10.03.2025, 23:41 ✶
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Jesteś dorosła, wolna i niezależna, tak? To twoja sprawa - a jednak w tym momencie zdecydowanie nie brzmiał, jakby zupełnie go to nie obchodziło.
Wręcz przeciwnie. W przeciągu zaledwie kilku ostatnich minut bezmyślnie, niezbyt świadomie zaczął coraz bardziej porzucać sprawianie pozorów kogoś, w kogo zupełnie nie uderzało to jak wyglądała ich sytuacja. Oczywiście, że go to drażniło. Jasna sprawa, że go to podkurwiało, że go to ruszało, że trudno mu było przejść obojętnie obok sugestii, jakie robiła Geraldine.
Chyba dostatecznie dobrze to sobie wyjaśnili, prawda? Robili to raz po raz, mówili sobie te wszystkie pozornie dobre rzeczy. Deklarowali uczucia, wyznawali sobie miłość, rozmawiali o tym, że nie miało być nikogo innego, bo to, co mieli nie działało w ten sposób. Nie można było tak po prostu powiedzieć pas i ruszyć dalej. Nie udało im się to przez niemal dwa lata, więc jakim cudem miałoby się udać w przeciągu zaledwie kilku dni?
Tyle tylko, że w tym momencie rzucała mu w twarz zupełnie innymi założeniami. Jak inaczej mógł to odebrać? Szczególnie przy tym, w jaki sposób wyglądało to u nich. Przy tym, że może nie znał panny Astarotha, nie chciał jej poznać, ale nie był głupi. Od zawsze twierdził, że przyjaźń damsko-męska miała zazwyczaj naprawdę wątłe podstawy do tego, by istnieć na dłuższą metę.
Mityczna Kimi na pewno nie była po prostu przyjaciółką. Albo z wzajemnością leciała na brata Geraldine, albo przynajmniej jedna strona była stanowczo zbyt mocno emocjonalnie uwikłana. Toteż sugestia przejęcia kuchni przez jeszcze nowszego lokatora po tym jak dwie poprzednie przyjacielskie osoby porzuciły to miejsce zyskiwała zupełnie nowe znaczenie. I Rina to wiedziała, prawda?
- Doskonale wiesz, o czym myślę, bo sama mi to teraz sugerujesz - nie miał żadnych oporów przed wyrzuceniem tego z siebie w całej pokrętnej krasie tych słów.
Tak. W tym momencie przestawało obchodzić go to, że wychodził na kogoś, kto mógł być zazdrosny. Tak właściwie był całkowicie świadomy tego, że w istocie nie tylko mógł wychodzić na zazdrosnego. On był zazdrosny. Miał być zazdrosny. Nie potrafił ani nawet nie próbował tego zmienić, więc równie dobrze mógł tym emanować. Skoro to i tak nie robiło żadnej różnicy ani nie miało nawet najmniejszego znaczenia, to czemu nie?
Zabawne, że usiłowała przy okazji wmawiać mu, że nie miała zielonego pojęcia, o co tak właściwie się teraz kłócą. Mówiąc to wszystko i zdecydowanie w pełni angażując się w eskalację konfliktu. Była zupełnie nieświadoma. Parsknął pod nosem.
- Jasne. Rozmawialiśmy - niby w teorii przyznał jej rację, jednak w praktyce była to kolejna rzecz, jakiej nawet nie próbował ukrywać: doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że chciała mu wiele zarzucić w związku z porzuceniem Piaskownicy.
Pytanie, czemu wciąż jeszcze tego nie zrobiła? Nie był głupi. Znał ją. Znał siebie. Doskonale wiedział, że ta decyzja nie przeszła bez wewnętrznego echa. Był wręcz zdziwiony, że jeszcze mu tego nie wyrzuciła. Zamiast tego kolejny raz przyjęła narrację, która ewidentnie nie powinna jej pasować. To zaś robiło mu kisiel z mózgu. Wbrew pozorom nic nie ułatwiało. Nienawidził tego stanu.
