07.03.2025, 13:26 ✶
Nie prosiła, bo młodziutką Lorien Crouch przyzwyczajono do tego, że jej prośba staje się przykazem. A taka prośba związałaby ich na nowo ze sobą niewidzialnymi nićmi, które dla Anthony’owego dobra próbowała uciąć przed laty. Czytanie raz po raz książek, które jej przetłumaczył, z dopiskami na marginesach i przełykanie łez było łatwiejsze niż patrzenie mu w oczy, wiedząc, że już niedługo będą spoglądać na niego tylko oczy wilgowrona. Ból, jaki czuła teraz był niczym w porównaniu do bólu, jaki miała zasiać pustka po niej.
W pierwszym momencie nawet nie zauważyła, że przesunął się bliżej, uparcie wpatrując się w porcelanowy talerz, którego zawartość nie miała dla niej żadnego znaczenia. Był blisko. Mogło się zdawać, że nawet zbyt blisko, bo jedyną odpowiedzią na dotyk było lekkie drgnięcie, kiedy instynktownie szykowała się do ucieczki. Pozostając gdzieś na granicy świadomości i zatopienia się w bezkresie swoich własnych myśli, Lorien przypominała zwykłą lalkę. Niewzruszona, pozwoliła się objąć, przytulić i choć nie odwzajemniła żadnego z czułych odruchów, już samo to mogło dać mu poczucie cichego zwycięstwa. Niewiele było osób, których dotyk akceptowała nawet w stanach głębokiej apatii czy milczącej, kotłującej się w ptasim serduszku paniki. A jednak, od czasu ostatniego sabatu mógł odnieść wrażenie, że ona po prostu lubi mieć go blisko, tak długo jak sama dyktowała warunki tej bliskości. Nieważne czy w grę wchodziło uczepianie się jego ramienia na pogrzebie; czy moment, gdy znużona ostatnią przemianą wreszcie usnęła dzięki eliksirowi nasennemu, trzymając rąbek rękawa jego szlafroka; czy nawet teraz, pozwalając się głaskać po głowie jakby była dzieckiem.
Oparła ostrożnie policzek o jego klatkę piersiową pozwalając sobie na sekundę czy dwie mentalnego odpoczynku.
W końcu jednak odsunęła się, przez chwilę wpatrując się w milczeniu w Anthony’ego, wyraźnie rozważając za i przeciw decyzji, której mogła pożałować.. Sięgnęła drżącą ręką po kalendarz leżący przy talerzu. Przekartkowała go, aż wreszcie wśród dziesiątek odręcznych notatek i wklejek znalazła to czego szukała. Najpierw wyciągnęła pojedynczy draft pierwszego listu. Od oryginału różnił go tylko fakt, że był o wiele bardziej pokreślony, a niektóre zdania wręcz wymazano. Dołożyła do niego odpowiedź od Charliego. Po chwili zawahania dołożyła też najnowszy z listów.
Obracała przez moment w palcach oryginał zdjęcia, które wypadło spomiędzy kartek, obdarowując dzieci na fotografii cieniem uśmiechu. Tęsknota za czasami, kiedy wszystko było prostsze, tkwiła w jej duszy jak uporczywa drzazga. Ile po nich pozostało? Wyryte w parapecie na strychu Mulciber Manor inicjały, albumy pełne spłowiałych fotografii. Odłożyła je na stolik pomiędzy nimi.
- Nie znienawidź mnie, gdy to przeczytasz.- Powiedziała głosem na granicy szeptu i szlochu. Ale oczy czarownicy były pozbawione łez. Martwi nie płakali. Martwi nawet już na nic nie czekali. Po prostu tkwili w jednym miejscu, zamknięci w małym punkcie czasowym. - Nie wiesz ile samej siebie poświęciłam dla tej rodziny.
W pierwszym momencie nawet nie zauważyła, że przesunął się bliżej, uparcie wpatrując się w porcelanowy talerz, którego zawartość nie miała dla niej żadnego znaczenia. Był blisko. Mogło się zdawać, że nawet zbyt blisko, bo jedyną odpowiedzią na dotyk było lekkie drgnięcie, kiedy instynktownie szykowała się do ucieczki. Pozostając gdzieś na granicy świadomości i zatopienia się w bezkresie swoich własnych myśli, Lorien przypominała zwykłą lalkę. Niewzruszona, pozwoliła się objąć, przytulić i choć nie odwzajemniła żadnego z czułych odruchów, już samo to mogło dać mu poczucie cichego zwycięstwa. Niewiele było osób, których dotyk akceptowała nawet w stanach głębokiej apatii czy milczącej, kotłującej się w ptasim serduszku paniki. A jednak, od czasu ostatniego sabatu mógł odnieść wrażenie, że ona po prostu lubi mieć go blisko, tak długo jak sama dyktowała warunki tej bliskości. Nieważne czy w grę wchodziło uczepianie się jego ramienia na pogrzebie; czy moment, gdy znużona ostatnią przemianą wreszcie usnęła dzięki eliksirowi nasennemu, trzymając rąbek rękawa jego szlafroka; czy nawet teraz, pozwalając się głaskać po głowie jakby była dzieckiem.
Oparła ostrożnie policzek o jego klatkę piersiową pozwalając sobie na sekundę czy dwie mentalnego odpoczynku.
W końcu jednak odsunęła się, przez chwilę wpatrując się w milczeniu w Anthony’ego, wyraźnie rozważając za i przeciw decyzji, której mogła pożałować.. Sięgnęła drżącą ręką po kalendarz leżący przy talerzu. Przekartkowała go, aż wreszcie wśród dziesiątek odręcznych notatek i wklejek znalazła to czego szukała. Najpierw wyciągnęła pojedynczy draft pierwszego listu. Od oryginału różnił go tylko fakt, że był o wiele bardziej pokreślony, a niektóre zdania wręcz wymazano. Dołożyła do niego odpowiedź od Charliego. Po chwili zawahania dołożyła też najnowszy z listów.
Obracała przez moment w palcach oryginał zdjęcia, które wypadło spomiędzy kartek, obdarowując dzieci na fotografii cieniem uśmiechu. Tęsknota za czasami, kiedy wszystko było prostsze, tkwiła w jej duszy jak uporczywa drzazga. Ile po nich pozostało? Wyryte w parapecie na strychu Mulciber Manor inicjały, albumy pełne spłowiałych fotografii. Odłożyła je na stolik pomiędzy nimi.
- Nie znienawidź mnie, gdy to przeczytasz.- Powiedziała głosem na granicy szeptu i szlochu. Ale oczy czarownicy były pozbawione łez. Martwi nie płakali. Martwi nawet już na nic nie czekali. Po prostu tkwili w jednym miejscu, zamknięci w małym punkcie czasowym. - Nie wiesz ile samej siebie poświęciłam dla tej rodziny.