienie i śluzówkę nosa. Kusząco. Hipnotyzująco. Niebezpiecznie.
– Wybrałaś dziecię wręcz doskonałą porę na odwiedziny! Oczywiście, nie możesz mi odmówić własnego udziału w małym fetes galantes za kilka zmierzchów, a Twój rażący brak znajomości francuskiego tylko podburzy krew moim gościom, aż… nie mogę się doczekać! – Słowa jak perły wypadały z jego uśmiechu, szerokiego, bezpośredniego i żarłocznego. Przebiegł wzrokiem po wielkim ogrodzie, do perfekcji przystrzyżonych ogromnych labiryntach, symetrycznie ułożonych ścieżkach i kwietnych klombach, gdzie mugolska służba pracowała za dnia, by teraz nocą bez problemu przestrzeń mogła cieszyć pańskie oko.
– To tylko mała kradzież Twojego czasu, ot lepszy prezent niż róża z murów mojego własnego domu, choć… muszę przyznać, że pięknie komplementuje ona Twoje rysy. Nie myśl tylko, żeby być nimfą jutro, dwórki uwielbiają te zwiewne stroje, to takie… irytująco powtarzalne. – Westchnął ostentacyjnie, kochając fakt, że takie ma właśnie zmartwienia - zbyt dużo nimf o odsłoniętych dekoltach w swoim towarzystwie. – Mój krawiec bez problemu dobierze Ci odpowiednie stroje na tę wizytę w Arkadii… O tam, rozłożymy ogromny biały namiot, z fontann popłynie czerwone wino – zaczął opowiadać z emfazą, pokazując poszczególne połacie rozciągającego się przed nimi dworu, nic nie robiąc sobie z faktu, że panna przyszła się zgodnie ze zwyczajem przedstawić i najprawdopodobniej ruszyć w swoją stronę.
Teraz jednak chłodne, błękitne oczy ześlizgiwały się po ślicznej buzi, która punktowała mu słowa wypowiedziane sprzed niemal dwóch wieków. Takie właśnie były wampiry! Pamiętliwe. Chłodne. Bezwzględne. Miał głęboko zakorzenione poczucie, że rozmowa, którą z nią prowadzi podszyta była drugim dnem. Próżno było wierzyć w sympatię Lucy, która nagle przypomniała sobie o starym znajomym i nagle, po 50 latach postanowiła go odwiedzić “na starych śmieciach”.
Szczególnie po tym co przydarzyło jej się tutaj dwa wieki wcześniej.
Na wzmiankę o spaleniu Jonathana, uśmiechnął się tylko, niczym złoczyńca przyłapany na kłamstwie, który w końcu mógł powiedzieć prawdę. Nie byłoby to zbyt rozważne, to co chciał wtedy zrobić, było zdecydowanie wbrew wampirzemu prawu, ale jakie miało to znaczenie, w obliczu tykającego zegarka odmierzającego bezwzględnie sekundy do zagaszenia nie tylko dzisiejszej nocy?
– Spalić nie… Chciałem… chciałem go zatruć jadem węża, aby mógł mi pokazać jak umiera królowa… – wiedział, że młoda wampirzyca nie zrozumie kontekstu, ale nie dbał o to. Nie miała prawa wiedzieć o pierwszym monologu, który wygłosił Selwyn podczas ich pierwszej wspólnej kolacji w Poisy, pośród uginających się pod ciężarem kwiecia krzewów. Kleopatra. Z całego pieprzonego Szekspira, musiał wybrać ją i był... cóż, był zachwycający, jak zawsze. Uśmiech zgasł na jego twarzy, która obróciła się bezwiednie, niczym twarz upiora, wprost ku wielkim przeszklonym drzwiom na ogród i dalej, właśnie na taras, gdzie przed dekadą był u niego inny gość drżący pod naporem kłów na gładką, czekającą przebicia skórę.
– “Gdy tak jest lekkim twe rozstanie z życiem, – wyszeptał cicho, dobarwiając kwestię pięknym brytyjskim akcentem, którym nie kłopotał się wcześniej zbytnio podczas ich rozmowy – to cięcie śmierci jest jak uszczypnięcie kochanka, pożądane, choć i boli…”. To chciałem mu właśnie wyszeptać, w końcu przypomnieć nasz początek, gdy przytuleni w jego łóżku czekalibyśmy na słońce. Tak, abym mógł rozsypać się w popiół nim dałby z siebie ostatnie, tchnienie, by przez moment mógł oddychać mną, poczuć mnie na języku, tak jak ja przed laty czułem jego. Tak właśnie chciałem, żeby umarł. Żebyśmy umarli. Zatruty, tak samo jak on zatruł mnie, jak sprawił, że nie mogłem spać, ani jeść, nie potrafiłem przez sześć długich samotnych lat myśleć o nikim innym. Niczym innym. Istniało tylko czekanie. Puste. Próżne. Pozbawione sensu czekanie na kogoś, kto postanowił z dnia na dzień nie kochać wcale, gdy ja już kochałem za bardzo. – Urwał na moment, przerażony własną szczerością, prawdą z którą sam musiał się skonfrontować, uczuciami, które przeżerały duszę do cna.
– Myślisz… myślisz, że mówiłem mu to za rzadko? – zaskomlał nagle, brzmiąc tak, jakby mówił mu to kiedykolwiek, lecz nie była to prawda. Gdy byli razem śmiał się i drwił z romantycznych wyznań, bo nie wierzył, by wampir z martwym sercem w klatce z nadpruchniałych żeber był w stanie kochać w ogóle. Tymczasem nici przeczyły tej tezie. Nici mówiły, że miłość istniała, a tylko sposób jej okazywania lub braku wzajemności pozostawał kwestią wyboru.