I jeśli on ocipiał, co było możliwe i (o dziwo) wcale tego teraz nie wykluczał, to ona do reszty ochujała. Nie zamieniali się rolami. Przyjmowali zupełnie inne. Chaotyczne, zupełnie im nie odpowiadające. Nie pasujące do nich ani do tego, kim powinni dla siebie być. A jednak obecnie zdecydowanie najłatwiej przychodziło im właśnie to: bycie dla siebie nawzajem dosłownie najgorszym, co mogło ich spotkać.
Rujnowali się. Niszczyli się do reszty. Robili ze sobą to, co on właśnie zrobił z tymi przeklętymi dwiema doniczkami. Tak, druga też dołączyła do pierwszej. Z pełną perfidią tego gestu. W końcu Geraldine żałowała, że nie wypierdoliła jego rzeczy, tak? Teraz miała mieć ku temu doskonałą okazję. Mogła zrobić miejsce na swojego nowego lokatora, o którym tak ochoczo wspominała.
Na pewno miał wnieść w jej życie dostatecznie dużo bagażu. W końcu sam Ambroise był dostatecznym dowodem na to, jak zjebanych partnerów usiłowała sobie szukać. Ściągała do siebie szuje, kanalie i gnidy. Przyciągała mężczyzn chcących ją wykorzystać albo robiących to zupełnie nieświadomie. Przecież coś o tym wiedział, tak? Już to ustalili. Przyjęli tę narrację, dostał swoje, mógł być tak parszywy jak tylko potrafił. Nawet jeśli wcale nie chciał, mimowolnie i tak chwiał się w tę stronę. Tak jak teraz.
- Śmiało, dawaj, przecież też tego chcesz - odburknął, zaciągając się papierosem, żeby tylko nie powiedzieć przy tym tego, co w tej chwili zdecydowanie cisnęło mu się na usta.
Wystarczyło, że bezmyślnie wyrzucił z siebie te wszystkie słowa, których też wcale nie chciał mówić. Usiłował nie myśleć o tym, co w tej chwili wylało się na zewnątrz. Przez ostatnie miesiące, praktycznie od samego początku starał się nie snuć rozważań na ten temat. Nie pozwalać się temu pochłonąć. Nie myśleć o tym jak wyglądały ich życia, odkąd wszystko się rozsypało.
Ale nie mógł, nie umiał tego nie robić. Czuł się źle będąc z daleka. Jeszcze gorzej, gdy był obok. Miotał się. Nie chciał gryźć a gryzł. Miał dosyć, po prostu dosyć. Zarówno siebie samego, jak i tego wszystkiego, co wywalała mu Geraldine.
Chuja mieli a nie jasność. No, chyba że chodziło o tę związaną ze świadomością ranienia się do żywego. Wtedy tak. Nie wątpił, że oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co teraz robią. Mimo to znowu posuwali się dalej i dalej.
- Jak mam to zmienić, co? Skoro wiesz wszystko to może mi to wreszcie powiedz? - To były kolejne niepotrzebne słowa, ale wciąż znalazły ujście.
Jeszcze jeden, kolejny raz. Znów zapędzali się w te same rejony. Prowadząc się ku powtarzaniu tych samych dyskusji, znajomych argumentów. Tyle tylko, że po poprzedniej nocy nie powinni już tego robić, tak? Tym razem powinna odpowiedzieć mu inaczej. Tylko na to teraz czekał.
- Chciałaś być częścią? Mieć decyzyjność? To proszę bardzo - tak, to było perfidne, ale naprawdę zupełnie się tym teraz nie przejmował.
Chciała mieć sprawczość, więc ją miała. Nie mogła zarzucić mu, że nie bierze jej zdania pod uwagę, gdy to właśnie na nim opierał teraz swoje być czy nie być w jej mieszkaniu, tak?
Tyle tylko, że to było znacznie bardziej skomplikowane a on wcale nie chciał być aż tak unikowy. Gubił się. Oboje robili to ponownie. Znów zapędzali się w kozi róg.
- Nie wiem, czy to naprawdę takie jasne, Rina - musiał zakwestionować odpowiedź, którą mu dała.
To akurat nie było w żaden sposób niejasne. Po prostu oczywiście, że potrzebował dorzucić swoje trzy knuty do całego tematu tego, dlaczego w ogóle znalazł się z nią ponownie w tym mieszkaniu. I co tak właściwie powodowało nim czy nią, że nadal nie byli w stanie pójść każde w swoją stronę.
