10.03.2025, 04:11 ✶
- Ależ tak. Nie wątpię, że potrafisz taka być - przyznał bez najmniejszego wahania, posyłając dziewczynie lekko niepoważne spojrzenie.
Tak. Kreatywności zdecydowanie nie można było odmówić Norze. W innym wypadku zresztą nie byłaby tu, gdzie była w tym momencie, prawda? Może nie dosłownie tu i teraz, ale na tym etapie życia. Kariery, prężnie rozwijającego się biznesu i tak dalej. Bez wątpienia była pomysłowa.
Tyle tylko, że on potrafił być równie uparty i unikowy, zgrabnie dystansując się od wszystkich prób wpłynięcia na niego, jeśli nie chciał czegoś robić. To też wiedziała, prawda? Kto jak kto, ale ona na pewno. Znali się zbyt długo, żeby mogła być nieświadoma tych aspektów jego charakteru. Kreatywna bądź też nie, jeśli nie chciałby jej ulec to by jej nie uległ. Po prostu. Koniec. Kropka.
- Bez przesady - odparł, zdecydowanie gotów bez większych oporów rozjaśnić sytuację.
W końcu nie mogła być aż tak ostra i krytyczna wobec ludzi jego pokroju, prawda? Nie, gdy mieli znacznie więcej zajęć, pełniąc nie tylko funkcję ozdoby magicznego świata, ale także choćby rolę dyktatorską zarządczą. Zajmując te wszystkie odpowiedzialne stanowiska głów rodów, które poza leżeniem i pachnieniem, jeszcze żarły i warczały na służbę, terroryzując skrzaty domowe. To też było wyjątkowo istotne, niezwykle absorbujące zajęcie. Niektórym możnym zajmujące większą część dnia.
- Nie zapominaj o wydawaniu poleceń. To ciężka praca. Wyczerpująca dla mięśni twarzy i strun głosowych - a jednak, gdy to mówił nie drgnął mu nawet najdrobniejszy mięsień. - Można doznać odleżyn albo wręcz przeciwnie: zakwasów, albo nawet kontuzji palca wskazującego - stwierdził, uderzając językiem o podniebienie.
Nie mrugnął, nie poruszył kącikami ust, starając się zachować poważny wyraz twarzy i nie zatrząść ramionami w próbie stłumienia rozbawienia. W istocie dostałby pierdolca, gdyby tak wyglądało jego życie. Nie prędzej czy później, praktycznie od razu. Nie miał co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. Wychowanie wychowaniem, jednak nawet przy tym, co wpajano mu od dziecka (propagując ruch, ale głównie wokół majątku, szklarni i tak dalej), nigdy nie był skory do siedzenia na dupie w jednym miejscu.
To zwyczajnie nie było w jego stylu, dlatego nawet nigdy nie rozważał opcji zajmowania się tymi wszystkimi niezwykle oficjalnymi zajęciami. Nie chciał tego. Nie próbował wchodzić w rolę dziedzica rodu, wiązać się na stałe z pozycją zarządczą w rodzinnym biznesie. To nie było coś, w czym mógłby się spełniać. Tak samo sprawa miała się z majątkiem w Dolinie Godryka, w którym być może mieszkał, ale nigdy nie czuł się w stu procentach u siebie. Przynajmniej nie w głównym budynku, mimo że w dalszym ciągu miał tam część swoich prywatnych pokojów.
Nie chciał być przyszłą głową rodu.
Wręcz przeciwnie. Byłaby to dla niego na tyle duża męczarnia, praktycznie katorga i mordęga, że od samego początku stawiał sprawę jasno. Jeśli Roo czuła się urodzona do roli dziedziczki, potrafiła wejść w nią do tego stopnia, by nie odczuwać praktycznie żadnych minusów związanych z przyjmowaniem na siebie sterty formalnych obowiązków...
...nie zamierzał jej w tym w żaden sposób przeszkadzać. Zamiast tego planując stopniowo coraz bardziej oddawać jej szczątkową władzę, którą miał w związku z pełnieniem funkcji najstarszego mężczyzny z głównej linii rodu pod nieobecność ojca. Przekazywać wszystko to, co instynktownie na siebie wziął albo co po prostu spadło na niego w związku z częstymi wyjazdami Thomasa.
