10.03.2025, 14:39 ✶
Kuchnia jak kuchnia, tak? A on przesadzał. Miał ochotę zazgrzytać zębami, wyrzucając Geraldine to, w jaki sposób ona by się poczuła, gdyby ktoś postanowił bawić się jej wycackanymi broniami. Jej nożami, jej własnością. Jasne, nie zabrał tego stąd. Mógł to zrobić, tak samo jak ona mogła dysponować tym wedle własnego widzimisię. Równie dobrze mogła wyrzucić to na śmietnik, czego tak właściwie się spodziewał. Tyle tylko, że wobec tego nie musiała (nic nie musiała) zapewniać go o tym, że wszystko, co jego w dalszym ciągu należało do niego. Ale przecież przesadzał, tak?
- Nie muszę - odpowiedział bez wahania, tym razem nie tłumiąc parsknięcia pod nosem - Kimi już dostatecznie poprzesadzała - tak, to było niskie, nawet jak na jego ostatnie zagrywki.
Dosyć znacząco spojrzał przy tym w kierunku potworności znajdujących się na parapecie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że czepiał się przy tym naprawdę małych słówek. A jednak każda kolejna wypowiedź Geraldine zdecydowanie go piekła. Szczególnie, gdy zarzuciła mu coś tak absurdalnego jak oczekiwanie, że nic się nie zmieni. Nie, nie o to mu chodziło. Powinna to wiedzieć.
- Nie - wycedził na to absurdalne założenie, bo przecież oboje byli świadomi realiów całej sprawy.
Ich życia, związku, przyszłości. Tego, że nigdy nie planował drugi raz wchodzić do tej samej rzeki. Nie zamierzał zmieniać zdania. Wracać do tego, co było, nawet jeśli kurewsko mocno za tym tęsknił i nigdy nie pogodził się do końca z tym, co musiał wtedy zrobić. Mimo to był zdecydowany. Naprawdę próbował trzymać się z daleka. Dać Geraldine przestrzeń na ułożenie sobie nowej rzeczywistości bez niego.
Tyle tylko, że po drodze coś znowu spektakularnie się spieprzyło i teraz ponownie byli obok siebie. Znowu kręcąc się w kółko. Miotając się między jednym a drugim. Mówiąc sobie tak wiele słów. Rzekomych prawd. Faktycznych półprawd czy wręcz kłamstw, pobożnych życzeń, które nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
To był moment, kiedy Ambroise wyjątkowo dobrze to dostrzegał.
- Wobec tego nie nazywajmy tego moimi rzeczami - kontynuował, odpalając papierosa i zaciągając się dymem; nerwowo, zdecydowanie nerwowo, cedząc kolejne spokojne słowa. - Nie musiałaś zostawiać moich rzeczy. Zrobiłaś to? Jasne. Świetnie. Bardzo się cieszę - w końcu warto było, aby byli ze sobą tak szczerzy jak to tylko możliwe, prawda?
Na przykład odnośnie tego, że w tym momencie czuł się jak debil. Idiota. Intruz. Jakby zamydliła mu oczy, bo on jej na to ochoczo pozwolił. Zostawiłam wszystko, nie ruszałam tego, miałam nadzieję. Z pewnością. Teraz po prostu ta narracja też przestała pasować do klimatu, tak?
- Cieszyłem. Do momentu, kiedy nie okazało się, że moje rzeczy to już nie moje rzeczy, tylko niczyja własność - punkt widzenia, po prostu przedstawiał jej swój punkt widzenia, bo byli ze sobą szczerzy.
A może i nie? Nie byli?
- Choć może nazwijmy to po prostu po imieniu - nie, on zdecydowanie próbował być szczery, nie chciał jej ranić, nie chciał się z nią kłócić, ale czuł się parszywie. - Rzeczy Kimi, rzeczy Astarotha, rzeczy połowy Londynu - która przewija się przez to mieszkanie, całe szczęście powstrzymał się przed tym ostatnim wyrzutem, mląc go w ustach zanim je opuścił, bo w rzeczywistości wcale nie chciał jej tego wytykać.
