10.03.2025, 16:01 ✶
- Kolejny lokator? - Starał się, naprawdę starał się nie dać po sobie poznać jak bardzo wmurowały go w ziemię te słowa.
Nie spodziewał się tego uderzenia. Nie chciał słyszeć o czymś takim. Nie potrafił tak po prostu obojętnie przejść obok tej sugestii. Nie, gdy zaledwie kilka dni wcześniej, niespełna kilkadziesiąt godzin wstecz rozmawiali o nich, mówiąc sobie, że nie miało być nikogo innego. Wiedział, że to pokazówka. Równie pochopne i kąśliwe słowa, co jego własne, ale wciąż zabolały. W dalszym ciągu odniosła zamierzony efekt.
- Wyśmienicie. Szybko poszło - niemal zacisnął zęby na papierosie, korzystając z całej swojej silnej woli, żeby nie przenieść wzroku na Geraldine i nie spiorunować jej teraz przy pomocy najbardziej gromnego spojrzenia, na jakie było go stać.
Jeszcze tu stał. W dalszym ciągu tu był, mimo tego wszystkiego, co wyrzucili sobie na dachu. Pomimo konieczności rozstania się prędzej niżeli później, nadal tu był. Zdawał sobie sprawę z tego, że chciała go teraz zranić równie mocno, co on wcześniej ranił ją, ale posuwała się przy tym wyjątkowo daleko. Za daleko. Ponownie nie mieli już żadnych granic.
Nie, skoro była w stanie tak po prostu powiedzieć mu coś takiego. W tym momencie prawdopodobnie powinien obrócić się na pięcie, życząc jej wszystkiego najlepszego w związku z poszukiwaniem nowego lokatora, samemu opuszczając pomieszczenie i wychodząc z mieszkania. Tymczasem w dalszym ciągu stał przy oknie, świdrując wzrokiem ludzi na ulicy i próbując nie powiedzieć czegoś, czego wcale nie chciał mówić.
No cóż. Nie szło mu to zbyt dobrze. Ewidentnie dawał się ponieść coraz gorszemu nastrojowi i tym wszystkim emocjom, jakie nawarstwiały się w nim w tym momencie. Nie spodziewał się, że pęknie aż tak łatwo. Wcześniej zdecydowanie zajmowało im to chociaż kilka minut, potrzebowali wymienić co najmniej kilkanaście zdań. Zdecydowanie nabywali wprawy.
- Co robić? - A jednak w dalszym ciągu starał się mówić względnie cicho i spokojnie.
To się u nich nie zmieniło, nieprawdaż? Kłótnia nie kłótnia, wprawa nie wprawa, żarli się dokładnie w taki sam sposób. Zupełnie tak jak na dachu szpitala czy wielokrotnie wcześniej przez ostatnie dni. Tyle tylko, że tym razem niechybnie był to jeden z tych ostatnich razów. Wybuchali coraz szybciej. Nie potrzebowali już tak naprawdę niczego. Mogli ukręcić dramat ze wszystkiego, co tylko mieli pod ręką. Nawet jeśli chwilę wcześniej wszystko było między nimi może nie dobrze, ale poprawnie.
Tyle tylko, że gdyby w istocie było to czy właśnie żarliby się o coś takiego?
Nie byli przyjaciółmi. Nie mogli nimi być. Nie dało się tego udawać, pomijać kwestii tego, co ich ze sobą łączyło. Wracać do starych układów, ignorując te wszystkie przeżyte chwile. Wspólną przeszłość, dawne założenia i plany. W tym momencie kolejny raz żarło ich to w plecy.
- To jest twoja w twoim mieszkaniu. Tak samo jak przez ostatni tydzień mieszkaliśmy w twoim domu. Nazywaj rzeczywistość taką, jaka jest - poprawił ją ostro, może nazbyt kąśliwie, ale do rzeczy, prawda?
Bez obchodzenia prawdy dookoła. To nigdy formalnie nie była jego własność. Był tu wyłącznie lokatorem. Po jej ostatnich słowach, ewidentnie do zastąpienia. Przelotnym właścicielem kuchni, jednym z wielu mających tu urzędować. Ale w końcu był tego świadomy, prawda?
Połowy Londynu. Połowy Wielkiej Brytanii.