Było tego wyjątkowo dużo, znacznie więcej niż dało się dostrzec czy odczuć z zewnątrz (leżenie i machanie palcem było hiperbolą, przesadą) nie siedząc w tym na co dzień, ale nie wątpił, że jego siostra miała sobie z tym poradzić. W końcu od zawsze nosiła się jak prawdziwa dziedziczka. Miała właściwe podejście, prezentowała odpowiedni poziom.
On zaś mimo wszystko nie zamierzał rzucać jej od razu na głęboką wodę, przerzucając na nią cały przekrój tego, czym zajmował się w imieniu ojca. Zresztą nie było takiej potrzeby, skoro Thomas w dalszym ciągu żył i miał się wyjątkowo dobrze. Bez wątpienia to był jednak odpowiedni moment, żeby zacząć określać przyszły zakres obowiązków. Dzielić się nimi w taki sposób, aby w przyszłości wszystko było jasne.
Tym bardziej, że z tygodnia na tydzień wcale nie wyglądało na to, aby te nieszczęsne zaręczyny miały zostać zerwane. To zaś oznaczało, że jego siostra miała stanąć przed koniecznością zajmowania się sprawami dwóch rodów na raz. Lepiej było, by przygotowała się na jednej płaszczyźnie przed przejęciem drugiej.
I nie. W kwestii związku Roo, Ambroise w żadnym razie nie zaczął przyzwyczajać się do tego stanu rzeczy. W dalszym ciągu był wyjątkowo ostry w wydawanych osądach. Nie popierał tego związku. Nie lubił Borginów, nie miał ich polubić. Wyrażał nie tylko wątpliwości, lecz wręcz otwarte obawy wobec tego, w jaki sposób zachowywali się ludzie tego pokroju. W końcu sam był jednym z nich. Nie, nie uważał się za dobrego człowieka. Na tej samej zasadzie nie sądził, aby narzeczony siostry nim był. Mogli nie znać się zbyt dobrze, jednak swój jest w stanie rozpoznać swego, prawda?
Szósty zmysł, przeczucie, nadmierna opiekuńczość, raczej nie paranoja, choć może? Dało się to różnie określić - to z pewnością, ale liczyło się przede wszystkim to, że Ambroise wierzył swojemu nosowi do ludzi. Ten zazwyczaj go nie mylił.
Na przykład w przypadku Nory, która nie, zdecydowanie nie...
...niemal parsknął, gdy tylko zadała mu to pytanie. Stłumił reakcję, kręcąc głową. Rzeczywiście. Nie było takiej możliwości. Eleonora raczej nikogo by się nie wstydziła.
Szkoda tylko, że nie zawsze mogło to działać w obie strony, czyż nie? Dobrze, że oboje o tym wiedzieli. Mogli być ze sobą blisko, przyjaźnić się, traktować się wzajemnie niczym rodziną, ale w istocie była między nimi niewidoczna ściana. Chcąc nie chcąc, pochodzili z innych środowisk. Jego podejście w stosunku do Figgówny było wyjątkowo luźne i mało konserwatywne, ale nigdy nie ukrywał tego, kim w istocie był od...
...tak naprawdę od zawsze. Na zawsze. Miał swoje poglądy i zasady. Nie zmienił ich i nie zamierzał zmieniać. Nie było sensu dyskutować z nim na ten temat. Nie istniały praktycznie żadne szanse na to, aby przyjął inną narrację w tej kwestii. Przynajmniej nie w tym życiu, prawdopodobnie w żadnym innym też nie.
Nie zamierzał kulturalnie zaprzeczać słowom Nory. Mówić, że zdecydowanie zasługiwała na to, by móc być szczęśliwą z każdym, z kim tylko pragnęłaby związać swoje życie. Niezależnie od statusu społecznego czy czystości krwi. Nie próbował mówić, że w przyszłości coś takiego pewnie będzie możliwe i tak dalej, i tak dalej. Nie tylko nie lubił pierdolić w ten sposób, co po prostu sam nie wierzyłby we własne słowa.
