08.03.2025, 01:51 ✶
Nie. Nie zapomniał o tym. Jakżeby mógł o tym zapomnieć. Być może nie mówił tego na głos. Nawet wtedy, gdy pojawiła się u niego, wyrażając te wszystkie obawy wobec tego, że mógłby o niej kiedykolwiek zapomnieć. Ale nie, nie miał tego zrobić. Pamiętał o wszystkim. Każdy mały detal. Począwszy od tego, o czym mówiła w tej chwili. Poprzez wszystkie inne tendencje czy zachowania. Rutyny, przyzwyczajenia, drobnostki związane z przebiegiem dnia albo sposób, w jaki reagowała w różnorodnych sytuacjach. Typowe odzywki, powiedzonka, słowa padające z jej ust w bardzo różnych, ale typowych dla nich rozmowach. Aż do pozornie trywialnych pierdół takich jak jej ulubiony kolor, program telewizyjny, najaktywniejsza pora dnia, zapach perfum. Sposób, w który marszczyła nos czy mrużyła oczy. Układ pieprzyków na ciele. Rozmieszczenie piegów na twarzy. Sposób, w który wyginał się jej kręgosłup, gdy leżała na boku z twarzą zwróconą w jego stronę. Dotyk skóry, miękkość włosów...
...jakże mógłby o tym nie pamiętać? Spędzili razem wiele lat. Naprawdę wiele lat. Sądząc, że dane im było spędzić ich ze sobą jeszcze więcej, jednak wciąż mając w sobie tyle wewnętrznej przezorności, by chłonąć każdą chwilę spędzoną w swoim towarzystwie. Może nie tak, jakby mogła być ostatnią, ale poniekąd tak, jakby była tą pierwszą. Najważniejszą. Godną zapamiętania, nawet jeśli wspominanie jej leżąc w pustym łóżku bolało bardziej niż cokolwiek, co mógłby sobie wyobrazić.
Kiedy poszli w tym kierunku? W którym momencie aż tak bardzo zboczyli ze ścieżki? Czy w ogóle mógł zadawać sobie te pytania, jednocześnie wiedząc, że nie powinny brzmieć w ten sposób? To nie oni byli odpowiedzialni za to, co się stało. Nie oni tylko on. To była jego decyzja. Podjęta zarówno wtedy, kiedy postanowił odejść, jak i lata wcześniej. To, że byli teraz obok siebie jeszcze przez kilka chwil, na powrót udając przyjaciół, niczego nie zmieniało.
Szczególnie, że jednocześnie mimowolnie się zapędzali. Ponownie wkraczali na grząski grunt. Raz po raz trochę zbyt mocno dawali sobie popłynąć z prądem. Dokładnie tak jak w tej chwili, gdy pozornie niewinna, nawet odrobinę uszczypliwa wymiana zdań (trudno byłoby to ukryć) nie była może aż tak do końca pozbawiona podtekstów jak należałoby oczekiwać od przyjaciół.
- Nie do końca to miałem na myśli, gdy chciałem usłyszeć od ciebie, że mam wielkiego - odbił z błyskiem w oku, przez ułamek sekundy wbijając w dziewczynę dosyć jednoznacznie zaczepne spojrzenie, po czym reflektując się, mrugając i wzruszając ramionami. - Tak, zdecydowanie zbyt łatwo się rozpraszasz - tyle tylko, że może nie do końca kierował te słowa do niej, nawet jeśli faktycznie wypowiedział je teraz na głos?
W tym momencie trudno było ukryć, że sam też zbyt mocno się rozpraszał. Wystarczyła zaledwie chwila nieuwagi, aby jego myśli zbaczały z torów, kierując się w stronę, która nie powinna być brana pod uwagę w tym wszystkim, co się między nimi działo. Po tym, co się stało i tym, co nie mogło się stać.
A jednak...
...znowu to sobie robili. Angażując się przy tym w kolejne pozornie niezwiązane z nimi sprawy, ale robiąc z nich wspólny temat. Naprawdę łatwo było się w tym pogubić.
- Wiem, że wiesz, że mam pracę - odbił odruchowo, patrząc na Rinę z błyskiem w oku, bo co jak co, ale w tym momencie doskonale pamiętał jej słowa.