Był zły. Po prostu zły. Wściekły już chyba nie na to wszystko, co tu zastał a raczej na sposób, w jaki odpowiedziała mu Geraldine. Naprawdę nie dostrzegała tego, co tkwiło w jej własnych słowach? Przez tydzień raz za razem sugerowała mu, że mimo wszystko liczyła na to, że kiedyś ponownie jeszcze będzie pięknie. Natomiast teraz nie miała jakichkolwiek oporów przed tym, żeby rzucić mu w twarz, że tak właściwie to zostawiła te wszystkie przedmioty z cholera wie jakiego powodu. Bowiem na pewno nie z tego, o którym trąbiła mu wcześniej tyle razy.
Kolejny raz zmieniała narrację. Ponownie zaczynali miotać się we wszystkim, co robili i mówili. Jasne, on sam też powinien być mądrzejszy. Nie musiał aż tak bardzo się unosić. Mógł przełknąć fakt, że życie bez niego toczyło się swoim naturalnym rytmem, bo przecież tak wyglądała rzeczywistość. To były jego własne niespełnione oczekiwania. Jego własna interpretacja słów, o których prawdziwym znaczeniu w tym momencie nie wiedział już niemal nic. Wydawało mu się, że zrozumiał Yaxleyównę. Jemu się wydawało. To była kwestia wyłącznie jego subiektywnej interpretacji, tak?
Gówno prawda. W tym momencie nie był w stanie tak na to patrzeć. Nie, gdy wyrzucała mu przesadzanie, podczas gdy sama była częścią tego, co doprowadziło ich do kolejnej kłótni. Po cholerę mówiła mu, że nadal miał tu swoje miejsce, skoro ewidentnie już tak nie było? Po chuja sam nieświadomie poszedł tą drogą, robiąc sobie jakiekolwiek nadzieje, że jeśli mówiła, że wszystko nadal stało na swoim miejscu to w rzeczywistości tak było?
Tak, to była tylko kuchnia, po prostu kuchnia. Najpewniej nie powinno go to aż tak poruszyć. Tyle tylko, że spędzał tu znaczną część swojego życia, gdy jeszcze był częścią tego świata. Wspólnej rzeczywistości. Tworzenia domu. Wniósł tu nie tylko przedmioty fizyczne, ale i kawał serca, niezliczone godziny pracy, zaangażowanie emocjonalne i całą resztę durnego podejścia, które teraz gryzło go w dupę i chwytało za gardło.
Czemu? Bo uświadomił sobie, że niczego już nie ma. Jego rzeczy w istocie przestały być jego rzeczami. Ktoś naruszył nie tylko integralność perfekcyjnej kuchni, poniszczył jego własność, poprzestawiał jego rzeczy, najpewniej mimo wszystko wywalając przy tym znaczną część z nich. Za pozwoleniem czy bez pozwolenia Geraldine. Nie o to tak naprawdę chodziło. Chodziło o podejście.
- Następnym razem daruj sobie jakiekolwiek zapewnienia - odpowiedział tylko, kierując wzrok przez okno na ulicę.
Nic tutaj nie było już jego. I nie utracone rzeczy bolały go w tym kontekście najbardziej...
- Wyśmienicie - odburknął zaciągając się dymem i nawet nie racząc spojrzeć w kierunku dziewczyny. - Zanim pójdziesz, racz mi powiedzieć, gdzie mam się położyć i gdzie szukać pościeli czy ręcznika - bo w końcu to też najpewniej nie było już na swoim miejscu, miał tego wyjątkową świadomość, całkiem świeżą. - Chyba, że mam to uznać za oficjalne wyproszenie, wtedy pamiętaj, żeby zamknąć za mną drzwi. Londyn jest pełen pojebów - był poważny, może trochę nazbyt twardy i ociekający urazą, ale nie zamierzał uciekać przed postawieniem sprawy jasno.
Tak. To brzmiało, jakby kazała mu wyjść. Tak. Spodziewał się, że z ich śniadania w tym momencie nie miało już nic zostać. Tak. Najpewniej w ogóle nie powinien narzucać się tymi słowami o zostawaniu. Pytaniem o to, czy miał spać w zapasowym pokoju, czy na kanapie. Prawdopodobnie powinien po prostu zawinąć się i wyjść. Tak nakazywałaby mu godność.