Nie zamierzał tego mówić, tym bardziej, że sam też nie był przecież krystalicznie czysty. Może nie sprowadzał panienek do siebie na chatę. Być może nigdy nie próbował ponownie układać sobie z nikim życia. Wszystko było dla niego płytkie i przelotne. Nie szukał miłości. Ale w gruncie rzeczy niewiele to zmieniało, prawda? Zachowywał się równie nisko, jeśli nie jeszcze gorzej. Już parokrotnie ustalili, że byli siebie warci i to nie w formie komplementu.
- Jeszcze masz okazję to zrobić - przypomniał jej z całą perfidią, jaką w tym momencie miał w sobie. - Tak właściwie to - a miał jej, cóż, wyjątkowo dużo. - Pozwól, że ci pomogę - tak, bardzo dużo.
Na tyle, żeby bez chwili zastanowienia machnąć ręką, uprzednio wciskając sobie fajkę w usta, bez zastanowienia zrzucając z parapetu jeden z krzaków ziół w tej pierdolonej osłonce zamiast doniczki.
I tak miał zaraz zdechnąć. A pozbyli się już pierwszej pamiątki, prawda? Z każdą kolejną miało być łatwiej. Na co komu częściowo zaschnięty, częściowo przelany krzaczek mirtu, który i tak nie miał pełnić swojej funkcji. A liść laurowy gubiący listki zanim dobrze je wykształcił? Jedna sugestia i też mógł skończyć na podłodze.
Szczególnie, że przecież robili miejsce dla tej pierdolonej hałastry. Dla życia towarzyskiego jego dziewczyny. Dla nowego lokatora. Lokatorów.
- Ależ śmiało. Dawaj. Nie krępuj się - syknął, nadal ignorując wściekłe spojrzenia, jakimi w niego ciskała, samemu nie patrząc w jej kierunku. - Nie żałuj sobie pikantnych szczegółów, jeśli właśnie tego potrzebujesz. Adresów, nazwisk, rozmiarów buta. Fiuta - nie, nie chciał o tym słyszeć.
Nie chciał dowiadywać się o niczym, co niechybnie miało ich jeszcze bardziej pogrążyć. Całkowicie dobić, zupełnie zrujnować wszystko, co jeszcze było między nimi właściwe. Tyle tylko, że może właśnie tutaj leżało sedno? Być może faktycznie powinni obdarzyć się tymi wszystkimi przebojami? Tylko po to, żeby nie być już w stanie nic odbudować?
W innym wypadku wyłącznie coraz bardziej się miotali. Karmili się złudnymi nadziejami. Zamiatali brudy pod dywan, nie rozmawiając o tym, co było dla nich najbardziej krzywdzące. A przecież doskonale pamiętał tamte słowa Astarotha. Nawet, jeśli wtedy je zignorował, nadal siedziały mu w głowie. Tak samo jak w umyśle Geraldine on niechybnie w dalszym ciągu był dokładnie tym samym człowiekiem, za jakiego go miała.
- Wyśmienicie, że mamy jasność - po prostu kurwa perfekcyjnie, bo przecież nie mieli żadnych perspektyw na szczęśliwe rozwiązanie sytuacji.
Ile jeszcze razy mieli wdać się w konflikt? Ile razy miał się z nią pożreć, mimo wszystko nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca i tak po prostu wyjść? Już dawno powinien to zrobić. Do niczego ich to wszystko nie prowadziło.
- Jeśli nie zauważyłaś, ostatnio nigdy nie robię tego, na co mam ochotę - nie, nie zamierzał tolerować takich tekstów.
Nie, kiedy zupełnie się z nimi nie zgadzał. Nie w tej sytuacji. Nie w żadnej innej. Nie satysfakcjonowała go taka odpowiedź. Kolejne otwarte wyjście z sytuacji. Ponowne przerzucenie na niego odpowiedzialności za podejmowanie decyzji, po czym zapewne i tak miał usłyszeć, że nic nie robi we właściwy sposób. Czuł się zmęczony, teraz już nie tylko mentalnie, ale także fizycznie.
- Mam stąd wyjść? - Jasno, prosto, do rzeczy.
Tak albo nie. W jedną albo w drugą stronę. Nie lekko w prawo czy odrobinę w lewo. Do celu, od którego ponownie odbiegli, kolejny raz zupełnie się rozmijając, co najwyraźniej było ich nową domeną. Tym razem w bardzo ostatecznie brzmiący sposób.
