10.03.2025, 12:52 ✶
Nie spodziewał się, że ich przyjacielskie zachowanie tak szybko ponownie zacznie się rozmywać. Pierdolnie znacznie szybciej niż w założeniu. Odejdzie od znanego im schematu już kilka minut po powrocie do domu Yaxleyówny. A jednak najwidoczniej przeszacował swoje możliwości. Niemal od razu poczuł się źle w miejscu, które przez lata było też jego własnym królestwem. Jak intruz, nawet jeśli inny intruz też wdarł się w tą przestrzeń. Po prostu niezależnie od niego.
- To - niemal wizualnie zatoczył ręką koło w powietrzu wokół tych wszystkich niedorzecznych zmian, jakie zaszły w jego kuchni, ale powstrzymał się przed tym.
Dosłownie ostatkiem sił. Naprawdę próbował panować nad swoją reakcją i wyrazem twarzy. Tyle tylko, że nie był w stanie zupełnie nic poradzić na to, że w nawet tak krótkiej reakcji tak bardzo wybrzmiał sarkazm, nawet jeśli nie do końca było to jego celem.
Przynajmniej nie w pierwszej chwili. Na samym początku jedynie wpatrywał się w Geraldine, oczekując odpowiedzi i podświadomie licząc na to, że nie będzie ona aż tak zła jak można się było tego spodziewać. W teorii przecież mało który męski mężczyzna posunąłby się tak daleko, żeby wieszać w kuchni koronkowe firanki z falbanami i krochmalić serwetki. Te, które w idiotyczny sposób przykrywały teraz większość sprzętów.
Merlin sam wiedział, że Ambroise bez dwóch zdań spodziewał się, czemu tak było. Nie chodziło wyłącznie o kwestię estetyczną. Wystarczył jeden rzut oka na część pozostałych zmian, żeby Greengrass był niemal stuprocentowo pewien, że przynajmniej w połowie przypadków chodziło o zakrycie zużycia czy zniszczeń. Zdartej politury, naruszonej powłoki ochronnej, wgniecenia czy wręcz przeciwnie: naprawdę dorodnych purchli od zawilgoceń.
Teoretycznie to też pozwalało sądzić, że nie chodziło o kogoś, kto znał się na rzeczy. Ani w zakresie ogarniania tematów aranżacji kuchennych, ergonomii i tak dalej, ani zajmowania się domem od strony napraw i czynności stricte technicznych. W teorii w całej kuchni dało się wyczuć nie tylko obcą, ale też bardzo kobiecą rękę. Z drugiej strony w obecnym świecie było naprawdę wielu mężczyzn zadziwiająco dobrze odnajdujących się w damskich rolach i otaczających się podobnymi ozdóbkami, więc nic nie było aż takie pewne.
Rina po prostu mogła znaleźć sobie pantofla. Ani razu nie poruszyli tematu tego jak wyglądały ich ostatnie miesiące. Tego, czy choć na chwilę pojawił się ktoś inny. Jakaś na tyle znacząca osoba, aby mogła z powodzeniem wprowadzać swoje nowe porządki w przestrzeniach wypełnionych mentalną pustką po poprzednich lokatorach. Nie miał praktycznie żadnej gwarancji (i nie mógł tego oczekiwać, prawda?), że ktoś inny nie rządził się jego własnością.
W końcu nie byli ze sobą od tak dawna, że w teorii nie byłoby zupełnie nic nienaturalnego (mhm, na pewno) w tym, gdyby ktoś przejął jego miejsce. Nie musząc nawet przenosić się do mieszkania przy Horyzontalnej, zaczął wprowadzać tu swoje porządki, wypełnił mimowolnie powstałą lukę w obowiązkach domowych. Przecież on sam też to kiedyś zrobił. Nie mieszkał tu jeszcze, kiedy zaczął władać kuchnią.
Z początku powoli, potem raczej dosyć szybko poszła im zmiana przyzwyczajeń. Wspólne zamieszkanie, jego przeprowadzka. Wprowadził się niemalże od razu po tym, gdy zostali parą. Mieszkał tu wiele lat. Tak dużo, że instynktownie wydawało mu się, że zawsze zastanie tu dokładnie ten sam widok. Znajomy, nasuwający niezliczone wspomnienia, przywołujący uśmiech na usta.
Nie. W tym momencie nie było mu do śmiechu. Wręcz przeciwnie, był wyjątkowo podkurwiony tym, co zastał w kuchni. Rzecz jasna tłumacząc sobie, że chodziło o to, jakie idiotyczne decyzje zostały tu podjęte. Zioła bezpośrednio w osłonkach bez drenażu wody i podstawek? Gotowy zmielony pieprz? Eleganckie pudełeczka o ściśle przylegających wieczkach zamienione na mugolskie słoiczki z pokrywkami w kolorową kratkę?
