Spuściła wzrok i wbiła go gdzieś w przestrzeń. W mały ogródek Laurenta, w kwiaty, które tutaj rosły. Jej ramiona były opuszczone, w tej przegranej pozycji kogoś, kto nie był zupełnie mentalnie przygotowany na wieści, jakie dostawał odkąd tylko wstawało słońce. Wiatr lekko przeczesał łodygi i płatki kwiatów, a Lestrange wzięła bardzo głęboki oddech, najwyraźniej chcąc sobie zrekompensować te płytkie i łapczywe, które łapała jeszcze chwilę temu. Jakie to ironiczne – uderzyła ją myśl, że gdy ostatnio płakała… to też była tutaj. Dzień po tym, jak Sauriel próbował popełnić samobójstwo, a ona musiała być twarda i silna, aż wróciła do siebie i się rozsypała. Zupełnie jakby to miejsce gdzieś w podświadomości było tym bezpiecznym, gdzie może być sobą… albo to tylko przypadek, zwykły pech, że się tutaj rozklejała jak stare buty. Wiedziała doskonale, że potrzebowała odpocząć. Że powinna wrócić do domu i wlać sobie do gardła całą fiolkę eliksiru nasennego i pozwolić sobie odpocząć… Była na nogach w tym momencie od ponad 24 godzin, i chociaż nie było to dla niej nic nadzwyczajnego, to organizm zwyczajnie domagał się odpoczynku, zwłaszcza po tym całym rollercoasterze emocji, głównie tych negatywnych. Najpierw listy Laurenta o tym, że spłonęło New Forest, że jest źle – i myślała o tym całą noc, gdy rzucała się w pościeli, aż w końcu po prostu poszła popracować nad eliksirami. A potem to wezwanie, wiadomość łamiąca serce, przyjście tutaj, papierosy, alkohol, kolejne rewelacje, późniejsze poczucie, że Laurent ich zbywa swoimi gadkami, przeprosinami, że zabrał im czas… Brązowooka zacisnęła obie dłonie w pięści na swoich udach, a potem dość głośno wypuściła powietrze przez usta.
Nie chciała w żadnej mierze umniejszać tutaj sprawie Laurenta – bo to było ważne. Było cholernie ważne, ale w takim stanie, w takim nastroju… co ona mogła mądrego wymyślić, prócz tego, że powinna się ekspresem zapakować do łóżka, a miała jeszcze dzisiaj służbę? Musiała się wziąć w garść, musiała… chociaż kilka godzin… A na jutro wziąć wolne. Cały dzień. Może… może powinna zabrać gdzieś młodziutką Liv? Odciągnąć myśli.
Wiedziała, że Atreus kumpluje się z Cainem, że to dla niego też na pewno nie będzie proste. Że chwila minie, zanim z pełną mocą dotrze do niego to, co powiedziała – tak jak i do niej docierało to w zwolnionym tempie. Tak, obcowali ze śmiercią na co dzień, doskonale wiedzieli, jakie jest ryzyko i przy tym… śmierć kogoś bliskiego, młodego, z tego najbliższego otoczenia, to nigdy nie było coś, na co byłeś gotowy. Victoria nie była. A słowa Atreusa świadczyły o tym, że i on nie był… Lekko kiwnęła głową do Bulstrode’a.
– Ogarnę się – to nawet nie była obietnica, a ledwie stwierdzenie faktu. – Muszę odpocząć, nie spałam… – to nawet nie były pełne zdania w jej stylu, tylko jakieś urwane kawałki, z których w zasadzie łatwo było poskładać sobie cały obraz. – Wezmę Divę, jeśli to nadal aktualne – bo nie zapomniała tego, że proponowała mu pomoc, a prawda była taka, że jak już miała dwa koty w domu, to trzeci robił zerową różnicę. – Atreus… Wybacz, że w taki sposób… – przeniosła to zmęczone spojrzenie na aurora, bo było tysiąc lepszych sposobów, by przekazać komuś wieści o śmierci przyjaciela. Było też tysiąc znacznie gorszych.