Nici po obu stronach.
Jaka szkoda, że obaj wybierali inaczej.
Przełknął ślinę znów i zauważył papierową różę trzymaną w jej dłoniach. Poczuł się tym gestem jeszcze bardziej upokorzony, w przebłysku pamięci wspominając ich pierwsze spotkanie, gdzie znajdował się po drugiej stronie wieczności, mając wszystko, by móc szczycić się szczęśliwym żywotem nieumarłego.
Ujął papierowy kwiat, przypatrując się mu, ale też nieznacznie poprawiając kształt płatków opuszkami. Zmusił też swój bezbarwny ton, by być lekkim. Niezobowiązującym. Wręcz cyniczno-rozrywkowym.
– Ale proszę, ja jestem jeszcze tutaj ciałem, a nie duchem, a Ty w gazetach nie czytałaś o niewyjaśnionej śmierci byłego ambasadora, więc nic takiego się nie stało. Liczba londyńskich ofiar: jeden żałosny wampir, który w przypływie nadziei uroił sobie, że może jeszcze wszystko naprawić. – zdanie zwieńczył prychnięciem, przeczesując palcami wolnej dłoni posklejane wilgocią i popiołem kosmyki włosów. Włosy, które teraz zdawały się całej jego osobie nadawać onirycznych właściwości, jakby był amantem wyciągniętym wprost z filmów pozbawionych kolorów. Tylko jego oczy lśniły barwą letniego nieba, którego nigdy nie dane było im więcej zobaczyć. Oczy utkwione w papierowym kwiecie. Darowanie takiego kwiatu, takie zabawnie, czy miała świadomość, co znaczył ten gest? I nagle zrozumiał, dlaczego jego krzewy z taką ochotą odsłoniły przed nią przejście. Dlaczego lata temu zrobiły to pewnego grudniowego wieczoru, wpuszczając do środka innego anglika, mimo że hrabia nie chciał się widzieć z nikim ani wtedy ani dziś.
Oddał im kwiat pochodzący z krzewu, a krzew uznał ich za część ogrodu. Tak było, gdy Jonathan pierwszy raz zachwycił się jego różami. Uniósł papierową różę, nie mrugając wcale, rozkojarzony, skupiony na wtedy, pamiętliwy prawem wampirzego ciała. I wtedy też, pchany siłą wspomnienia, pchany siłą nostalgii odwrócił się do swojego drobnego gościa i wyciągnął ku niej dłoń z tym drobnym podarunkiem i…
… zasadził go za lewym uchem, tuż obok niewieściej skroni. Czy mogła się spodziewać, że tak właśnie potraktuje obowiązkowy prezent dla gospodarza? Lider francuskiej, wampirzej społeczności, który przed nią stał, nawet nie musiał się ukrywać ze swoją bardzo bladością, dworsko i dumnie nosząc przypudrowane lico. Biała peruka ukrywała złociste, przydługie fale, skrywające go krynoliny i koronki zgodnie z modą podkreślały smagłą sylwetkę, zaś chodem na trzewikach podniesionych obcasem nie odbiegał od ówczesnych standardów zachowań. Wręcz przeciwnie, zdawał się tańczyć chodząc i chodzić tańcząc, co w przypadku francuskiego dworu nieodmiennie wiązało się z głębokim uznaniem.
Stali obok ogromnej posiadłości obrośniętej gęsto różami. Kwiaty były niezwykłej urody, ciemno-purpurowe, pełne i ciężkie, lekko lśniące dziwnym, niepokojącym blaskiem. Pachniały intensywnie, niemalże wgryzając się w podniebienie i śluzówkę nosa. Kusząco. Hipnotyzująco. Niebezpiecznie.
– Wybrałaś dziecię wręcz doskonałą porę na odwiedziny! Oczywiście, nie możesz mi odmówić własnego udziału w małym fetes galantes za kilka zmierzchów, a Twój rażący brak znajomości francuskiego tylko podburzy krew moim gościom, aż… nie mogę się doczekać! – Słowa jak perły wypadały z jego uśmiechu, szerokiego, bezpośredniego i żarłocznego. Przebiegł wzrokiem po wielkim ogrodzie, do perfekcji przystrzyżonych ogromnych labiryntach, symetrycznie ułożonych ścieżkach i kwietnych klombach, gdzie mugolska służba pracowała za dnia, by teraz nocą bez problemu przestrzeń mogła cieszyć pańskie oko.
– To tylko mała kradzież Twojego czasu, ot lepszy prezent niż róża z murów mojego własnego domu, choć… muszę przyznać, że pięknie komplementuje ona Twoje rysy. Nie myśl tylko, żeby być nimfą jutro, dwórki uwielbiają te zwiewne stroje, to takie… irytująco powtarzalne. – Westchnął ostentacyjnie, kochając fakt, że takie ma właśnie zmartwienia - zbyt dużo nimf o odsłoniętych dekoltach w swoim towarzystwie. – Mój krawiec bez problemu dobierze Ci odpowiednie stroje na tę wizytę w Arkadii… O tam, rozłożymy ogromny biały namiot, z fontann popłynie czerwone wino – zaczął opowiadać z emfazą, pokazując poszczególne połacie rozciągającego się przed nimi dworu, nic nie robiąc sobie z faktu, że panna przyszła się zgodnie ze zwyczajem przedstawić i najprawdopodobniej ruszyć w swoją stronę.