Ba, być może to było brutalne, bo w istocie chciał, aby jedna z jego najbliższych przyjaciółek ułożyła sobie życie. Tyle tylko, że nie w ten sposób. Nie poprzez mieszanie się w coś, czego nie mogłaby udźwignąć, bo momentalnie zostałaby pożarta przez blisko znane mu grono możnych i władczych. W rzeczywistości miała rację: jej miejsce było zupełnie gdzieś indziej. To nie była obelga, to była po prostu prawda. Brutalna, ale szczera. Najczystsza.
W obecnych realiach coś takiego oznaczałoby raczej prostą drogę na dno. Dla obu zamieszanych osób. Wykluczenie społeczne, prawdopodobnie nic tak parszywego jak w przypadku związku pomiędzy czarodziejem czystej krwi a mugolaczką, którą Eleonora całe szczęście nie była, ale to też nie byłoby mile widziane.
Prawdę mówiąc, Roisowi parokrotnie zdarzyło się myśleć o tej kwestii w kontekście tego, kim był ojciec Mabel. Czy nie chodziło o analogiczną sytuację do tej, którą teraz wykluczali. O związek z kimś, kto nie zamierzał tracić statusu na rzecz półkrewki. Zamiast tego wolał przezornie spierdolić z obrazka zanim cała sprawa zdążyła wypłynąć na wierzch, wiedząc o tym, że Nora go nie wyda. W końcu, choćby była dogłębnie zraniona, nie była takim człowiekiem.
Nie wyciągnęłaby tego na wierzch. Był tego pewien, w tym momencie po prostu kiwnięciem głowy kwitując to zapewnienie. Tak, było dla niej zdecydowanie lepiej, że znała swoje miejsce. Brutalne czy nie, dzięki temu miała uniknąć czegoś znacznie gorszego od złamanego serca. Tym bardziej, że znaczna część puli czystokrwistej elity wcale nie była najprzyjemniejsza. Większość takich kawalerów była w istocie niezmiernie trudna w obyciu. Lekko mówiąc i to z perspektywy człowieka, który sam też zdecydowanie nie należał do najłatwiejszych pod kątem wyznawanych przekonań (ładne określenie na bycie magicznym klasistą, czyż nie?). Nawet, jeśli jednocześnie zaliczał się do grona ludzi stosunkowo prostych i nieskomplikowanych (jak sam lubił twierdzić; opinie były podzielone).
To, że narzeczonym Figgówny nie okazał się nikt taki było zdecydowanym plusem. Tym bardziej, że w innym wypadku wybór pierścionka, jaki trafił do przyjaciółki Ambroisa byłby już nie tylko co najmniej osobliwy, co nietrafiony. Tacy ludzie zdecydowanie dysponowali biżuterią rodową i pieniędzmi na błyskotki warte naprawdę dużo. Gdyby ktoś taki postanowił błysnąć czymś niezgodnym z wartością Nory, zdecydowanie należałoby, aby nie przyjęła tego gestu.
Jeśli jednak wykluczali tę możliwość, pozostawał im...
...no, zdecydowanie nie człowiek, o którym nagle powiedziała. Roise pierw zmarszczył brwi, później zamrugał, przekrzywiając głowę i mrugając jeszcze parokrotnie.
Że co, nie przepraszam?
- Dobra - odpowiedział z pozoru całkowicie neutralnym tonem, badawczo przyglądając się Norze.
Jednak gdzieś pod tym całym spokojem bez wątpienia kryło się coś znacznie głębszego.
Raczej bardziej niż mniej zdecydowana potrzeba poruszenia tego tematu. Najlepiej teraz, ale nie tu. Nie jutro, nie pojutrze i nie w tym miejscu. Dziś, jednak w dużo bardziej prywatnym otoczeniu. Całe szczęście mieli takie niemalże tuż pod nosem, prawda?
- Cukiernia? - Tak właściwie, trudno było to nazwać pytaniem, nawet jeśli zakończył wypowiedź tą nieznacznie pytającą nutą.
Niemal od razu gestem dłoni wskazując kierunek, po czym ruszając tuż obok Nory, usiłując dostosować do niej tempo kroków, co nigdy nie było łatwym zadaniem.