Tyle tylko, że w ostatnim czasie coraz bardziej uświadamiał sobie, że chyba jej już nie miał. W końcu naprawdę nie chciał stąd wychodzić. Nie w ten sposób. Nie chciał się znowu kłócić, wyrzucać sobie nawzajem tych wszystkich rzeczy. To też go wkurwiało. A jednak znów to robili.
- Nie muszę - odpowiedział bez wahania, tym razem nie tłumiąc parsknięcia pod nosem - Kimi już dostatecznie poprzesadzała - tak, to było niskie, nawet jak na jego ostatnie zagrywki.
Dosyć znacząco spojrzał przy tym w kierunku potworności znajdujących się na parapecie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że czepiał się przy tym naprawdę małych słówek. A jednak każda kolejna wypowiedź Geraldine zdecydowanie go piekła. Szczególnie, gdy zarzuciła mu coś tak absurdalnego jak oczekiwanie, że nic się nie zmieni. Nie, nie o to mu chodziło. Powinna to wiedzieć.
- Nie - wycedził na to absurdalne założenie, bo przecież oboje byli świadomi realiów całej sprawy.
Ich życia, związku, przyszłości. Tego, że nigdy nie planował drugi raz wchodzić do tej samej rzeki. Nie zamierzał zmieniać zdania. Wracać do tego, co było, nawet jeśli kurewsko mocno za tym tęsknił i nigdy nie pogodził się do końca z tym, co musiał wtedy zrobić. Mimo to był zdecydowany. Naprawdę próbował trzymać się z daleka. Dać Geraldine przestrzeń na ułożenie sobie nowej rzeczywistości bez niego.
Tyle tylko, że po drodze coś znowu spektakularnie się spieprzyło i teraz ponownie byli obok siebie. Znowu kręcąc się w kółko. Miotając się między jednym a drugim. Mówiąc sobie tak wiele słów. Rzekomych prawd. Faktycznych półprawd czy wręcz kłamstw, pobożnych życzeń, które nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.
To był moment, kiedy Ambroise wyjątkowo dobrze to dostrzegał.
- Wobec tego nie nazywajmy tego moimi rzeczami - kontynuował, odpalając papierosa i zaciągając się dymem; nerwowo, zdecydowanie nerwowo, cedząc kolejne spokojne słowa. - Nie musiałaś zostawiać moich rzeczy. Zrobiłaś to? Jasne. Świetnie. Bardzo się cieszę - w końcu warto było, aby byli ze sobą tak szczerzy jak to tylko możliwe, prawda?
Na przykład odnośnie tego, że w tym momencie czuł się jak debil. Idiota. Intruz. Jakby zamydliła mu oczy, bo on jej na to ochoczo pozwolił. Zostawiłam wszystko, nie ruszałam tego, miałam nadzieję. Z pewnością. Teraz po prostu ta narracja też przestała pasować do klimatu, tak?
- Cieszyłem. Do momentu, kiedy nie okazało się, że moje rzeczy to już nie moje rzeczy, tylko niczyja własność - punkt widzenia, po prostu przedstawiał jej swój punkt widzenia, bo byli ze sobą szczerzy.
A może i nie? Nie byli?
- Choć może nazwijmy to po prostu po imieniu - nie, on zdecydowanie próbował być szczery, nie chciał jej ranić, nie chciał się z nią kłócić, ale czuł się parszywie. - Rzeczy Kimi, rzeczy Astarotha, rzeczy połowy Londynu - która przewija się przez to mieszkanie, całe szczęście powstrzymał się przed tym ostatnim wyrzutem, mląc go w ustach zanim je opuścił, bo w rzeczywistości wcale nie chciał jej tego wytykać.
Był zły. Po prostu zły. Wściekły już chyba nie na to wszystko, co tu zastał a raczej na sposób, w jaki odpowiedziała mu Geraldine. Naprawdę nie dostrzegała tego, co tkwiło w jej własnych słowach? Przez tydzień raz za razem sugerowała mu, że mimo wszystko liczyła na to, że kiedyś ponownie jeszcze będzie pięknie. Natomiast teraz nie miała jakichkolwiek oporów przed tym, żeby rzucić mu w twarz, że tak właściwie to zostawiła te wszystkie przedmioty z cholera wie jakiego powodu. Bowiem na pewno nie z tego, o którym trąbiła mu wcześniej tyle razy.
