06.03.2025, 21:33 ✶
Dlaczego nie mógł po prostu pozwolić jej odejść? Dlaczego gdy tylko się odwróciła z zamiarem pójścia do windy, by zjechać prawie na sam dół do Departamentu Tajemnic, Leviathan chwycił ją za przegub dłoni? Dlaczego nie mógł zostawić jej w spokoju? Normalnie pewnie strząsnęłaby jego dłoń, trzepnęła go w nią wolną ręką, wyszarpnęła się lub po prostu bezczelnie go ugryzła jak dzieciuch: bo przecież ona tak naprawdę nigdy nie wydoroślała. Nadal była dzieciakiem, który uważał, że jeżeli zrobi słodkie oczka, to większość rzeczy ujdzie mu na sucho. Inna sprawa że Faye naprawdę przypominała naiwne dziecko, jeżeli chodzi o niektóre swoje poglądy. Ale poglądy poglądami: to niektóre jej odruchy doprowadzały do pasji nie tylko Leviathana, ale również Nicholasa, który... Cóż, Nick czekał na swoje starcie zaraz po tym spotkaniu w korytarzu w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami.
Faye była zmęczona tym, co widziała i tym, co się dzisiaj stało, a konfrontacja z mężem kosztowała ją zbyt dużo energii. Nie rozumiała, czemu zachowywał się w ten sposób i dlaczego uczepił się akurat jej, bo przecież był tak samo winny tego, co się stało, jak ona. A zachowywał się tak, jakby to była wyłącznie jej wina - jakby go upiła, uwiodła i zaciągnęła przed ołtarz. Jakby to był jakiś szalony masterplan, jakby miała go oskubać z bogactwa czy z czegokolwiek, co tam posiadał. A przecież tak nie było: może i nie była bogata, ale nigdy nie skrzywdziłaby nikogo w tak podły sposób, nawet jego. Nie lubiła go, był antypatyczny, nawet teraz patrzył z wyższością i pogardą na nią samą. Do tego zdążyła się przyzwyczaić, bo nie on pierwszy i ostatni, ale... Skoro tak bardzo nie rozumiał dlaczego tak bardzo Faye go nie znosi, to może brakowało mu nie tylko piątek klepki, ale jakiegoś pierwiastka empatii? Tak samo jak jej bratu. I to niby ona była dzieckiem, któremu trzeba było tłumaczyć świat. Z cichym westchnięciem przeniosła wzrok z korytarza na rękę mężczyzny, a potem wyżej, na jego twarz. Milczała przez chwilę, wpatrując się w jego oczy.
- Bo jesteś niemiły - powiedziała poważnym tonem. Mówiła cicho i miała bardzo, bardzo zmęczony ton. I wyglądało na to, że absolutnie kurwa nie żartuje ze swoją odpowiedzią.
Faye była zmęczona tym, co widziała i tym, co się dzisiaj stało, a konfrontacja z mężem kosztowała ją zbyt dużo energii. Nie rozumiała, czemu zachowywał się w ten sposób i dlaczego uczepił się akurat jej, bo przecież był tak samo winny tego, co się stało, jak ona. A zachowywał się tak, jakby to była wyłącznie jej wina - jakby go upiła, uwiodła i zaciągnęła przed ołtarz. Jakby to był jakiś szalony masterplan, jakby miała go oskubać z bogactwa czy z czegokolwiek, co tam posiadał. A przecież tak nie było: może i nie była bogata, ale nigdy nie skrzywdziłaby nikogo w tak podły sposób, nawet jego. Nie lubiła go, był antypatyczny, nawet teraz patrzył z wyższością i pogardą na nią samą. Do tego zdążyła się przyzwyczaić, bo nie on pierwszy i ostatni, ale... Skoro tak bardzo nie rozumiał dlaczego tak bardzo Faye go nie znosi, to może brakowało mu nie tylko piątek klepki, ale jakiegoś pierwiastka empatii? Tak samo jak jej bratu. I to niby ona była dzieckiem, któremu trzeba było tłumaczyć świat. Z cichym westchnięciem przeniosła wzrok z korytarza na rękę mężczyzny, a potem wyżej, na jego twarz. Milczała przez chwilę, wpatrując się w jego oczy.
- Bo jesteś niemiły - powiedziała poważnym tonem. Mówiła cicho i miała bardzo, bardzo zmęczony ton. I wyglądało na to, że absolutnie kurwa nie żartuje ze swoją odpowiedzią.