10.03.2025, 11:18 ✶
Być może mu milczenie nie przeszkadzało, lecz dla niej było czymś nienaturalnym. Oblepiało ją niczym wyjątkowo nieprzyjemna, lepka maź, której nie dało się z siebie strząsnąć. Nie lubiła ciszy już od dziecka: głównie dlatego, że cisza zwiastowała kłopoty. I nie pomyliła się w swoich przewidywaniach. Gdy Rowle otworzył usta, miała ochotę wywrócić oczami. Czego on od niej oczekiwał? Co miała teraz zrobić? Paść mu w ramiona i zaszczebiotać, że nagle się w nim zakochała? Na razie jednak, zamiast pyskować, po prostu na niego spojrzała. Tak jak jej kazał. Niech ma coś z życia, bo ona nie słynęła z tego, że się słuchała - nawet w tak prostych rzeczach musiała robić na opak. Gdy jednak powiedział o innej perspektywie, Traversówna zmarszczyła brwi. Nie do końca pojmowała, o czym on mówił. Czego chciał? Te i tysiące innych pytań tłukło się w głowie zmęczonej kobiety, a ona czuła że z każdym kolejnym słownym ciosem ma coraz bardziej dość.
- Co masz na myśli, mówiąc "z innej perspektywy"? - zapytała podejrzliwie, chociaż chyba nie chciała znać na to pytanie odpowiedzi. Zauważyła zmianę, która w nim zaszła. Zesztywniał i wyprostował się, zupełnie jak zwierzę, które chciało uchodzić za większe, niż jest w rzeczywistości. Jak kot który się jeży, by być większym i groźniejszym. Problem był jednak taki, że Faye wcale się go nie bała. Być może dlatego, że chociaż szczerze nie znosiła jego towarzystwa, to nie wierzyła w to, że Leviathan mógłby jej wyrządzić krzywdę. Bardzo rzadko dopuszczała do siebie myśl, że ktokolwiek mógłby chcieć ją skrzywdzić - ludzie sami byli skrzywdzeni i brutalnością reagowali na atak. A ona przecież go nie atakowała - stała grzecznie, przytulając do siebie rękę, za którą przed chwilą ją trzymał, jakby jego dotyk parzył. - Nie ma żadnego szczęściarza. To tylko głupie marzenie z dzieciństwa, które mi odebrałeś.
Skłamała, chociaż nie była pewna, czy jej nie przejrzy. Nie chciała zwierzać się mu ze swojego życia miłosnego, szczególnie że coś w jego postawie sugerowało, że nie był zachwycony wizją, że mogłaby mieć kogoś innego. Nie dlatego, że syczał ostrzegawczo - przeciwnie. Był spokojny i niewzruszony, a jednak jego ton głosu był na tyle zimny, że przypominał chłód, który czuła w Kniei. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- Może... Może jakoś się uda to naprawić w przyszłości - powiedziała ostrożnie, przestępując z nogi na nogę. - Pójść do Kowenu, muszą chyba zachować dyskrecję? Nie będziesz musiał mnie wtedy więcej oglądać już nigdy.
- Co masz na myśli, mówiąc "z innej perspektywy"? - zapytała podejrzliwie, chociaż chyba nie chciała znać na to pytanie odpowiedzi. Zauważyła zmianę, która w nim zaszła. Zesztywniał i wyprostował się, zupełnie jak zwierzę, które chciało uchodzić za większe, niż jest w rzeczywistości. Jak kot który się jeży, by być większym i groźniejszym. Problem był jednak taki, że Faye wcale się go nie bała. Być może dlatego, że chociaż szczerze nie znosiła jego towarzystwa, to nie wierzyła w to, że Leviathan mógłby jej wyrządzić krzywdę. Bardzo rzadko dopuszczała do siebie myśl, że ktokolwiek mógłby chcieć ją skrzywdzić - ludzie sami byli skrzywdzeni i brutalnością reagowali na atak. A ona przecież go nie atakowała - stała grzecznie, przytulając do siebie rękę, za którą przed chwilą ją trzymał, jakby jego dotyk parzył. - Nie ma żadnego szczęściarza. To tylko głupie marzenie z dzieciństwa, które mi odebrałeś.
Skłamała, chociaż nie była pewna, czy jej nie przejrzy. Nie chciała zwierzać się mu ze swojego życia miłosnego, szczególnie że coś w jego postawie sugerowało, że nie był zachwycony wizją, że mogłaby mieć kogoś innego. Nie dlatego, że syczał ostrzegawczo - przeciwnie. Był spokojny i niewzruszony, a jednak jego ton głosu był na tyle zimny, że przypominał chłód, który czuła w Kniei. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
- Może... Może jakoś się uda to naprawić w przyszłości - powiedziała ostrożnie, przestępując z nogi na nogę. - Pójść do Kowenu, muszą chyba zachować dyskrecję? Nie będziesz musiał mnie wtedy więcej oglądać już nigdy.