Wtedy w niego ugodziły. Sprawiły mu ból, bo nigdy nie sądził, że mogła odbierać to w ten sposób. Teraz? Poniekąd robił sobie z nich coś na kształt tarczy, nie chcąc tak po prostu przyznać, że wcale nie czuł się wyjątkowo dobrze przypominając jej o tym, że znów musiał stawiać zawodowe zobowiązania ponad to, w co naprawdę chciał się zaangażować. Usiłował odkupić choć część win, nawet jeśli jednocześnie starał się ujmować to w nieco mniej męczeński sposób. Po prostu próbował postąpić właściwie.
Tyle tylko, że nie mógł pozwolić sobie na kolejny tydzień urlopu. Nawet jeśli w istocie dysponował odpowiednią ilością dni wolnych. Miał ich w kalendarzu na tyle dużo, że w teorii mógłby to zrobić. Tyle tylko, że praktyka nie działała w ten sposób. Miał obowiązki wobec Munga, wobec prywatnych klientów, wobec zleceniodawców na Nokturnie. Nie mógł tego tak zwyczajnie zostawić i zniknąć na kilkanaście dni. Nawet w tak ważnej sprawie.
Musiał też brać pod uwagę fakt, że gdy zacznie znikać, nie będzie go dłużej niż dwanaście z dwudziestu czterech godzin. Podział nie mógł być równy. Czasami miało go nie być większą połowę dnia. Później mógł być dostępny przez cały dzień i całą noc. Tak już to wyglądało w jego przypadku. Zdecydowanie potrzebowali wsparcia jeszcze jednej osoby.
W oczach Ambroisa, cóż...
...kogoś, kto bez większego zdziwienia nie spodobał się Geraldine. Oczywiście, że nie miał się spodobać. Jednakże był chyba jedynym takim człowiekiem znanym Roisowi, którego można było zabrać na zupełne pustkowie bez nadmiernych obaw o to, co stanie się później. Aloysius być może zaprezentował się od dosyć fatalnej strony. Nie można było powiedzieć, że nie. Jednak zdecydowanie pokazał też przy tym swoją skuteczność. A to właśnie na tym im teraz zależało.
- A ja będę najczęściej jak to możliwe - dopowiedział zdecydowanym głosem, próbując utwierdzić dziewczynę w przekonaniu, że mówił całkowicie poważnie.
Ich zaufanie było w tym momencie na naprawdę dziwnym, nieokreślonym poziomie. Z jednej strony byli sojusznikami. Byli przyjaciółmi. Kolejny raz snuli plany, nie bacząc na cokolwiek poza tym, że chcieli zająć się wspólnym problemem z najmłodszym Yaxleyem. Nie patrząc na to w jaki sposób miało to odbić się na nich samych. Na tym, że choć w teorii nie było już ich przyszłości, nie powinno jej być, to słowo my w dalszym ciągu miało ten słodko-gorzki posmak. Brzmiało niepokojąco dobrze, umoszczone na języku, opuszczając usta w bardzo płynny sposób.
- Nam? - Powtórzył pytająco po Geraldine, wbrew pozorom wcale nie bezmyślnie, tylko w rzeczy samej zastanawiając się nad odpowiedzią.
Zazwyczaj całkiem nieźle wychodziło mu szacowanie prawdopodobieństwa. Przez lata, jakie spędził na robieniu naprawdę różnych interesów, z czasem wyrobił sobie naprawdę niezłe umiejętności związane z oceną sytuacji. Poza tym należało pamiętać o tym, że nie mówili teraz o byle kim. Być może od czasu Hogwartu upłynęło wiele lat, jednak fakt pozostawał faktem: znał Aloysiusa, Aloysius znał jego. Ich ostatnie interakcje dostatecznie mocno dowiodły, że pod tymi wszystkimi sporami i różnicami w poglądach nadal sobie ufali, więc odpowiedź powinna być jasna.
Przynajmniej w teorii, bowiem w praktyce w tym samym czasie dochodził tu obcy czynnik. Coś, czego nie było między nimi nigdy wcześniej. A właściwie to ktoś, kogo między nimi nie było. Co prawda, Ambroise naprawdę nie sądził, aby to była próba odegrania się za to, co on sam głosił w stosunku do Alice, jednak kolejny raz tą nieco kłopotliwą zmienną okazywała się być kobieta.