Tak. Kreatywności zdecydowanie nie można było odmówić Norze. W innym wypadku zresztą nie byłaby tu, gdzie była w tym momencie, prawda? Może nie dosłownie tu i teraz, ale na tym etapie życia. Kariery, prężnie rozwijającego się biznesu i tak dalej. Bez wątpienia była pomysłowa.
Tyle tylko, że on potrafił być równie uparty i unikowy, zgrabnie dystansując się od wszystkich prób wpłynięcia na niego, jeśli nie chciał czegoś robić. To też wiedziała, prawda? Kto jak kto, ale ona na pewno. Znali się zbyt długo, żeby mogła być nieświadoma tych aspektów jego charakteru. Kreatywna bądź też nie, jeśli nie chciałby jej ulec to by jej nie uległ. Po prostu. Koniec. Kropka.
- Bez przesady - odparł, zdecydowanie gotów bez większych oporów rozjaśnić sytuację.
W końcu nie mogła być aż tak ostra i krytyczna wobec ludzi jego pokroju, prawda? Nie, gdy mieli znacznie więcej zajęć, pełniąc nie tylko funkcję ozdoby magicznego świata, ale także choćby rolę dyktatorską zarządczą. Zajmując te wszystkie odpowiedzialne stanowiska głów rodów, które poza leżeniem i pachnieniem, jeszcze żarły i warczały na służbę, terroryzując skrzaty domowe. To też było wyjątkowo istotne, niezwykle absorbujące zajęcie. Niektórym możnym zajmujące większą część dnia.
- Nie zapominaj o wydawaniu poleceń. To ciężka praca. Wyczerpująca dla mięśni twarzy i strun głosowych - a jednak, gdy to mówił nie drgnął mu nawet najdrobniejszy mięsień. - Można doznać odleżyn albo wręcz przeciwnie: zakwasów, albo nawet kontuzji palca wskazującego - stwierdził, uderzając językiem o podniebienie.
Nie mrugnął, nie poruszył kącikami ust, starając się zachować poważny wyraz twarzy i nie zatrząść ramionami w próbie stłumienia rozbawienia. W istocie dostałby pierdolca, gdyby tak wyglądało jego życie. Nie prędzej czy później, praktycznie od razu. Nie miał co do tego nawet najmniejszych wątpliwości. Wychowanie wychowaniem, jednak nawet przy tym, co wpajano mu od dziecka (propagując ruch, ale głównie wokół majątku, szklarni i tak dalej), nigdy nie był skory do siedzenia na dupie w jednym miejscu.
To zwyczajnie nie było w jego stylu, dlatego nawet nigdy nie rozważał opcji zajmowania się tymi wszystkimi niezwykle oficjalnymi zajęciami. Nie chciał tego. Nie próbował wchodzić w rolę dziedzica rodu, wiązać się na stałe z pozycją zarządczą w rodzinnym biznesie. To nie było coś, w czym mógłby się spełniać. Tak samo sprawa miała się z majątkiem w Dolinie Godryka, w którym być może mieszkał, ale nigdy nie czuł się w stu procentach u siebie. Przynajmniej nie w głównym budynku, mimo że w dalszym ciągu miał tam część swoich prywatnych pokojów.
Nie chciał być przyszłą głową rodu.
Wręcz przeciwnie. Byłaby to dla niego na tyle duża męczarnia, praktycznie katorga i mordęga, że od samego początku stawiał sprawę jasno. Jeśli Roo czuła się urodzona do roli dziedziczki, potrafiła wejść w nią do tego stopnia, by nie odczuwać praktycznie żadnych minusów związanych z przyjmowaniem na siebie sterty formalnych obowiązków...
...nie zamierzał jej w tym w żaden sposób przeszkadzać. Zamiast tego planując stopniowo coraz bardziej oddawać jej szczątkową władzę, którą miał w związku z pełnieniem funkcji najstarszego mężczyzny z głównej linii rodu pod nieobecność ojca. Przekazywać wszystko to, co instynktownie na siebie wziął albo co po prostu spadło na niego w związku z częstymi wyjazdami Thomasa.
