10.03.2025, 00:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:50 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
08.09.1972, poranek, mieszkanie Geraldine
Wrócili do domu, który w istocie nie był już domem, nie jego, jednak w tym momencie, gdyby tylko sobie na to pozwolił prawdopodobnie mogłoby się zdawać inaczej. W końcu wracali tu po spacerze ze zwierzętami, niosąc zakupy na śniadanie i wczesny obiad. Wpuszczając psy do środka, żeby mogły pognać przed siebie do misek z wodą i kierując kroki za nimi do kuchni. Prowadząc względnie lekką rozmowę o wszystkim i o niczym. Zachowując się całkiem naturalnie.
Jak na przyjaciół przystało, prawda?
Nie trzymali się za rękę, nie szli pod ramię, nawet się nie dotykali. Byli dla siebie uprzejmi, wprost niezmiernie grzeczni, ale nic więcej. Nie dało się ukryć, że całkowicie świadomie stronili od przekraczania nagle narzuconych sobie granic. Tych, o których ponownie nawet nie raczyli porozmawiać. Po prostu wepchnęli się w kolejne ramy, odbierając sobie część tego, co w pewnym momencie zaczęło ponownie się między nimi pojawiać.
Teraz znowu zachowywali się ze wszech miar poprawnie. I tak miało pozostać, prawda? Tak miało być lepiej.
- W porządku - odezwał się, wykładając ostatnie zakupy na blat i przenosząc wzrok na Geraldine.
Nie odkładał nic na docelowe miejsce, nie czując takiej potrzeby, skoro za dwie czy trzy godziny miał wrócić do kuchni, przygotowując obiecane śniadanie. Schował jedynie mięso, żeby nie popsuło się w cieple pomieszczenia. Cała reszta nie wymagała tego, by od razu umieszczać ją tam, gdzie miała trafić po przygotowaniu jedzenia.
Zresztą nie miał pojęcia, czy to zadanie należało do niego. Nie dało się ukryć, że od czasów, kiedy rządził w kuchni, pomieszczenie zdążyło przejść raczej gwałtowne zmiany. Lekko powiedziane. Już na pierwszy rzut oka był w stanie stwierdzić, że przez jego królestwo musiało kiedyś przejść tornado, bo jak inaczej dałoby się wyjaśnić to, że nic nie stało na swoim miejscu? Starannie ustalonym, praktycznym, doskonale zaaranżowanym. Wypracowanym przez lata nabywania praktyki w zajmowaniu się tą częścią obowiązków domowych.
Był na tyle przezorny, aby w sklepie zaopatrzyć się we wszystko, czego tylko mógł potrzebować do raczej stosunkowo prostego posiłku. Takiego, który łączył życzenie ze strony Riny z tym, na co pozwalała mu klauzula sumienia. Wolał pozostawić Yaxleyównie podwójny zapas składników i przypraw aniżeli później psioczyć na braki albo myśleć o zamiennikach. Tym bardziej, że spodziewał się, że w kuchni kogoś, kto nie gotował i kogoś, kto gustował w dużo bardziej płynnych pokarmach nie miało być zbyt wielu rzeczy. A jednak...
...cóż. Jego wstępne przewidywania na temat stanu faktycznego były jednocześnie niedoszacowaniem i przeszacowaniem. Wystarczyło rozejrzeć się po pomieszczeniu, do którego weszli zaraz po powrocie do domu, żeby dostrzec, co tak właściwie się w nim odjebało. A przezornie dla siebie jeszcze nie zaczął przeglądać zawartości szafek, żeby nie podkurwić się przed snem. Chwilowo dostrzegł jedynie to, co znajdowało się na zewnątrz. I nie był to widok, który by go ukontentował.
Starał się nie robić kwaśnej miny. W końcu nie było to już jego mieszkanie. Pamiętał o tym aż za dobrze. Miał tego pełną świadomość. Minęło półtora roku, odkąd nazywał je swoim. A jednak przecież spędził niemal dekadę. Bywał tu jeszcze zanim postanowili ze sobą zamieszkać. Wprowadzał swoje porządki na długo nim postanowili przestać udawać, że są w stanie być dla siebie po prostu platonicznymi najlepszymi przyjaciółmi. Miał tu swój porządek, swój system. Zostawił tu swoje wymuskane przybory kuchenne, patelnie, garnki. Kolekcję przypraw uzupełnianą podczas wakacyjnych wyjazdów: teraz znacząco zredukowaną, poprzesypywaną do słoiczków na przetwory i uzupełnioną o takie potworności jak gotowy zmielony pieprz (obrzydlistwo zawierające również wszystko, co pieprzem nie było). Zioła na parapecie, które częściowo przeżyły, częściowo przesadnie wybujały, po części zdechły...
...reszty w tym momencie chyba naprawdę nie chciał widzieć. W końcu zamierzali spróbować przespać się po długiej nocy a nerwy temu nie sprzyjały. Był na tyle zmęczony po dosyć wyczerpującym porannym spacerze wpierw po psy, później z nimi po parku, następnie z powrotem do domu, że jeszcze pięć minut temu nie myślał o niczym innym jak łóżku. Zrobili co najmniej kilka, jeśli nie niemal kilkanaście kilometrów. Nadal było stosunkowo wcześnie, ale ich śniadanie pewnie mieli zakwalifikować już jako obiad.
Teraz otrzeźwiał. Obracając się do Yaxleyówny, naprawdę starał się nie dać po sobie poznać jak bardzo poruszył go widok tego, w jaki sposób wyglądało jego miejsce w już nie ich wspólnym mieszkaniu, ale bez wątpienia nie wyglądał na oazę spokoju. Tym bardziej, gdy na haczyku na ścianie za jej plecami dostrzegł swój naprawdę drogi rzemieślniczy nóż do ziół. Momentalnie rozszerzając powieki i zaciskając wargi, gdy dostrzegł to, co się z nim stało.
- Kto? - Wyburczał tylko, tym razem mrużąc wcześniej rozszerzone powieki.
Potrzebował wiedzieć, kogo powinien winić za to, co stało się z tak wymuskanym, jakże praktycznym miejscem. Kto powiesił jakieś absurdalnie falbaniaste, koronkowe firaneczki (zbieracze kurzu) w oknach. Kto porozkładał wykrochmalone na sztywno serwetki na sprzętach kuchennych. Kto poprzesadzał zioła bezpośrednio w osłonki zamiast wsadzić je w nie w doniczkach z właściwym drenażem. Triss wiedziała, by tego nie robić. Ba, Triss aprobowała jego układ (nie, żeby brał pod uwagę jej zdanie; o dziwo jednak skorzystał z paru podpowiedzi). Triss nie zdradziłaby go w ten sposób.
Więc kto...
Kto naruszył integralność perfekcyjnej kuchni?
I kto do kurwy nędzy ewidentnie ciął mięso z kością przy pomocy jego siekacza do ziół...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down