08.03.2025, 14:36 ✶
Węże. Zaskakujące, jak szybko, jeśli ich nie zdepczesz w porę, potrafią ewoluować w hydry. A może to nie były hydry, tylko skupisko żmij, na które należało zesłać ogień? Ogień trawi wszystko. Żmije również mu ulegną. Będą skwierczeć, syczeć i żałować, że śmiały podnieść wstrętny pysk na mojego syna. Na prawdziwego Prewetta.
Tak, Prewetta, z krwi i kości, bo słowo się rzekło. A moje słowo było prawem. I nikt, ani nic, nie mogło zmienić mojego rozkazu. Jeśli ktoś miał z tym problem, jeśli śmiał kwestionować, że Laurent jest czystej krwi Prewettem – to miał problem ze mną.
- Oczywiście, że o nim słyszałem. - Uniosłem szklankę, obracając ją leniwie w dłoni. - Możliwe, że jesteśmy niemal rówieśnikami, ale nie myl tego z równymi sobie. Zdaje mi się, że nie wyszedł poza Londyn. Ograniczył się do tej szemranej części miasta, nie ma nic wspólnego ze śmietanką towarzyską. Krótko mówiąc – się nie liczy. Ale w swoim małym światku uważa się za pana i władcę.
Pozwoliłem sobie na cichy, kpiący śmiech.
Dobrze, że nie próbował poszerzać swoich granic. Takie karakany powinny trzymać się rynsztoka. Mniej uciążliwa menda niż Śmierciożercy, ale i tak należało mieć na nią oko. OKO.
- Uważaj, synu. - Spojrzałem na Laurenta uważnie. - Widzę, że masz pewne informacje na temat swojego wroga. Zdobądź ich więcej. Wyprzedzaj go w tej rozgrywce.
Miałem nadzieję, że zrozumie przekaz. To była jego sprawa. Jego ruchy miały mi pokazać, czy traktować go jak dziecko, czy jak Prewetta.
- Nazwijmy to zadaniem inicjacyjnym. - Nachyliłem się lekko. - Gdybyś potrzebował wsparcia, skontaktuj się z Winstonem. Przydzieli ci ludzi. Mamy małą armię w Londynie. Nie sprawi im problemu dodatkowe zadanie.
Winston wiedział, kogo wysłać. Ludzi, którzy nie pytali i nie myśleli zbyt wiele. Tacy byli najlepsi w robocie.
Jednak nie zamierzałem pozostawić tej kwestii wyłącznie Laurentowi. Był moim synem. Moim jedynym synem. Wiele cech odziedziczył po matce - subtelność, delikatność, umiejętność oczarowywania ludzi. Doskonałe w salonach, niekoniecznie przydatne na ścieżce przemocy.
A ja nie miałem zamiaru stracić syna.
- Gdy będziesz na odpowiednim etapie, nie zawahaj się odciąć hydrze ostatniej głowy. - Spojrzałem mu w oczy. - Bo jeśli ty tego nie zrobisz, ta głowa może odciąć głowy twoim bliskim.
To nie była groźba. To była rzeczywistość.
Zamyśliłem się na moment.
- Byłem młodszy od ciebie, kiedy zawahałem się. - Powoli uniosłem szklankę. - Straciłem przyjaciela i prawie zabiłem siebie.
Patrzyłem, jak bursztynowy płyn odbija światło.
- Za Johna! - wznosząc toast, wychyliłem szklankę do dna.
Tym razem alkohol smakował goryczą.
Tak, Prewetta, z krwi i kości, bo słowo się rzekło. A moje słowo było prawem. I nikt, ani nic, nie mogło zmienić mojego rozkazu. Jeśli ktoś miał z tym problem, jeśli śmiał kwestionować, że Laurent jest czystej krwi Prewettem – to miał problem ze mną.
- Oczywiście, że o nim słyszałem. - Uniosłem szklankę, obracając ją leniwie w dłoni. - Możliwe, że jesteśmy niemal rówieśnikami, ale nie myl tego z równymi sobie. Zdaje mi się, że nie wyszedł poza Londyn. Ograniczył się do tej szemranej części miasta, nie ma nic wspólnego ze śmietanką towarzyską. Krótko mówiąc – się nie liczy. Ale w swoim małym światku uważa się za pana i władcę.
Pozwoliłem sobie na cichy, kpiący śmiech.
Dobrze, że nie próbował poszerzać swoich granic. Takie karakany powinny trzymać się rynsztoka. Mniej uciążliwa menda niż Śmierciożercy, ale i tak należało mieć na nią oko. OKO.
- Uważaj, synu. - Spojrzałem na Laurenta uważnie. - Widzę, że masz pewne informacje na temat swojego wroga. Zdobądź ich więcej. Wyprzedzaj go w tej rozgrywce.
Miałem nadzieję, że zrozumie przekaz. To była jego sprawa. Jego ruchy miały mi pokazać, czy traktować go jak dziecko, czy jak Prewetta.
- Nazwijmy to zadaniem inicjacyjnym. - Nachyliłem się lekko. - Gdybyś potrzebował wsparcia, skontaktuj się z Winstonem. Przydzieli ci ludzi. Mamy małą armię w Londynie. Nie sprawi im problemu dodatkowe zadanie.
Winston wiedział, kogo wysłać. Ludzi, którzy nie pytali i nie myśleli zbyt wiele. Tacy byli najlepsi w robocie.
Jednak nie zamierzałem pozostawić tej kwestii wyłącznie Laurentowi. Był moim synem. Moim jedynym synem. Wiele cech odziedziczył po matce - subtelność, delikatność, umiejętność oczarowywania ludzi. Doskonałe w salonach, niekoniecznie przydatne na ścieżce przemocy.
A ja nie miałem zamiaru stracić syna.
- Gdy będziesz na odpowiednim etapie, nie zawahaj się odciąć hydrze ostatniej głowy. - Spojrzałem mu w oczy. - Bo jeśli ty tego nie zrobisz, ta głowa może odciąć głowy twoim bliskim.
To nie była groźba. To była rzeczywistość.
Zamyśliłem się na moment.
- Byłem młodszy od ciebie, kiedy zawahałem się. - Powoli uniosłem szklankę. - Straciłem przyjaciela i prawie zabiłem siebie.
Patrzyłem, jak bursztynowy płyn odbija światło.
- Za Johna! - wznosząc toast, wychyliłem szklankę do dna.
Tym razem alkohol smakował goryczą.