Było tego wyjątkowo dużo, znacznie więcej niż dało się dostrzec czy odczuć z zewnątrz (leżenie i machanie palcem było hiperbolą, przesadą) nie siedząc w tym na co dzień, ale nie wątpił, że jego siostra miała sobie z tym poradzić. W końcu od zawsze nosiła się jak prawdziwa dziedziczka. Miała właściwe podejście, prezentowała odpowiedni poziom.
On zaś mimo wszystko nie zamierzał rzucać jej od razu na głęboką wodę, przerzucając na nią cały przekrój tego, czym zajmował się w imieniu ojca. Zresztą nie było takiej potrzeby, skoro Thomas w dalszym ciągu żył i miał się wyjątkowo dobrze. Bez wątpienia to był jednak odpowiedni moment, żeby zacząć określać przyszły zakres obowiązków. Dzielić się nimi w taki sposób, aby w przyszłości wszystko było jasne.
Tym bardziej, że z tygodnia na tydzień wcale nie wyglądało na to, aby te nieszczęsne zaręczyny miały zostać zerwane. To zaś oznaczało, że jego siostra miała stanąć przed koniecznością zajmowania się sprawami dwóch rodów na raz. Lepiej było, by przygotowała się na jednej płaszczyźnie przed przejęciem drugiej.
I nie. W kwestii związku Roo, Ambroise w żadnym razie nie zaczął przyzwyczajać się do tego stanu rzeczy. W dalszym ciągu był wyjątkowo ostry w wydawanych osądach. Nie popierał tego związku. Nie lubił Borginów, nie miał ich polubić. Wyrażał nie tylko wątpliwości, lecz wręcz otwarte obawy wobec tego, w jaki sposób zachowywali się ludzie tego pokroju. W końcu sam był jednym z nich. Nie, nie uważał się za dobrego człowieka. Na tej samej zasadzie nie sądził, aby narzeczony siostry nim był. Mogli nie znać się zbyt dobrze, jednak swój jest w stanie rozpoznać swego, prawda?
Szósty zmysł, przeczucie, nadmierna opiekuńczość, raczej nie paranoja, choć może? Dało się to różnie określić - to z pewnością, ale liczyło się przede wszystkim to, że Ambroise wierzył swojemu nosowi do ludzi. Ten zazwyczaj go nie mylił.
Na przykład w przypadku Nory, która nie, zdecydowanie nie...
...niemal parsknął, gdy tylko zadała mu to pytanie. Stłumił reakcję, kręcąc głową. Rzeczywiście. Nie było takiej możliwości. Eleonora raczej nikogo by się nie wstydziła.
Szkoda tylko, że nie zawsze mogło to działać w obie strony, czyż nie? Dobrze, że oboje o tym wiedzieli. Mogli być ze sobą blisko, przyjaźnić się, traktować się wzajemnie niczym rodziną, ale w istocie była między nimi niewidoczna ściana. Chcąc nie chcąc, pochodzili z innych środowisk. Jego podejście w stosunku do Figgówny było wyjątkowo luźne i mało konserwatywne, ale nigdy nie ukrywał tego, kim w istocie był od...
...tak naprawdę od zawsze. Na zawsze. Miał swoje poglądy i zasady. Nie zmienił ich i nie zamierzał zmieniać. Nie było sensu dyskutować z nim na ten temat. Nie istniały praktycznie żadne szanse na to, aby przyjął inną narrację w tej kwestii. Przynajmniej nie w tym życiu, prawdopodobnie w żadnym innym też nie.
Nie zamierzał kulturalnie zaprzeczać słowom Nory. Mówić, że zdecydowanie zasługiwała na to, by móc być szczęśliwą z każdym, z kim tylko pragnęłaby związać swoje życie. Niezależnie od statusu społecznego czy czystości krwi. Nie próbował mówić, że w przyszłości coś takiego pewnie będzie możliwe i tak dalej, i tak dalej. Nie tylko nie lubił pierdolić w ten sposób, co po prostu sam nie wierzyłby we własne słowa.
