08.03.2025, 22:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2025, 01:11 przez Elias Bletchley.)
| Wyobraźnia była kapryśną kochanką. Ilekroć zaczynała igrać z ludzkimi myślami, tworzyła niespodzianki, które potrafiły wytrącić z równowagi nawet najbardziej opanowane jednostki. To właśnie wyobraźnia nadawała barw ludzkim lękom, snom i wszelkim ideom, sprawiając, że życie stawało się jednocześnie piękniejsze i bardziej zagmatwane. Eliasowi w tej chwili nie zależało na niczym innym jak tylko wyciszeniu swoich wybujałych fantazji. A wystarczyło sobie dzisiaj odpuścić i po prostu pójść po pracy prosto do domu. Tylko ja potrafię wpaść w takie bagno i tego nie zauważyć, pomyślał bezwiednie czarodziej, powłócząc nietęgim spojrzenie po krzywym stoliku zapełnionym kuflami z piwem, popielniczkami, miseczkami z wątpliwej jakości przekąski oraz, a jakże, kartami do gry. Zmory, którą miał nadzieję obrócić kiedyś w swoje zbawienie. Z naciskiem na kiedyś, bo dzisiaj te przeklęte świstki papieru przypominały raczej sznur, który w tym rozdaniu ostatecznie zamienił się w pętle. — Wygląda na to, że macie dzisiaj szczęście, panowie — mruknął do trójki mężczyzn, podnosząc przy tym nieco głos. Poczuł na sobie spojrzenie innych gości lokalu, jednak nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem. Zamiast tego wędrował wzrokiem po wyłożonych przez resztę graczy kartach. — A żeby was kurwa szlag jasny trafił! I błotoryje jebały wasze matki, dokończył bezgłośnie, zachowując ten komentarz dla siebie. Trzasnął z impetem o stół swoim zestawem kart. Najgorszy układ z możliwych. Całkiem spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że zwycięskich rozdań było w tej grze całkiem sporo. Ugh, ile by dał, żeby w tej chwili móc zrzucić na kogoś winę za swoją przegraną. Na krupiera. Na kasyno. Na oszustów. Ale tutaj nie było co oszukiwać; grali jego talią kart i regularnie każdy z nich tasował karty. Mógł winić tylko i wyłącznie siebie. I swoją chciwość. A ta była w nim na tyle głęboko zakorzeniona, że ciężko było ją odseparować od całej reszty jego osoby. Westchnął przeciągle i sięgnął do kieszeni z nadzieją na znalezienie tam jeszcze paru sykli. A nóż widelec los się w końcu odwróci, Matka do niego uśmiechnie i wróci do domu z wypchanymi kieszeniami? To by w końcu zamknęło paru osobom usta. Na przykład Prudence. Ugh, ile on musiał słuchać o tym, jak to powinien być bardziej rozważny i przestać szastać pieniędzmi, kiedy tylko ktoś proponował mu partyjkę. Nagle w lokalu rozległ się krzyk. Przeraźliwy, paniczny, desperacki. A potem huk, jakby jakiś debil wysadził w powietrze ścianę sąsiedniego budynku. — Na tym... Na tym chyba skończymy — rzucił niepewnie, zerkając nieufnie w stronę drzwi, przy których zaczęli zbiegać się gapie - i przez które zaraz wybiegł jakiś młokos, wpuszczając do środka ostry zapach dymu. Niestety, nie był to dym papierosowy. Ten był bardziej duszący i ostry, jakby już przy pierwszym kontakcie chciał, żeby ludziom łzy stanęły w oczach. Jakby coś się paliło na zewnątrz. Teraz to już pewne, że jakiś idiota bawił się bombardą albo nie wycelował magicznym fajerwerkiem, pomyślał Elias, odsuwając się od stołu i kierując się na zewnątrz. Chwilę w później wpadł na młodego chłopaka, który wcześniej opuścił lokal. Stał jak wryty. A Bletchley wcale mu się nie dziwił. Horyzontalna dosłownie stała w ogniu. Mężczyzna przełknął głośno ślinę, czując, jak gardło zaczyna mu się zaciskać. Wodził wzrokiem po fasadach budynków naprzeciwko. Płonące dachy, osmolone ściany, zbite okna. Ogień plujący płomieniami na wszystkie strony, atakujący sąsiednie struktury i próbując wymierzyć dramatyczne ciosy chmurom zbierających się nad miastem. — J-ja pierdole — wyrzucił z siebie Elias, wymijając chłopaka i zatrzymując się niecałe dwa kroki dalej. — Co tu się... To było piekło. Piekło na ziemi. A pętla, którą nałożył sobie na szyję podczas gry, nawet teraz zdawała się zaciskać, chociaż stolik zostawił daleko w tyle. Z szoku nie wyrwały go rozdzierające powietrze fale krzyków i okrzyków. Bólu, wzywania pomocy. Bliżej niezidentyfikowanych dźwięków, które zwiastowały cierpienie. Czy to ze strony żywiołu, czy też innej siły, która postanowiła zaatakować Londyn. |