Nie spodziewał się tego uderzenia. Nie chciał słyszeć o czymś takim. Nie potrafił tak po prostu obojętnie przejść obok tej sugestii. Nie, gdy zaledwie kilka dni wcześniej, niespełna kilkadziesiąt godzin wstecz rozmawiali o nich, mówiąc sobie, że nie miało być nikogo innego. Wiedział, że to pokazówka. Równie pochopne i kąśliwe słowa, co jego własne, ale wciąż zabolały. W dalszym ciągu odniosła zamierzony efekt.
- Wyśmienicie. Szybko poszło - niemal zacisnął zęby na papierosie, korzystając z całej swojej silnej woli, żeby nie przenieść wzroku na Geraldine i nie spiorunować jej teraz przy pomocy najbardziej gromnego spojrzenia, na jakie było go stać.
Jeszcze tu stał. W dalszym ciągu tu był, mimo tego wszystkiego, co wyrzucili sobie na dachu. Pomimo konieczności rozstania się prędzej niżeli później, nadal tu był. Zdawał sobie sprawę z tego, że chciała go teraz zranić równie mocno, co on wcześniej ranił ją, ale posuwała się przy tym wyjątkowo daleko. Za daleko. Ponownie nie mieli już żadnych granic.
Nie, skoro była w stanie tak po prostu powiedzieć mu coś takiego. W tym momencie prawdopodobnie powinien obrócić się na pięcie, życząc jej wszystkiego najlepszego w związku z poszukiwaniem nowego lokatora, samemu opuszczając pomieszczenie i wychodząc z mieszkania. Tymczasem w dalszym ciągu stał przy oknie, świdrując wzrokiem ludzi na ulicy i próbując nie powiedzieć czegoś, czego wcale nie chciał mówić.
No cóż. Nie szło mu to zbyt dobrze. Ewidentnie dawał się ponieść coraz gorszemu nastrojowi i tym wszystkim emocjom, jakie nawarstwiały się w nim w tym momencie. Nie spodziewał się, że pęknie aż tak łatwo. Wcześniej zdecydowanie zajmowało im to chociaż kilka minut, potrzebowali wymienić co najmniej kilkanaście zdań. Zdecydowanie nabywali wprawy.
- Co robić? - A jednak w dalszym ciągu starał się mówić względnie cicho i spokojnie.
To się u nich nie zmieniło, nieprawdaż? Kłótnia nie kłótnia, wprawa nie wprawa, żarli się dokładnie w taki sam sposób. Zupełnie tak jak na dachu szpitala czy wielokrotnie wcześniej przez ostatnie dni. Tyle tylko, że tym razem niechybnie był to jeden z tych ostatnich razów. Wybuchali coraz szybciej. Nie potrzebowali już tak naprawdę niczego. Mogli ukręcić dramat ze wszystkiego, co tylko mieli pod ręką. Nawet jeśli chwilę wcześniej wszystko było między nimi może nie dobrze, ale poprawnie.
Tyle tylko, że gdyby w istocie było to czy właśnie żarliby się o coś takiego?
Nie byli przyjaciółmi. Nie mogli nimi być. Nie dało się tego udawać, pomijać kwestii tego, co ich ze sobą łączyło. Wracać do starych układów, ignorując te wszystkie przeżyte chwile. Wspólną przeszłość, dawne założenia i plany. W tym momencie kolejny raz żarło ich to w plecy.
- To jest twoja w twoim mieszkaniu. Tak samo jak przez ostatni tydzień mieszkaliśmy w twoim domu. Nazywaj rzeczywistość taką, jaka jest - poprawił ją ostro, może nazbyt kąśliwie, ale do rzeczy, prawda?
Bez obchodzenia prawdy dookoła. To nigdy formalnie nie była jego własność. Był tu wyłącznie lokatorem. Po jej ostatnich słowach, ewidentnie do zastąpienia. Przelotnym właścicielem kuchni, jednym z wielu mających tu urzędować. Ale w końcu był tego świadomy, prawda?
Połowy Londynu. Połowy Wielkiej Brytanii.
