08.03.2025, 22:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 21:30 przez Millie Moody.)
Moody była osobą, która nosiła w sercu ogrom sprzeczności. Pragnęła miłości i uwielbienia, jeśli jednak tylko ktokolwiek jej je okazał, stawało się coś dziwnego. Za sprawą wewnętrznego magnesu, jej oczy stawały się chłodne i pełne pogardy, co znalazło odbicie w błękicie ześlizgującym się po twarzy Baldwina, w kształtnych wargach pogardliwie wygiętych, jakby wyszła wprost z prawego czystokrwistego łona. Jakby całe życie patrzyła na ludzi z góry. Nie było w tym miłości. Kalkulacja, chłodne zaciekawienie, sytuacja sycąca niepewne siebie narcystyczne ego. Moody była osobą, która pragnęła dobra dla innych, ale były takie momenty kiedy zadufane w sobie paniczyki budziły w niej najgorsze instynkty. Tak jak teraz, tak jak tutaj, na podłodze Eurydyki.
Lubiła Baldwina, ale to obecnie nie miało nic do rzeczy.
Jej wyraz twarzy nie zmienił się ani o trochę, gdy zaczął mówić. Czarne źrenice przesunęły się na usta wyrzucające z siebie zakazane wyznania. Nie zamierzała nic mówić, wiedząc, że najdrobniejsze słowo zakłóci zaklęcie, gwałtowny ruch mógłby rozsupłać obraz, rozmazać go, rozpuścić w niwecz słodką, popierdoloną zemstę za brak szacunku do jej cierpienia.
Wyciągnęła dwa kościste palce i niespiesznie z rozmysłem ściągnęła odrobinę czerwieni. Krew Louviana była pod tym względem o wiele ładniejsza, jej smak uzależniający, w tym cichym kanibalistycznym preludium spaczenia. Nie ważne. Biel czoła czekało jak płótno na znak, który chciała wtłoczyć w jego głowę. Na pędzle jej opuszków. Farbę jego krwi.
Thurisaz. Pionowa kreska i kościsty brzuszek imitujący w myśl twórców run stare dobre D. Wojna i pokój. Agresja i obrona. Konflikt i wzniesienie ku inspiracji. Płomień oczyszczający z toksyki. Kącik ust uniósł się w tryumfalnym, wysyconym głodem uśmiechu, gdy oba wciąż czerwone od malfoyowej krwi palce popłynęły między wargi brudząc jego sakrum brudem, karmiąc siebie miłością, która nie była w żadnej mierze dla niej. Na moment, na chwilę, na scenie teatru życia. Znów. Poczuć się chcianą tak bardzo, że niemal czuła szczątkami empatii ból jego serca z niemożności sięgnięcia po drobne ciało.
Lubiła Baldwina, ale to obecnie nie miało nic do rzeczy.
Jej wyraz twarzy nie zmienił się ani o trochę, gdy zaczął mówić. Czarne źrenice przesunęły się na usta wyrzucające z siebie zakazane wyznania. Nie zamierzała nic mówić, wiedząc, że najdrobniejsze słowo zakłóci zaklęcie, gwałtowny ruch mógłby rozsupłać obraz, rozmazać go, rozpuścić w niwecz słodką, popierdoloną zemstę za brak szacunku do jej cierpienia.
Wyciągnęła dwa kościste palce i niespiesznie z rozmysłem ściągnęła odrobinę czerwieni. Krew Louviana była pod tym względem o wiele ładniejsza, jej smak uzależniający, w tym cichym kanibalistycznym preludium spaczenia. Nie ważne. Biel czoła czekało jak płótno na znak, który chciała wtłoczyć w jego głowę. Na pędzle jej opuszków. Farbę jego krwi.
Thurisaz. Pionowa kreska i kościsty brzuszek imitujący w myśl twórców run stare dobre D. Wojna i pokój. Agresja i obrona. Konflikt i wzniesienie ku inspiracji. Płomień oczyszczający z toksyki. Kącik ust uniósł się w tryumfalnym, wysyconym głodem uśmiechu, gdy oba wciąż czerwone od malfoyowej krwi palce popłynęły między wargi brudząc jego sakrum brudem, karmiąc siebie miłością, która nie była w żadnej mierze dla niej. Na moment, na chwilę, na scenie teatru życia. Znów. Poczuć się chcianą tak bardzo, że niemal czuła szczątkami empatii ból jego serca z niemożności sięgnięcia po drobne ciało.