Jego kobieta. O ile bowiem był całkowicie pewien, że Loys miał bez wahania zgodzić się na wykonanie przysługi dla niego, o tyle Yaxleyówna (nie dało się tego ukryć) nie była ulubionym człowiekiem Rookwooda. Roise nie wiedział, czy jego przyjaciel kojarzył jej młodszego brata. Tak właściwie to któregokolwiek z braci. To było równie możliwe, co niemożliwe. W tym przypadku nie mógł już dokonywać popartej czymkolwiek oceny prawdopodobieństwa. Tutaj działał na czuja. W tym momencie naprędce analizując sytuację, żeby drugi raz ocenić możliwości, jakie mieli.
Wychodziło mu przy tym jedno. Dokładnie to samo, co na początku. I dobrze, bowiem nie zwykł przecież rzucać słów na wiatr. Nie zaproponowałby włączenia Fenwicka w całą sprawę, gdyby w jego ocenie nie istniała szansa na to, że ten w ogóle pójdzie na podobny plan. Nie zamierzał jednak ukrywać swoich przemyśleń. Dlatego też w tym momencie kiwnął głową, wbijając całkiem poważne spojrzenie w Geraldine i odpowiadając jej tak szczerze jak tylko był w stanie to zrobić.
- Mi pomoże - stwierdził otwarcie, nie próbując owijać czegokolwiek w bawełnę. - Nam też, ale przez wzgląd na mnie, nie na ciebie. Mamy pewność i tego, i tego - odpowiedział gładko, mając świadomość, że to nie były najbardziej dyskretnie formułowane słowa, jednak nie o to im przecież chodziło w tym momencie.
Musieli mieć jasność. Przynajmniej na tej płaszczyźnie, szczególnie gdy na wszystkich innych w dalszym ciągu cholernie się plątali i gubili. Tutaj nie było na to miejsca. Astaroth nie był byle ćpunem potrzebującym interwencji. Był wampirem o sile przewyższającej większość normalnych ludzi. Greengrass co nieco się o tym przekonał a przecież sam też nie należał do chuderlaków i sierot. To zaś sprawiało, że musieli brać pod uwagę dosłownie wszystko. Nie mogli niedoszacowywać niebezpieczeństwa czy przeszacować własnych możliwości.
- Nie musisz się zgadzać - odezwał się po chwili milczenia, przenosząc wzrok z linii drzew z powrotem na oczy dziewczyny. - Jeśli uważasz, że istnieje inna, lepsza możliwość to możemy ją rozważyć. Dla mnie to najlepsze rozwiązanie - a jednak całkiem wyjątkowo jak na niego, wcale nie zamierzał pchać swojego rozwiązania za wszelką cenę.
Najzwyczajniej w świecie nie widział innej opcji.
...jakże mógłby o tym nie pamiętać? Spędzili razem wiele lat. Naprawdę wiele lat. Sądząc, że dane im było spędzić ich ze sobą jeszcze więcej, jednak wciąż mając w sobie tyle wewnętrznej przezorności, by chłonąć każdą chwilę spędzoną w swoim towarzystwie. Może nie tak, jakby mogła być ostatnią, ale poniekąd tak, jakby była tą pierwszą. Najważniejszą. Godną zapamiętania, nawet jeśli wspominanie jej leżąc w pustym łóżku bolało bardziej niż cokolwiek, co mógłby sobie wyobrazić.
Kiedy poszli w tym kierunku? W którym momencie aż tak bardzo zboczyli ze ścieżki? Czy w ogóle mógł zadawać sobie te pytania, jednocześnie wiedząc, że nie powinny brzmieć w ten sposób? To nie oni byli odpowiedzialni za to, co się stało. Nie oni tylko on. To była jego decyzja. Podjęta zarówno wtedy, kiedy postanowił odejść, jak i lata wcześniej. To, że byli teraz obok siebie jeszcze przez kilka chwil, na powrót udając przyjaciół, niczego nie zmieniało.
Szczególnie, że jednocześnie mimowolnie się zapędzali. Ponownie wkraczali na grząski grunt. Raz po raz trochę zbyt mocno dawali sobie popłynąć z prądem. Dokładnie tak jak w tej chwili, gdy pozornie niewinna, nawet odrobinę uszczypliwa wymiana zdań (trudno byłoby to ukryć) nie była może aż tak do końca pozbawiona podtekstów jak należałoby oczekiwać od przyjaciół.