- Nie mam pojęcia, co znowu odpierdalamy, ale mam tego dosyć - stwierdził, zwracając wzrok w kierunku dziewczyny i kręcąc głową.
Już z dużo bardziej przybitą, skołowaną, nadal podirytowaną miną. Złą, jasne, ale przy okazji też bardziej zagubioną niż po prostu wściekłą. Nie, cokolwiek teraz odstawiali nie było czymś, do czego powinni zmierzać. Chyba oboje to wiedzieli. Tyle tylko, że do czego innego mieli dążyć, skoro wysrywanie sobie rzeczy przychodziło im najbardziej naturalnie? Zaraz po tych wszystkich gestach, odnośnie których ustalili już, że nie będą sobie na nie pozwalać?
Może nie na głos. Te słowa nie padły między nimi, ale bez wątpienia od samego rana zachowywali się tak, jakby oboje doskonale wiedzieli, gdzie na nowo stawiają granicę. Próbowali, naprawdę próbowali być dla siebie kimś więcej niż obcymi. Więcej niż mdłymi, całkowicie niezaangażowanymi sojusznikami.
Tyle tylko, że do tej ich przyjaźni nie było już powrotu. Zresztą dusili się w niej wtedy. Mieli to teraz powtórzyć? Za jakie grzechy? Za jakie winy? Po co?
- To nie działa - nie musiał mówić, o co mu chodzi, prawda?
Jasne, mieli kolejną wspólną sprawę, ale nie własną przyszłość? Jak porypanie i nielogicznie to brzmiało. Mieli spędzać ze sobą czas, próbować zająć się problemami, być dla siebie wsparciem w zakresie radzenia sobie z burdelem dookoła nich, podczas gdy sami nie byli w stanie rozwiązać własnych palących kwestii?
Wspierać Astatotha, wyciągnąć go z Londynu na zupełne zadupie w górach? Spędzać tam czas? Może nie do końca całkowicie wspólnie, skoro oboje zamierzali dbać też o własne obowiązki zawodowe i wymieniać się opieką nad dzieckiem. Jednak z pewnością parokrotnie nie będąc w stanie uniknąć interakcji?
Jak właściwie to sobie wyobrażali w tym układzie?
Wręcz przeciwnie. W przeciągu zaledwie kilku ostatnich minut bezmyślnie, niezbyt świadomie zaczął coraz bardziej porzucać sprawianie pozorów kogoś, w kogo zupełnie nie uderzało to jak wyglądała ich sytuacja. Oczywiście, że go to drażniło. Jasna sprawa, że go to podkurwiało, że go to ruszało, że trudno mu było przejść obojętnie obok sugestii, jakie robiła Geraldine.
Chyba dostatecznie dobrze to sobie wyjaśnili, prawda? Robili to raz po raz, mówili sobie te wszystkie pozornie dobre rzeczy. Deklarowali uczucia, wyznawali sobie miłość, rozmawiali o tym, że nie miało być nikogo innego, bo to, co mieli nie działało w ten sposób. Nie można było tak po prostu powiedzieć pas i ruszyć dalej. Nie udało im się to przez niemal dwa lata, więc jakim cudem miałoby się udać w przeciągu zaledwie kilku dni?
Tyle tylko, że w tym momencie rzucała mu w twarz zupełnie innymi założeniami. Jak inaczej mógł to odebrać? Szczególnie przy tym, w jaki sposób wyglądało to u nich. Przy tym, że może nie znał panny Astarotha, nie chciał jej poznać, ale nie był głupi. Od zawsze twierdził, że przyjaźń damsko-męska miała zazwyczaj naprawdę wątłe podstawy do tego, by istnieć na dłuższą metę.
Mityczna Kimi na pewno nie była po prostu przyjaciółką. Albo z wzajemnością leciała na brata Geraldine, albo przynajmniej jedna strona była stanowczo zbyt mocno emocjonalnie uwikłana. Toteż sugestia przejęcia kuchni przez jeszcze nowszego lokatora po tym jak dwie poprzednie przyjacielskie osoby porzuciły to miejsce zyskiwała zupełnie nowe znaczenie. I Rina to wiedziała, prawda?