Nie zamierzał tego mówić, tym bardziej, że sam też nie był przecież krystalicznie czysty. Może nie sprowadzał panienek do siebie na chatę. Być może nigdy nie próbował ponownie układać sobie z nikim życia. Wszystko było dla niego płytkie i przelotne. Nie szukał miłości. Ale w gruncie rzeczy niewiele to zmieniało, prawda? Zachowywał się równie nisko, jeśli nie jeszcze gorzej. Już parokrotnie ustalili, że byli siebie warci i to nie w formie komplementu.
- Jeszcze masz okazję to zrobić - przypomniał jej z całą perfidią, jaką w tym momencie miał w sobie. - Tak właściwie to - a miał jej, cóż, wyjątkowo dużo. - Pozwól, że ci pomogę - tak, bardzo dużo.
Na tyle, żeby bez chwili zastanowienia machnąć ręką, uprzednio wciskając sobie fajkę w usta, bez zastanowienia zrzucając z parapetu jeden z krzaków ziół w tej pierdolonej osłonce zamiast doniczki.
I tak miał zaraz zdechnąć. A pozbyli się już pierwszej pamiątki, prawda? Z każdą kolejną miało być łatwiej. Na co komu częściowo zaschnięty, częściowo przelany krzaczek mirtu, który i tak nie miał pełnić swojej funkcji. A liść laurowy gubiący listki zanim dobrze je wykształcił? Jedna sugestia i też mógł skończyć na podłodze.
Szczególnie, że przecież robili miejsce dla tej pierdolonej hałastry. Dla życia towarzyskiego jego dziewczyny. Dla nowego lokatora. Lokatorów.
- Ależ śmiało. Dawaj. Nie krępuj się - syknął, nadal ignorując wściekłe spojrzenia, jakimi w niego ciskała, samemu nie patrząc w jej kierunku. - Nie żałuj sobie pikantnych szczegółów, jeśli właśnie tego potrzebujesz. Adresów, nazwisk, rozmiarów buta. Fiuta - nie, nie chciał o tym słyszeć.
Nie chciał dowiadywać się o niczym, co niechybnie miało ich jeszcze bardziej pogrążyć. Całkowicie dobić, zupełnie zrujnować wszystko, co jeszcze było między nimi właściwe. Tyle tylko, że może właśnie tutaj leżało sedno? Być może faktycznie powinni obdarzyć się tymi wszystkimi przebojami? Tylko po to, żeby nie być już w stanie nic odbudować?
W innym wypadku wyłącznie coraz bardziej się miotali. Karmili się złudnymi nadziejami. Zamiatali brudy pod dywan, nie rozmawiając o tym, co było dla nich najbardziej krzywdzące. A przecież doskonale pamiętał tamte słowa Astarotha. Nawet, jeśli wtedy je zignorował, nadal siedziały mu w głowie. Tak samo jak w umyśle Geraldine on niechybnie w dalszym ciągu był dokładnie tym samym człowiekiem, za jakiego go miała.
- Wyśmienicie, że mamy jasność - po prostu kurwa perfekcyjnie, bo przecież nie mieli żadnych perspektyw na szczęśliwe rozwiązanie sytuacji.
Ile jeszcze razy mieli wdać się w konflikt? Ile razy miał się z nią pożreć, mimo wszystko nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca i tak po prostu wyjść? Już dawno powinien to zrobić. Do niczego ich to wszystko nie prowadziło.
- Jeśli nie zauważyłaś, ostatnio nigdy nie robię tego, na co mam ochotę - nie, nie zamierzał tolerować takich tekstów.
Nie, kiedy zupełnie się z nimi nie zgadzał. Nie w tej sytuacji. Nie w żadnej innej. Nie satysfakcjonowała go taka odpowiedź. Kolejne otwarte wyjście z sytuacji. Ponowne przerzucenie na niego odpowiedzialności za podejmowanie decyzji, po czym zapewne i tak miał usłyszeć, że nic nie robi we właściwy sposób. Czuł się zmęczony, teraz już nie tylko mentalnie, ale także fizycznie.
- Mam stąd wyjść? - Jasno, prosto, do rzeczy.
Tak albo nie. W jedną albo w drugą stronę. Nie lekko w prawo czy odrobinę w lewo. Do celu, od którego ponownie odbiegli, kolejny raz zupełnie się rozmijając, co najwyraźniej było ich nową domeną. Tym razem w bardzo ostatecznie brzmiący sposób.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down