- Nie do końca to miałem na myśli, gdy chciałem usłyszeć od ciebie, że mam wielkiego - odbił z błyskiem w oku, przez ułamek sekundy wbijając w dziewczynę dosyć jednoznacznie zaczepne spojrzenie, po czym reflektując się, mrugając i wzruszając ramionami. - Tak, zdecydowanie zbyt łatwo się rozpraszasz - tyle tylko, że może nie do końca kierował te słowa do niej, nawet jeśli faktycznie wypowiedział je teraz na głos?
W tym momencie trudno było ukryć, że sam też zbyt mocno się rozpraszał. Wystarczyła zaledwie chwila nieuwagi, aby jego myśli zbaczały z torów, kierując się w stronę, która nie powinna być brana pod uwagę w tym wszystkim, co się między nimi działo. Po tym, co się stało i tym, co nie mogło się stać.
A jednak...
...znowu to sobie robili. Angażując się przy tym w kolejne pozornie niezwiązane z nimi sprawy, ale robiąc z nich wspólny temat. Naprawdę łatwo było się w tym pogubić.
- Wiem, że wiesz, że mam pracę - odbił odruchowo, patrząc na Rinę z błyskiem w oku, bo co jak co, ale w tym momencie doskonale pamiętał jej słowa.
Wtedy w niego ugodziły. Sprawiły mu ból, bo nigdy nie sądził, że mogła odbierać to w ten sposób. Teraz? Poniekąd robił sobie z nich coś na kształt tarczy, nie chcąc tak po prostu przyznać, że wcale nie czuł się wyjątkowo dobrze przypominając jej o tym, że znów musiał stawiać zawodowe zobowiązania ponad to, w co naprawdę chciał się zaangażować. Usiłował odkupić choć część win, nawet jeśli jednocześnie starał się ujmować to w nieco mniej męczeński sposób. Po prostu próbował postąpić właściwie.
Tyle tylko, że nie mógł pozwolić sobie na kolejny tydzień urlopu. Nawet jeśli w istocie dysponował odpowiednią ilością dni wolnych. Miał ich w kalendarzu na tyle dużo, że w teorii mógłby to zrobić. Tyle tylko, że praktyka nie działała w ten sposób. Miał obowiązki wobec Munga, wobec prywatnych klientów, wobec zleceniodawców na Nokturnie. Nie mógł tego tak zwyczajnie zostawić i zniknąć na kilkanaście dni. Nawet w tak ważnej sprawie.
Musiał też brać pod uwagę fakt, że gdy zacznie znikać, nie będzie go dłużej niż dwanaście z dwudziestu czterech godzin. Podział nie mógł być równy. Czasami miało go nie być większą połowę dnia. Później mógł być dostępny przez cały dzień i całą noc. Tak już to wyglądało w jego przypadku. Zdecydowanie potrzebowali wsparcia jeszcze jednej osoby.
W oczach Ambroisa, cóż...
...kogoś, kto bez większego zdziwienia nie spodobał się Geraldine. Oczywiście, że nie miał się spodobać. Jednakże był chyba jedynym takim człowiekiem znanym Roisowi, którego można było zabrać na zupełne pustkowie bez nadmiernych obaw o to, co stanie się później. Aloysius być może zaprezentował się od dosyć fatalnej strony. Nie można było powiedzieć, że nie. Jednak zdecydowanie pokazał też przy tym swoją skuteczność. A to właśnie na tym im teraz zależało.
- A ja będę najczęściej jak to możliwe - dopowiedział zdecydowanym głosem, próbując utwierdzić dziewczynę w przekonaniu, że mówił całkowicie poważnie.
Ich zaufanie było w tym momencie na naprawdę dziwnym, nieokreślonym poziomie. Z jednej strony byli sojusznikami. Byli przyjaciółmi. Kolejny raz snuli plany, nie bacząc na cokolwiek poza tym, że chcieli zająć się wspólnym problemem z najmłodszym Yaxleyem. Nie patrząc na to w jaki sposób miało to odbić się na nich samych. Na tym, że choć w teorii nie było już ich przyszłości, nie powinno jej być, to słowo my w dalszym ciągu miało ten słodko-gorzki posmak. Brzmiało niepokojąco dobrze, umoszczone na języku, opuszczając usta w bardzo płynny sposób.