- Doskonale wiesz, o czym myślę, bo sama mi to teraz sugerujesz - nie miał żadnych oporów przed wyrzuceniem tego z siebie w całej pokrętnej krasie tych słów.
Tak. W tym momencie przestawało obchodzić go to, że wychodził na kogoś, kto mógł być zazdrosny. Tak właściwie był całkowicie świadomy tego, że w istocie nie tylko mógł wychodzić na zazdrosnego. On był zazdrosny. Miał być zazdrosny. Nie potrafił ani nawet nie próbował tego zmienić, więc równie dobrze mógł tym emanować. Skoro to i tak nie robiło żadnej różnicy ani nie miało nawet najmniejszego znaczenia, to czemu nie?
Zabawne, że usiłowała przy okazji wmawiać mu, że nie miała zielonego pojęcia, o co tak właściwie się teraz kłócą. Mówiąc to wszystko i zdecydowanie w pełni angażując się w eskalację konfliktu. Była zupełnie nieświadoma. Parsknął pod nosem.
- Jasne. Rozmawialiśmy - niby w teorii przyznał jej rację, jednak w praktyce była to kolejna rzecz, jakiej nawet nie próbował ukrywać: doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że chciała mu wiele zarzucić w związku z porzuceniem Piaskownicy.
Pytanie, czemu wciąż jeszcze tego nie zrobiła? Nie był głupi. Znał ją. Znał siebie. Doskonale wiedział, że ta decyzja nie przeszła bez wewnętrznego echa. Był wręcz zdziwiony, że jeszcze mu tego nie wyrzuciła. Zamiast tego kolejny raz przyjęła narrację, która ewidentnie nie powinna jej pasować. To zaś robiło mu kisiel z mózgu. Wbrew pozorom nic nie ułatwiało. Nienawidził tego stanu.
I jeśli on ocipiał, co było możliwe i (o dziwo) wcale tego teraz nie wykluczał, to ona do reszty ochujała. Nie zamieniali się rolami. Przyjmowali zupełnie inne. Chaotyczne, zupełnie im nie odpowiadające. Nie pasujące do nich ani do tego, kim powinni dla siebie być. A jednak obecnie zdecydowanie najłatwiej przychodziło im właśnie to: bycie dla siebie nawzajem dosłownie najgorszym, co mogło ich spotkać.
Rujnowali się. Niszczyli się do reszty. Robili ze sobą to, co on właśnie zrobił z tymi przeklętymi dwiema doniczkami. Tak, druga też dołączyła do pierwszej. Z pełną perfidią tego gestu. W końcu Geraldine żałowała, że nie wypierdoliła jego rzeczy, tak? Teraz miała mieć ku temu doskonałą okazję. Mogła zrobić miejsce na swojego nowego lokatora, o którym tak ochoczo wspominała.
Na pewno miał wnieść w jej życie dostatecznie dużo bagażu. W końcu sam Ambroise był dostatecznym dowodem na to, jak zjebanych partnerów usiłowała sobie szukać. Ściągała do siebie szuje, kanalie i gnidy. Przyciągała mężczyzn chcących ją wykorzystać albo robiących to zupełnie nieświadomie. Przecież coś o tym wiedział, tak? Już to ustalili. Przyjęli tę narrację, dostał swoje, mógł być tak parszywy jak tylko potrafił. Nawet jeśli wcale nie chciał, mimowolnie i tak chwiał się w tę stronę. Tak jak teraz.
- Śmiało, dawaj, przecież też tego chcesz - odburknął, zaciągając się papierosem, żeby tylko nie powiedzieć przy tym tego, co w tej chwili zdecydowanie cisnęło mu się na usta.
Wystarczyło, że bezmyślnie wyrzucił z siebie te wszystkie słowa, których też wcale nie chciał mówić. Usiłował nie myśleć o tym, co w tej chwili wylało się na zewnątrz. Przez ostatnie miesiące, praktycznie od samego początku starał się nie snuć rozważań na ten temat. Nie pozwalać się temu pochłonąć. Nie myśleć o tym jak wyglądały ich życia, odkąd wszystko się rozsypało.
