09.03.2025, 12:15 ✶
Pomimo tego, że jej rodzina czasem miała zwyczaj wchodzenia w tryb gadania absolutnych głupot, Alice przepadała za spędzaniem z nimi czasu. Słuchała obecnie ich rozmowy, popijając kawę i jedząc przygotowane wspólnie śniadanie. To był spokojny moment, który uświadczał człowieka w tym bezpiecznym przekonaniu, że wszystko, absolutnie wszystko, było w porządku. Może była to cisza przed burzą? Panowały przecież dziwaczne czasy. Alice starała się w jakiś sposób wypierać tę wiedzę, robić to, co robiła normalnie. No właśnie - normalność. Takie chwile idealnie ją reprezentowały. Przestawała się przy nich przejmować widzianymi przez siebie plakatami porozwieszanymi w Londynie, które głosiły hasła typu "precz z brudnokrwistymi".
Wkrótce jej rodzina miała pójść do pracy. Alice, ze swoimi wieczornymi próbami, zamierzała spędzić jedną część dnia w ogródku, a drugą, siedząc przy biurku i pisząc swoją powieść. Dopiero zaczynała, ale plany na fabułę zdążyła sporządzić już w całości. Miała je zapisane w notesie schowanym razem z maszynopisami w jej szufladzie. Zamykała ją na mały kluczyk, który trzymała zawsze przy sobie, zawieszony na łańcuszku srebrnej bransoletki. Wszystkim mówiła, że była to zwykła ozdoba. Że ten klucz niczego nie otwierał.
– Nie wiem, czy jako rodzina, nadajemy się na konglomerat przestępczy, Hesiu – zaśmiała się, spoglądając na siostrę.
Nie potrafiła powiedzieć, kiedy ta stała się dorosła. Przecież Alice pamiętała czasy, kiedy jej siostrzyczka malowała kredkami po ścianach i uparcie namawiała ją na zabawę w brygadzistów i złodziei. A teraz? Hestia sama łapała przestępców, i to nie wymyślonych. Mimo to, nadal przypominała tą samą małą dziewczynkę, którą kiedyś była. Wbrew pozorom, przecież, ludzie nie zmieniali się z biegiem lat tak bardzo. Uśmiech Hesi był zawsze taki sam. Tak samo, jak czułe spojrzenie mamy i ton głosu taty.
Alice nie chciała, żeby to zmieniali. Wiedziała, że jak przestaną tak żyć, utracą sami siebie. To, co czyniło ich wyjątkowymi, czyniło ich nimi.
Wkrótce jej rodzina miała pójść do pracy. Alice, ze swoimi wieczornymi próbami, zamierzała spędzić jedną część dnia w ogródku, a drugą, siedząc przy biurku i pisząc swoją powieść. Dopiero zaczynała, ale plany na fabułę zdążyła sporządzić już w całości. Miała je zapisane w notesie schowanym razem z maszynopisami w jej szufladzie. Zamykała ją na mały kluczyk, który trzymała zawsze przy sobie, zawieszony na łańcuszku srebrnej bransoletki. Wszystkim mówiła, że była to zwykła ozdoba. Że ten klucz niczego nie otwierał.
– Nie wiem, czy jako rodzina, nadajemy się na konglomerat przestępczy, Hesiu – zaśmiała się, spoglądając na siostrę.
Nie potrafiła powiedzieć, kiedy ta stała się dorosła. Przecież Alice pamiętała czasy, kiedy jej siostrzyczka malowała kredkami po ścianach i uparcie namawiała ją na zabawę w brygadzistów i złodziei. A teraz? Hestia sama łapała przestępców, i to nie wymyślonych. Mimo to, nadal przypominała tą samą małą dziewczynkę, którą kiedyś była. Wbrew pozorom, przecież, ludzie nie zmieniali się z biegiem lat tak bardzo. Uśmiech Hesi był zawsze taki sam. Tak samo, jak czułe spojrzenie mamy i ton głosu taty.
Alice nie chciała, żeby to zmieniali. Wiedziała, że jak przestaną tak żyć, utracą sami siebie. To, co czyniło ich wyjątkowymi, czyniło ich nimi.