Ba, być może to było brutalne, bo w istocie chciał, aby jedna z jego najbliższych przyjaciółek ułożyła sobie życie. Tyle tylko, że nie w ten sposób. Nie poprzez mieszanie się w coś, czego nie mogłaby udźwignąć, bo momentalnie zostałaby pożarta przez blisko znane mu grono możnych i władczych. W rzeczywistości miała rację: jej miejsce było zupełnie gdzieś indziej. To nie była obelga, to była po prostu prawda. Brutalna, ale szczera. Najczystsza.
W obecnych realiach coś takiego oznaczałoby raczej prostą drogę na dno. Dla obu zamieszanych osób. Wykluczenie społeczne, prawdopodobnie nic tak parszywego jak w przypadku związku pomiędzy czarodziejem czystej krwi a mugolaczką, którą Eleonora całe szczęście nie była, ale to też nie byłoby mile widziane.
Prawdę mówiąc, Roisowi parokrotnie zdarzyło się myśleć o tej kwestii w kontekście tego, kim był ojciec Mabel. Czy nie chodziło o analogiczną sytuację do tej, którą teraz wykluczali. O związek z kimś, kto nie zamierzał tracić statusu na rzecz półkrewki. Zamiast tego wolał przezornie spierdolić z obrazka zanim cała sprawa zdążyła wypłynąć na wierzch, wiedząc o tym, że Nora go nie wyda. W końcu, choćby była dogłębnie zraniona, nie była takim człowiekiem.
Nie wyciągnęłaby tego na wierzch. Był tego pewien, w tym momencie po prostu kiwnięciem głowy kwitując to zapewnienie. Tak, było dla niej zdecydowanie lepiej, że znała swoje miejsce. Brutalne czy nie, dzięki temu miała uniknąć czegoś znacznie gorszego od złamanego serca. Tym bardziej, że znaczna część puli czystokrwistej elity wcale nie była najprzyjemniejsza. Większość takich kawalerów była w istocie niezmiernie trudna w obyciu. Lekko mówiąc i to z perspektywy człowieka, który sam też zdecydowanie nie należał do najłatwiejszych pod kątem wyznawanych przekonań (ładne określenie na bycie magicznym klasistą, czyż nie?). Nawet, jeśli jednocześnie zaliczał się do grona ludzi stosunkowo prostych i nieskomplikowanych (jak sam lubił twierdzić; opinie były podzielone).
To, że narzeczonym Figgówny nie okazał się nikt taki było zdecydowanym plusem. Tym bardziej, że w innym wypadku wybór pierścionka, jaki trafił do przyjaciółki Ambroisa byłby już nie tylko co najmniej osobliwy, co nietrafiony. Tacy ludzie zdecydowanie dysponowali biżuterią rodową i pieniędzmi na błyskotki warte naprawdę dużo. Gdyby ktoś taki postanowił błysnąć czymś niezgodnym z wartością Nory, zdecydowanie należałoby, aby nie przyjęła tego gestu.
Jeśli jednak wykluczali tę możliwość, pozostawał im...
...no, zdecydowanie nie człowiek, o którym nagle powiedziała. Roise pierw zmarszczył brwi, później zamrugał, przekrzywiając głowę i mrugając jeszcze parokrotnie.
Że co, nie przepraszam?
- Dobra - odpowiedział z pozoru całkowicie neutralnym tonem, badawczo przyglądając się Norze.
Jednak gdzieś pod tym całym spokojem bez wątpienia kryło się coś znacznie głębszego.
Raczej bardziej niż mniej zdecydowana potrzeba poruszenia tego tematu. Najlepiej teraz, ale nie tu. Nie jutro, nie pojutrze i nie w tym miejscu. Dziś, jednak w dużo bardziej prywatnym otoczeniu. Całe szczęście mieli takie niemalże tuż pod nosem, prawda?
- Cukiernia? - Tak właściwie, trudno było to nazwać pytaniem, nawet jeśli zakończył wypowiedź tą nieznacznie pytającą nutą.
Niemal od razu gestem dłoni wskazując kierunek, po czym ruszając tuż obok Nory, usiłując dostosować do niej tempo kroków, co nigdy nie było łatwym zadaniem.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down