Ale nie mógł, nie umiał tego nie robić. Czuł się źle będąc z daleka. Jeszcze gorzej, gdy był obok. Miotał się. Nie chciał gryźć a gryzł. Miał dosyć, po prostu dosyć. Zarówno siebie samego, jak i tego wszystkiego, co wywalała mu Geraldine.
Chuja mieli a nie jasność. No, chyba że chodziło o tę związaną ze świadomością ranienia się do żywego. Wtedy tak. Nie wątpił, że oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co teraz robią. Mimo to znowu posuwali się dalej i dalej.
- Jak mam to zmienić, co? Skoro wiesz wszystko to może mi to wreszcie powiedz? - To były kolejne niepotrzebne słowa, ale wciąż znalazły ujście.
Jeszcze jeden, kolejny raz. Znów zapędzali się w te same rejony. Prowadząc się ku powtarzaniu tych samych dyskusji, znajomych argumentów. Tyle tylko, że po poprzedniej nocy nie powinni już tego robić, tak? Tym razem powinna odpowiedzieć mu inaczej. Tylko na to teraz czekał.
- Chciałaś być częścią? Mieć decyzyjność? To proszę bardzo - tak, to było perfidne, ale naprawdę zupełnie się tym teraz nie przejmował.
Chciała mieć sprawczość, więc ją miała. Nie mogła zarzucić mu, że nie bierze jej zdania pod uwagę, gdy to właśnie na nim opierał teraz swoje być czy nie być w jej mieszkaniu, tak?
Tyle tylko, że to było znacznie bardziej skomplikowane a on wcale nie chciał być aż tak unikowy. Gubił się. Oboje robili to ponownie. Znów zapędzali się w kozi róg.
- Nie wiem, czy to naprawdę takie jasne, Rina - musiał zakwestionować odpowiedź, którą mu dała.
To akurat nie było w żaden sposób niejasne. Po prostu oczywiście, że potrzebował dorzucić swoje trzy knuty do całego tematu tego, dlaczego w ogóle znalazł się z nią ponownie w tym mieszkaniu. I co tak właściwie powodowało nim czy nią, że nadal nie byli w stanie pójść każde w swoją stronę.
- Nie mam pojęcia, co znowu odpierdalamy, ale mam tego dosyć - stwierdził, zwracając wzrok w kierunku dziewczyny i kręcąc głową.
Już z dużo bardziej przybitą, skołowaną, nadal podirytowaną miną. Złą, jasne, ale przy okazji też bardziej zagubioną niż po prostu wściekłą. Nie, cokolwiek teraz odstawiali nie było czymś, do czego powinni zmierzać. Chyba oboje to wiedzieli. Tyle tylko, że do czego innego mieli dążyć, skoro wysrywanie sobie rzeczy przychodziło im najbardziej naturalnie? Zaraz po tych wszystkich gestach, odnośnie których ustalili już, że nie będą sobie na nie pozwalać?
Może nie na głos. Te słowa nie padły między nimi, ale bez wątpienia od samego rana zachowywali się tak, jakby oboje doskonale wiedzieli, gdzie na nowo stawiają granicę. Próbowali, naprawdę próbowali być dla siebie kimś więcej niż obcymi. Więcej niż mdłymi, całkowicie niezaangażowanymi sojusznikami.
Tyle tylko, że do tej ich przyjaźni nie było już powrotu. Zresztą dusili się w niej wtedy. Mieli to teraz powtórzyć? Za jakie grzechy? Za jakie winy? Po co?
- To nie działa - nie musiał mówić, o co mu chodzi, prawda?
Jasne, mieli kolejną wspólną sprawę, ale nie własną przyszłość? Jak porypanie i nielogicznie to brzmiało. Mieli spędzać ze sobą czas, próbować zająć się problemami, być dla siebie wsparciem w zakresie radzenia sobie z burdelem dookoła nich, podczas gdy sami nie byli w stanie rozwiązać własnych palących kwestii?
Wspierać Astatotha, wyciągnąć go z Londynu na zupełne zadupie w górach? Spędzać tam czas? Może nie do końca całkowicie wspólnie, skoro oboje zamierzali dbać też o własne obowiązki zawodowe i wymieniać się opieką nad dzieckiem. Jednak z pewnością parokrotnie nie będąc w stanie uniknąć interakcji?
Jak właściwie to sobie wyobrażali w tym układzie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down