Kolejny raz zmieniała narrację. Ponownie zaczynali miotać się we wszystkim, co robili i mówili. Jasne, on sam też powinien być mądrzejszy. Nie musiał aż tak bardzo się unosić. Mógł przełknąć fakt, że życie bez niego toczyło się swoim naturalnym rytmem, bo przecież tak wyglądała rzeczywistość. To były jego własne niespełnione oczekiwania. Jego własna interpretacja słów, o których prawdziwym znaczeniu w tym momencie nie wiedział już niemal nic. Wydawało mu się, że zrozumiał Yaxleyównę. Jemu się wydawało. To była kwestia wyłącznie jego subiektywnej interpretacji, tak?
Gówno prawda. W tym momencie nie był w stanie tak na to patrzeć. Nie, gdy wyrzucała mu przesadzanie, podczas gdy sama była częścią tego, co doprowadziło ich do kolejnej kłótni. Po cholerę mówiła mu, że nadal miał tu swoje miejsce, skoro ewidentnie już tak nie było? Po chuja sam nieświadomie poszedł tą drogą, robiąc sobie jakiekolwiek nadzieje, że jeśli mówiła, że wszystko nadal stało na swoim miejscu to w rzeczywistości tak było?
Tak, to była tylko kuchnia, po prostu kuchnia. Najpewniej nie powinno go to aż tak poruszyć. Tyle tylko, że spędzał tu znaczną część swojego życia, gdy jeszcze był częścią tego świata. Wspólnej rzeczywistości. Tworzenia domu. Wniósł tu nie tylko przedmioty fizyczne, ale i kawał serca, niezliczone godziny pracy, zaangażowanie emocjonalne i całą resztę durnego podejścia, które teraz gryzło go w dupę i chwytało za gardło.
Czemu? Bo uświadomił sobie, że niczego już nie ma. Jego rzeczy w istocie przestały być jego rzeczami. Ktoś naruszył nie tylko integralność perfekcyjnej kuchni, poniszczył jego własność, poprzestawiał jego rzeczy, najpewniej mimo wszystko wywalając przy tym znaczną część z nich. Za pozwoleniem czy bez pozwolenia Geraldine. Nie o to tak naprawdę chodziło. Chodziło o podejście.
- Następnym razem daruj sobie jakiekolwiek zapewnienia - odpowiedział tylko, kierując wzrok przez okno na ulicę.
Nic tutaj nie było już jego. I nie utracone rzeczy bolały go w tym kontekście najbardziej...
- Wyśmienicie - odburknął zaciągając się dymem i nawet nie racząc spojrzeć w kierunku dziewczyny. - Zanim pójdziesz, racz mi powiedzieć, gdzie mam się położyć i gdzie szukać pościeli czy ręcznika - bo w końcu to też najpewniej nie było już na swoim miejscu, miał tego wyjątkową świadomość, całkiem świeżą. - Chyba, że mam to uznać za oficjalne wyproszenie, wtedy pamiętaj, żeby zamknąć za mną drzwi. Londyn jest pełen pojebów - był poważny, może trochę nazbyt twardy i ociekający urazą, ale nie zamierzał uciekać przed postawieniem sprawy jasno.
Tak. To brzmiało, jakby kazała mu wyjść. Tak. Spodziewał się, że z ich śniadania w tym momencie nie miało już nic zostać. Tak. Najpewniej w ogóle nie powinien narzucać się tymi słowami o zostawaniu. Pytaniem o to, czy miał spać w zapasowym pokoju, czy na kanapie. Prawdopodobnie powinien po prostu zawinąć się i wyjść. Tak nakazywałaby mu godność.
Tyle tylko, że w ostatnim czasie coraz bardziej uświadamiał sobie, że chyba jej już nie miał. W końcu naprawdę nie chciał stąd wychodzić. Nie w ten sposób. Nie chciał się znowu kłócić, wyrzucać sobie nawzajem tych wszystkich rzeczy. To też go wkurwiało. A jednak znów to robili.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down