Zniszczony nóż był ostatnim detalem. Kroplą przelewającą czarę goryczy. Nawet damskie imię, które padło w odpowiedzi, nie było w stanie chociaż trochę go ułagodzić. Szczególnie, że zaraz po tym padły te szersze wyjaśnienia wcale nie brzmiące w dobry sposób.
- Mhm - jeśli chciała pocieszyć go tymi słowami, wywołując u niego nagły przypływ zrozumienia, zdecydowanie jej to nie wyszło.
Wprost przeciwnie, bowiem ponownie przeniósł spojrzenie na Geraldine. Co prawda już nie świdrując jej wzrokiem wbitym w twarz, jednak mimowolnie unosząc kąciki ust. To nie był uśmiech, to była gorycz i pewien rodzaj niedowierzania.
- Zdecyduj się, jaką wersję przyjmujesz - stwierdził powoli, jednocześnie posyłając dziewczynie ciężkie spojrzenie i obracając się na pięcie, żeby podejść do okna.
Przecież nie zamierzał stać tak w tym miejscu, wpatrzony w ślady na ostrzu i całą resztę burdelu. Zbrodni na jego własności, o której jednocześnie mówiła mu, że nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie jego. I zarazem przez te wszystkie ostatnie dni czyniła sugestie, że liczyła na jego powrót do domu. Że nie tylko nie kłopotała się porządkami, co nie była w stanie rozstać się z jego rzeczami.
To chyba nie było dziwne, że w tym momencie wytykał jej rozjazd w deklaracjach? Zupełnie nie wiedział, co powinien o tym sądzić. Wiedział tylko tyle, że wtykając sobie fajkę w usta i uchylając okno, czuł się zły (i zraniony tymi nowymi twierdzeniami, czego już nie był skory przyznać).
Nie chciał mieć tu swoich ołtarzyków. Co to, to nie. Chciał, żeby żyła szczęśliwie, dobrze. Dysponowała wszystkim wedle swojej woli. Spodziewał się wręcz tego, że praktycznie wszystko wylądowało na śmietniku. Natomiast, kiedy powiedziała mu, że zachowała jego własność, w żadnym wypadku nie spodziewał się, że zrobiła to po to, żeby rozdać ją nieznanym mu osobom. Mówiąc, że nie miała z tym żadnych oporów, bo przecież właśnie to zasugerowała, prawda?
No tak.
- To - niemal wizualnie zatoczył ręką koło w powietrzu wokół tych wszystkich niedorzecznych zmian, jakie zaszły w jego kuchni, ale powstrzymał się przed tym.
Dosłownie ostatkiem sił. Naprawdę próbował panować nad swoją reakcją i wyrazem twarzy. Tyle tylko, że nie był w stanie zupełnie nic poradzić na to, że w nawet tak krótkiej reakcji tak bardzo wybrzmiał sarkazm, nawet jeśli nie do końca było to jego celem.
Przynajmniej nie w pierwszej chwili. Na samym początku jedynie wpatrywał się w Geraldine, oczekując odpowiedzi i podświadomie licząc na to, że nie będzie ona aż tak zła jak można się było tego spodziewać. W teorii przecież mało który męski mężczyzna posunąłby się tak daleko, żeby wieszać w kuchni koronkowe firanki z falbanami i krochmalić serwetki. Te, które w idiotyczny sposób przykrywały teraz większość sprzętów.
Merlin sam wiedział, że Ambroise bez dwóch zdań spodziewał się, czemu tak było. Nie chodziło wyłącznie o kwestię estetyczną. Wystarczył jeden rzut oka na część pozostałych zmian, żeby Greengrass był niemal stuprocentowo pewien, że przynajmniej w połowie przypadków chodziło o zakrycie zużycia czy zniszczeń. Zdartej politury, naruszonej powłoki ochronnej, wgniecenia czy wręcz przeciwnie: naprawdę dorodnych purchli od zawilgoceń.
Teoretycznie to też pozwalało sądzić, że nie chodziło o kogoś, kto znał się na rzeczy. Ani w zakresie ogarniania tematów aranżacji kuchennych, ergonomii i tak dalej, ani zajmowania się domem od strony napraw i czynności stricte technicznych. W teorii w całej kuchni dało się wyczuć nie tylko obcą, ale też bardzo kobiecą rękę. Z drugiej strony w obecnym świecie było naprawdę wielu mężczyzn zadziwiająco dobrze odnajdujących się w damskich rolach i otaczających się podobnymi ozdóbkami, więc nic nie było aż takie pewne.
