Należał do kategorii ludzi, którzy nie mogli pozwolić sobie upaść, a przynajmniej uważali, że nie mogą tego zrobić. Bo jak upadniesz, jeżeli się doprowadzisz do tej sytuacji, to co cię uratuje poza przypadkiem? Oh tak - był w związkach, zawsze był w związkach, nie wytrzymałby tygodnia nie mając kogoś, komu mógłby przynosić te swoje śmieci, ani trzech dni bez opróżnienia sobie w kimś jaj. Ale no właśnie - zawsze był w związkach, ale był w tych związkach bardzo precyzyjny, panując nad ich dynamiką. W tej dynamice nie było zbyt wiele przestrzeni na słowa Laurenta, nawet jeżeli bardzo chciał je słyszeć.
Milczał długo. Cholernie długo, a kiedy przerwał ciszę ze swojej strony, powiedział więc coś bardzo toksycznego, skutecznie odganiając dobijającą się do bram głowy prawdę, którą zresztą sam już obejrzał z każdej strony i się nią podzielił.
- Nie jestem słaby - szepnął, ujmując jego dłoń i całując ją, zgasił wszystko, co z siebie wydusił jak papierosa w popielniczce. Te wszystkie lęki o tym, że nie potrafił sprostać swoim oczekiwaniom... zniknęły, kiedy znajdował się w tej pozycji. Na górze, nad nim, górując nad człowiekiem, którego sobie umiłował za tę delikatność i za to, w jaki sposób był przez niego traktowany, ale ten człowiek przypominał mi też o czymś innym. Wystarczyło tylko nabrać perspektywy. Cały czas podejmował jakieś decyzje. Mógłby go sobie mieć tu i teraz dokładnie tak jak by chciał. I nie chodziło tu tylko o to oczywiste, nigdy nieopuszczające jego głowy. Mógłby go sobie wziąć i mieć, jego rodzina nigdy by go już nie zauważyła. Mógłby złamać dłoń, którą teraz delikatnie odkładał na swoje biodro. Mógłby go w tym łóżku zadusić. Gdyby nie żył Laurent, to i on straciłby to, co jakkolwiek motywowało go do wynurzenia się ponad powierzchnię zimnej wody. Kiedy się go widziało z góry, kiedy się zdawało sprawę z tego, że wyrzeźbione ciało, którym Laurent się zachwycał, było niczym podpis na dole dokumentu mówiącego o tym, że podejmowanie decyzji opowiadało nas po stronie jakiegoś człowieczeństwa... Podpis świadczący o tym, że brak działania również był decyzją. - I poradzę sobie z tym - dodał, opadając na jego ramię i chowając twarz w bladej szyi. Obejmując jego ciało rękoma, przyciągnął go do siebie blisko. - Jeszcze będziesz ze mnie dumny. - Jeszcze on sam będzie z siebie dumny.
Zamknął oczy, chociaż wiedział, że nie powinien tutaj zasypiać. Rano pojawi się w Norze i przeprosi właścicielkę za kłopoty, a później pożegna się z nią, spakuje tych kilka gratów, które posiadał i ostatecznie opróżni pustą przestrzeń pod polowym łóżkiem w wozie Fiery.
Chciał o to poprosić, albo mu to kazać. Powiedz to. Ten jeden ostatni raz, zanim odpłynie. Kocham cię. Ale zamiast tego bawił się krawędzią spodni od piżamy, maltretował szew, próbując ostatecznie przygasić pragnienie analizy faktu, że bierność również definiowała to kim był. Nie lubił być kimś, kto potrzebuje. Kimś, kto za bardzo cierpi. Mężczyzna nie powinien tak się odsłaniać. Walczył z tym najgłośniej ze wszystkich, bo było mu wstyd za takie momenty, bardziej niż innym. Było mu wstyd kiedy łzy cisnęły się do oczu, kiedy nie potrafił ukrywać drżenia. Było mu wstyd kiedy zadawał sobie pytanie, czy tym mężczyzną faktycznie był, czy... Może po prostu wariował.
Milczał długo. Cholernie długo, a kiedy przerwał ciszę ze swojej strony, powiedział więc coś bardzo toksycznego, skutecznie odganiając dobijającą się do bram głowy prawdę, którą zresztą sam już obejrzał z każdej strony i się nią podzielił.
- Nie jestem słaby - szepnął, ujmując jego dłoń i całując ją, zgasił wszystko, co z siebie wydusił jak papierosa w popielniczce. Te wszystkie lęki o tym, że nie potrafił sprostać swoim oczekiwaniom... zniknęły, kiedy znajdował się w tej pozycji. Na górze, nad nim, górując nad człowiekiem, którego sobie umiłował za tę delikatność i za to, w jaki sposób był przez niego traktowany, ale ten człowiek przypominał mi też o czymś innym. Wystarczyło tylko nabrać perspektywy. Cały czas podejmował jakieś decyzje. Mógłby go sobie mieć tu i teraz dokładnie tak jak by chciał. I nie chodziło tu tylko o to oczywiste, nigdy nieopuszczające jego głowy. Mógłby go sobie wziąć i mieć, jego rodzina nigdy by go już nie zauważyła. Mógłby złamać dłoń, którą teraz delikatnie odkładał na swoje biodro. Mógłby go w tym łóżku zadusić. Gdyby nie żył Laurent, to i on straciłby to, co jakkolwiek motywowało go do wynurzenia się ponad powierzchnię zimnej wody. Kiedy się go widziało z góry, kiedy się zdawało sprawę z tego, że wyrzeźbione ciało, którym Laurent się zachwycał, było niczym podpis na dole dokumentu mówiącego o tym, że podejmowanie decyzji opowiadało nas po stronie jakiegoś człowieczeństwa... Podpis świadczący o tym, że brak działania również był decyzją. - I poradzę sobie z tym - dodał, opadając na jego ramię i chowając twarz w bladej szyi. Obejmując jego ciało rękoma, przyciągnął go do siebie blisko. - Jeszcze będziesz ze mnie dumny. - Jeszcze on sam będzie z siebie dumny.
Zamknął oczy, chociaż wiedział, że nie powinien tutaj zasypiać. Rano pojawi się w Norze i przeprosi właścicielkę za kłopoty, a później pożegna się z nią, spakuje tych kilka gratów, które posiadał i ostatecznie opróżni pustą przestrzeń pod polowym łóżkiem w wozie Fiery.
Chciał o to poprosić, albo mu to kazać. Powiedz to. Ten jeden ostatni raz, zanim odpłynie. Kocham cię. Ale zamiast tego bawił się krawędzią spodni od piżamy, maltretował szew, próbując ostatecznie przygasić pragnienie analizy faktu, że bierność również definiowała to kim był. Nie lubił być kimś, kto potrzebuje. Kimś, kto za bardzo cierpi. Mężczyzna nie powinien tak się odsłaniać. Walczył z tym najgłośniej ze wszystkich, bo było mu wstyd za takie momenty, bardziej niż innym. Było mu wstyd kiedy łzy cisnęły się do oczu, kiedy nie potrafił ukrywać drżenia. Było mu wstyd kiedy zadawał sobie pytanie, czy tym mężczyzną faktycznie był, czy... Może po prostu wariował.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.