- Nam? - Powtórzył pytająco po Geraldine, wbrew pozorom wcale nie bezmyślnie, tylko w rzeczy samej zastanawiając się nad odpowiedzią.
Zazwyczaj całkiem nieźle wychodziło mu szacowanie prawdopodobieństwa. Przez lata, jakie spędził na robieniu naprawdę różnych interesów, z czasem wyrobił sobie naprawdę niezłe umiejętności związane z oceną sytuacji. Poza tym należało pamiętać o tym, że nie mówili teraz o byle kim. Być może od czasu Hogwartu upłynęło wiele lat, jednak fakt pozostawał faktem: znał Aloysiusa, Aloysius znał jego. Ich ostatnie interakcje dostatecznie mocno dowiodły, że pod tymi wszystkimi sporami i różnicami w poglądach nadal sobie ufali, więc odpowiedź powinna być jasna.
Przynajmniej w teorii, bowiem w praktyce w tym samym czasie dochodził tu obcy czynnik. Coś, czego nie było między nimi nigdy wcześniej. A właściwie to ktoś, kogo między nimi nie było. Co prawda, Ambroise naprawdę nie sądził, aby to była próba odegrania się za to, co on sam głosił w stosunku do Alice, jednak kolejny raz tą nieco kłopotliwą zmienną okazywała się być kobieta.
Jego kobieta. O ile bowiem był całkowicie pewien, że Loys miał bez wahania zgodzić się na wykonanie przysługi dla niego, o tyle Yaxleyówna (nie dało się tego ukryć) nie była ulubionym człowiekiem Rookwooda. Roise nie wiedział, czy jego przyjaciel kojarzył jej młodszego brata. Tak właściwie to któregokolwiek z braci. To było równie możliwe, co niemożliwe. W tym przypadku nie mógł już dokonywać popartej czymkolwiek oceny prawdopodobieństwa. Tutaj działał na czuja. W tym momencie naprędce analizując sytuację, żeby drugi raz ocenić możliwości, jakie mieli.
Wychodziło mu przy tym jedno. Dokładnie to samo, co na początku. I dobrze, bowiem nie zwykł przecież rzucać słów na wiatr. Nie zaproponowałby włączenia Fenwicka w całą sprawę, gdyby w jego ocenie nie istniała szansa na to, że ten w ogóle pójdzie na podobny plan. Nie zamierzał jednak ukrywać swoich przemyśleń. Dlatego też w tym momencie kiwnął głową, wbijając całkiem poważne spojrzenie w Geraldine i odpowiadając jej tak szczerze jak tylko był w stanie to zrobić.
- Mi pomoże - stwierdził otwarcie, nie próbując owijać czegokolwiek w bawełnę. - Nam też, ale przez wzgląd na mnie, nie na ciebie. Mamy pewność i tego, i tego - odpowiedział gładko, mając świadomość, że to nie były najbardziej dyskretnie formułowane słowa, jednak nie o to im przecież chodziło w tym momencie.
Musieli mieć jasność. Przynajmniej na tej płaszczyźnie, szczególnie gdy na wszystkich innych w dalszym ciągu cholernie się plątali i gubili. Tutaj nie było na to miejsca. Astaroth nie był byle ćpunem potrzebującym interwencji. Był wampirem o sile przewyższającej większość normalnych ludzi. Greengrass co nieco się o tym przekonał a przecież sam też nie należał do chuderlaków i sierot. To zaś sprawiało, że musieli brać pod uwagę dosłownie wszystko. Nie mogli niedoszacowywać niebezpieczeństwa czy przeszacować własnych możliwości.
- Nie musisz się zgadzać - odezwał się po chwili milczenia, przenosząc wzrok z linii drzew z powrotem na oczy dziewczyny. - Jeśli uważasz, że istnieje inna, lepsza możliwość to możemy ją rozważyć. Dla mnie to najlepsze rozwiązanie - a jednak całkiem wyjątkowo jak na niego, wcale nie zamierzał pchać swojego rozwiązania za wszelką cenę.
Najzwyczajniej w świecie nie widział innej opcji.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down