06.03.2025, 22:14 ✶
Sam bardzo chciał zrozumieć, dlaczego nie mógł jej dać spokoju. Dokładnie tak samo dręczyło go pytanie, dlaczego ona nie była w stanie się od niego odczepić. W którymś momencie zwyczajnie zaczęli się napędzać i było to tak dawno temu, ze już chyba żadne z nich nie pamiętało, kto właściwie zaczął. Ale w swoich oskarżycielskim tonie i krzywych spojrzeniach, Leviathan nie myślał o tym, że uwiodła go dla statusu czy pieniędzy. Wbrew pozorom nie był aż tak płytki i nie posiadał aż tak rozbujanego ego, bo pod koniec dnia wszystko dla niego sprowadzało się do tego, jak zareaguje na to Lazarus.
Faye mogła lubić jego ojca, albo uważać że i on lubił ją. Jakkolwiek nie wyglądała prawda, to jego syn oglądał go z dala od ministerialnego biurka, w domowym zaciszu. Lazarus bywał ekscentryczny, nie przepadał za ludźmi i kochał zwierzęta, a w ten sposób można było określi naprawdę wiele osób na świecie, ale jemu przypadało w udziale bycie także Śmierciożercą. Takim z rodzaju tych, którzy się nie wahali i nie posiadali skrupułów. Jeśli ktoś miewał wątpliwości co do tego, czym posługiwali się w swoich działaniach słudzy Czarnego Pana, to właśnie starszy Rowle umiejętnie pokazywał, że Śmierciożercom nie chodziło o logikę czy próbę przekonania do siebie odpowiednim podejściem kogokolwiek. Chodziło o siłę i tylko siłę. Było w tym coś niezwykle przewrotnego i trafnego, biorąc pod uwagę że Rowle byli łączeni ze smokami - tymi samymi bestiami, które tak dobitnie uosabiały ten atrybut.
Lazarus bywał straszny i bezwzględny. Także dla swoich dzieci.
A jego syn, nawet jeśli zrodzony z jego krwi i tak samo przeklęty, czasem jeszcze miewał ludzkie odruchy. Jednym z nich była Septima, teraz nagle oddalona o dziesiątki tysięcy kilometrów, prowadząc swoje własne badania. Była nim matka, była szalona ciotka, był Laurent. Była nim nawet Faye bo w gruncie rzeczy, Levi nie widział potrzeby w tym, by robić im krzywdę. Jeszcze nie teraz. Nie, kiedy wyraźnie nie zasłużyli.
Zmarszczył brwi, przyglądając jej się przez moment, bo naprawdę nie wiedział co miał jej odpowiedzieć. Ale nie w ten typowy sposób, do którego się przyzwyczaił. Nie, jej słowa wytłumaczenia były zwyczajnie absurdalne, jakby uleciały z ust przedszkolaka.
- Obudź się, księżniczko, jest nas dwoje. Od samego początku. I próbuję zrozumieć dlaczego - a mimo tego, że starał się słowami podzielić tę winę na dwoje, coś w jego słowach, w ich brzmieniu i ułożeniu mogło sugerować, że wciąż to ona była o ten jeden ułamek bardziej winna niż on. Bo przecież próbował zrozumieć, prawda? Dlaczego więc ona jednoznacznie musiała odtrącać te jego starania, od samego początku?
Faye mogła lubić jego ojca, albo uważać że i on lubił ją. Jakkolwiek nie wyglądała prawda, to jego syn oglądał go z dala od ministerialnego biurka, w domowym zaciszu. Lazarus bywał ekscentryczny, nie przepadał za ludźmi i kochał zwierzęta, a w ten sposób można było określi naprawdę wiele osób na świecie, ale jemu przypadało w udziale bycie także Śmierciożercą. Takim z rodzaju tych, którzy się nie wahali i nie posiadali skrupułów. Jeśli ktoś miewał wątpliwości co do tego, czym posługiwali się w swoich działaniach słudzy Czarnego Pana, to właśnie starszy Rowle umiejętnie pokazywał, że Śmierciożercom nie chodziło o logikę czy próbę przekonania do siebie odpowiednim podejściem kogokolwiek. Chodziło o siłę i tylko siłę. Było w tym coś niezwykle przewrotnego i trafnego, biorąc pod uwagę że Rowle byli łączeni ze smokami - tymi samymi bestiami, które tak dobitnie uosabiały ten atrybut.
Lazarus bywał straszny i bezwzględny. Także dla swoich dzieci.
A jego syn, nawet jeśli zrodzony z jego krwi i tak samo przeklęty, czasem jeszcze miewał ludzkie odruchy. Jednym z nich była Septima, teraz nagle oddalona o dziesiątki tysięcy kilometrów, prowadząc swoje własne badania. Była nim matka, była szalona ciotka, był Laurent. Była nim nawet Faye bo w gruncie rzeczy, Levi nie widział potrzeby w tym, by robić im krzywdę. Jeszcze nie teraz. Nie, kiedy wyraźnie nie zasłużyli.
Zmarszczył brwi, przyglądając jej się przez moment, bo naprawdę nie wiedział co miał jej odpowiedzieć. Ale nie w ten typowy sposób, do którego się przyzwyczaił. Nie, jej słowa wytłumaczenia były zwyczajnie absurdalne, jakby uleciały z ust przedszkolaka.
- Obudź się, księżniczko, jest nas dwoje. Od samego początku. I próbuję zrozumieć dlaczego - a mimo tego, że starał się słowami podzielić tę winę na dwoje, coś w jego słowach, w ich brzmieniu i ułożeniu mogło sugerować, że wciąż to ona była o ten jeden ułamek bardziej winna niż on. Bo przecież próbował zrozumieć, prawda? Dlaczego więc ona jednoznacznie musiała odtrącać te jego starania, od samego początku?