Było to dla niej podwójnie uwłaczające, bo oto straciła kontrolę nad sobą, swoim ciałem i emocjami, które trzymała na naprawdę krótkiej smyczy. Trening, jaki przeszła lata temu, nauczył ją przecież każdej uncji panowania nad sobą, zwłaszcza wtedy, gdy nie chciała po sobie nic pokazywać, a tak było prościej opanować oklumencję: kontrolując też emocje, wyciszając je. Nie była jednak idealna, zresztą każdy miał swoją granicę, jednak z wyboru nie pokazywała po sobie ludziom więcej. Wiedziała, że aurowidzów męczą te wszystkie emocje, które widzą, a gdy dowiedziała się, że Cain posiada tę umiejętność, to stało się jasne, dlaczego dobrano ich w parę – by miał chociaż trochę spokoju… chociaż i tak pewnie nie była w stanie się przy nim każdorazowo kontrolować, te wszystkie miesiące były naprawdę bardzo, bardzo trudne, a w jej życiu uczuciowym też był przecież zamęt. A jednak nigdy jej niczego nie powiedział, nigdy nie patrzył z litością, nigdy nie dawał po sobie poznać, że to dostrzega. Po prostu się uśmiechał, przynosił kawę i ciastko, i zaczynał mówić coś głupiego. A teraz…
Nikt nikogo nie będzie tracić. Na to było już za późno. Kolejne słowa wymienione między Atreusem a Laurentem, te zdawkowe, nawet do niej nie dotarły, gdy po jej czaszce odbijało się to jedno zdanie Bulstrode’a. Następne zdania słyszała jakby zza cienkiej ściany wody, zniekształcone, przytłumione. Nawet nie dotarło do niej, że jej zachowanie musi być dla nich całkowicie irracjonalne, że musiało wyglądać, jakby rozkleiła się ze względu na rewelacje sprzedane im tutaj przez Laurenta – ale prawda była taka, że to była po prostu ta kropla, która przelała szalę. Bardzo dosłownie.
Dotarło do niej, że ta rozmowa toczyła się gdzieś nad nią (tak dosłownie, jak w przenośni) dopiero, kiedy poczuła ręce Laurenta na swojej głowie. Ten uspokajający gest mówiący, że przecież wszystko będzie dobrze. Będzie? Miała co do tego ogromne wątpliwości, które teraz w nią napierały całą mocą. To dłonie Laurenta sprawiły, że się rozkleiła w całości.
– Cain nie żyje – wydusiła z siebie w końcu i ukryła twarz w dłoniach. Zdanie wyjaśniające tak wiele dla niektórych i rodzące tyleż samo pytań. To była jej granica: brak snu, życie w ciągłym napięciu i niepewności, zmartwienie o najbliższych, a potem jeszcze wiadomości o śmierci partnera.