Rina po prostu mogła znaleźć sobie pantofla. Ani razu nie poruszyli tematu tego jak wyglądały ich ostatnie miesiące. Tego, czy choć na chwilę pojawił się ktoś inny. Jakaś na tyle znacząca osoba, aby mogła z powodzeniem wprowadzać swoje nowe porządki w przestrzeniach wypełnionych mentalną pustką po poprzednich lokatorach. Nie miał praktycznie żadnej gwarancji (i nie mógł tego oczekiwać, prawda?), że ktoś inny nie rządził się jego własnością.
W końcu nie byli ze sobą od tak dawna, że w teorii nie byłoby zupełnie nic nienaturalnego (mhm, na pewno) w tym, gdyby ktoś przejął jego miejsce. Nie musząc nawet przenosić się do mieszkania przy Horyzontalnej, zaczął wprowadzać tu swoje porządki, wypełnił mimowolnie powstałą lukę w obowiązkach domowych. Przecież on sam też to kiedyś zrobił. Nie mieszkał tu jeszcze, kiedy zaczął władać kuchnią.
Z początku powoli, potem raczej dosyć szybko poszła im zmiana przyzwyczajeń. Wspólne zamieszkanie, jego przeprowadzka. Wprowadził się niemalże od razu po tym, gdy zostali parą. Mieszkał tu wiele lat. Tak dużo, że instynktownie wydawało mu się, że zawsze zastanie tu dokładnie ten sam widok. Znajomy, nasuwający niezliczone wspomnienia, przywołujący uśmiech na usta.
Nie. W tym momencie nie było mu do śmiechu. Wręcz przeciwnie, był wyjątkowo podkurwiony tym, co zastał w kuchni. Rzecz jasna tłumacząc sobie, że chodziło o to, jakie idiotyczne decyzje zostały tu podjęte. Zioła bezpośrednio w osłonkach bez drenażu wody i podstawek? Gotowy zmielony pieprz? Eleganckie pudełeczka o ściśle przylegających wieczkach zamienione na mugolskie słoiczki z pokrywkami w kolorową kratkę?
Zniszczony nóż był ostatnim detalem. Kroplą przelewającą czarę goryczy. Nawet damskie imię, które padło w odpowiedzi, nie było w stanie chociaż trochę go ułagodzić. Szczególnie, że zaraz po tym padły te szersze wyjaśnienia wcale nie brzmiące w dobry sposób.
- Mhm - jeśli chciała pocieszyć go tymi słowami, wywołując u niego nagły przypływ zrozumienia, zdecydowanie jej to nie wyszło.
Wprost przeciwnie, bowiem ponownie przeniósł spojrzenie na Geraldine. Co prawda już nie świdrując jej wzrokiem wbitym w twarz, jednak mimowolnie unosząc kąciki ust. To nie był uśmiech, to była gorycz i pewien rodzaj niedowierzania.
- Zdecyduj się, jaką wersję przyjmujesz - stwierdził powoli, jednocześnie posyłając dziewczynie ciężkie spojrzenie i obracając się na pięcie, żeby podejść do okna.
Przecież nie zamierzał stać tak w tym miejscu, wpatrzony w ślady na ostrzu i całą resztę burdelu. Zbrodni na jego własności, o której jednocześnie mówiła mu, że nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie jego. I zarazem przez te wszystkie ostatnie dni czyniła sugestie, że liczyła na jego powrót do domu. Że nie tylko nie kłopotała się porządkami, co nie była w stanie rozstać się z jego rzeczami.
To chyba nie było dziwne, że w tym momencie wytykał jej rozjazd w deklaracjach? Zupełnie nie wiedział, co powinien o tym sądzić. Wiedział tylko tyle, że wtykając sobie fajkę w usta i uchylając okno, czuł się zły (i zraniony tymi nowymi twierdzeniami, czego już nie był skory przyznać).
Nie chciał mieć tu swoich ołtarzyków. Co to, to nie. Chciał, żeby żyła szczęśliwie, dobrze. Dysponowała wszystkim wedle swojej woli. Spodziewał się wręcz tego, że praktycznie wszystko wylądowało na śmietniku. Natomiast, kiedy powiedziała mu, że zachowała jego własność, w żadnym wypadku nie spodziewał się, że zrobiła to po to, żeby rozdać ją nieznanym mu osobom. Mówiąc, że nie miała z tym żadnych oporów, bo przecież właśnie to zasugerowała, prawda?
No tak.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down