Dla niej słowa Laurenta były właśnie tym: zasłoną. Nie uwierzyła w nie, gdy nagle stał się taki spolegliwy, zbyt dużo było w tym kontrastu, było zbyt nagłe, zbyt… pozbawione emocji, które ona teraz chłonęła i jednocześnie, naciśnieta, oddawała jak gąbka. To właśnie ten bodziec, ta nagła zmiana w Prewettcie sprawiła, że osiągnęła swój limit i nastąpiło apogeum, a jej maska, która dzisiaj trzymała się jedynie na ślinę i słowo honoru, opadła, zostawiając ją nagą w obliczu emocji, które można było zeń czytać. Nie trzeba było nawet sięgać po zdolność aurowidzenia, by zobaczyć ten smutek, który musiał przykrywać jej podstawową aurę; była jak to światełko wrzucone do wody, żółty otoczony niebieskim smutkiem. To nie tak, że znała Laurenta od tej strony, a jednak… lata radzenia sobie z własną matką, siostrami, kuzynostwem, obserwacja ludzkich zachowań i szczypta obserwacji wystarczyła, żeby wysnuć wnioski. W szkole selkie potrafił nieźle zaczarować i manipulować, miedzy innymi dlatego za nim nie przepadała w tamtych latach, a teraz… Nie stosował na niej tych taktyk, odkąd się ze sobą zadawali, aż do teraz.
Głośniej nabrała powietrza, próbując powstrzymać ten płacz, zatrzymać łzy, które cisnęły jej się do oczu, i teraz spływały po policzkach, skryte w jej dłoniach. Przylgnęła do Laurenta i jego dotyku, jakby to miało jakoś pomóc na ten ból, który ściskał właśnie klatkę piersiową, ale jeśli pomagało, to minimalnie. Nie otrząsnęła się z dotyku Atreusa, tylko znowu spróbowała nabrać powietrza, łapczywie, kilka razy, nim, udało jej się znaleźć słowa.
– Wezwali mnie do biura, żeby… – urwała i znowu nabrała powietrza, usilnie próbując powstrzymać te łzy, teraz gdy odsunęła dłonie od twarzy. Dopiero teraz było w pełni widać jej zmęczenie, a ten alkohol w kawie… to na pewno nie pomogło. – Żeby mi powiedzieć, że- – to tłumaczyło, czemu była w pełnym mundurze… bo wezwana, myślała, że chodzi o coś zupełnie innego. Nawet nie podejrzewała, że to po to, by jej powiedzieć, że jej partner zmarł. – To się stało wczoraj. Znalazła go matka – i tłumaczyło, dlaczego Caina wczorajszego dnia nie było w pracy. – Cain to był… to był mój partner – zadarła nieco głowę, by spojrzeć na Laurenta, wyjaśnić mu, pomiędzy płytkimi oddechami to, co wydawało jej się teraz takie istotne do przekazania. – Nie kłam, proszę- I nie odsuwaj nas, widzę co robisz – Victoria pociągnęła nosem, a potem, zadziwiająco elegancko jak na sytuację, wytarła sobie oczy i policzki dłońmi, choć nie na wiele się to zdało, bo zaraz oczy znowu jej się zaszkliły. – Czuje, że zamierzasz zrobić- coś bardzo głupiego, więc… cokolwiek to jest… nie rób – przecież chcieli mu pomóc, ale to nie mogło być tak na już, teraz-zaraz. To nie mogło być cos, co należy robić szybko i pochopnie. – Daj nam czas – jej spojrzenie, prócz tego, że szkliste przez łzy, było też błagalne.